Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Franciszek Smuda. Najlepszy trener z Trzeciego Świata. Odpowiedni na Euro 2012?

Kiedy Franciszek Smuda otwiera usta, słyszymy chaos. Kiedy jednak zanalizujemy ruchy selekcjonera, znajdziemy w nich logikę i konsekwencję. I dziś staliśmy się jego zakładnikami, choć nawet on - jedyny współczesny polski trener bez kompleksów - wiary w sukces na Euro w nas nie wlał
Ligowcy wracają z treningu biegowego, na samym końcu jeden z nich idzie obok Smudy. - Wiesz... Muszę się nauczyć języka... - wzdycha szkoleniowiec. - Polskiego? - pyta nieśmiało piłkarz, uradowany, że nawiązał bliską więź z szefem i temu zebrało się na zwierzenia. - Nie, k..., hiszpańskiego - odpowiada wściekle trener.

Zdarzyło się przed wieloma laty, teraz krąży jako bardzo popularna w środowisku anegdota, ale nadal wiernie oddaje rzeczywistość. Jeśli reputacja aktualnego selekcjonera reprezentacji - początkowo popartego przez kibiców niemal przez aklamację - ewidentnie zmarniała, to wcale nie wyłącznie z powodu niewyraźnych często towarzyskich podrygów piłkarzy, lecz także jego publicznych wystąpień i w ogóle problemów z komunikacją. Ona bywa mało ważna na poziomie klubowym, czyli lokalnym, a zaczyna być arcyważna na poziomie reprezentacyjnym, czyli narodowym. Kontrowersyjne decyzje trenera często przestają być kontrowersyjne, gdy precyzyjnie wyłoży się stojące za nimi racje. Niekoniecznie nawet szczerze, dyplomacja na tym stanowisku też bywa niezbędna. Na identycznej zasadzie decyzje nielogiczne stają się decyzjami logicznymi, decyzje szalone - rozsądnymi, decyzje samobójcze - ożywczymi. I dla opinii publicznej, i dla wsłuchujących się w głos bossa piłkarzy.

Smuda wywołuje wrażenie, jakby miotał się od ściany do ściany. Za identyczne winy jednych rozgrzesza graczy, aby innych nieodwołalnie potępiać i dyskwalifikować. Powołuje szarych ligowców, aby ignorować wybijających się, jak zwariowany wiślacki skrzydłowy Patryk Małecki. Deklaruje wrogość do importowania graczy wychowanych poza Polską, a potem Sebastiana Boenischa o wsparcie dla reprezentacji wręcz błaga, wydzwaniając do niego dzień w dzień. Ogłasza, że u niego kadrowicz musi być czysty jak łza, więc umoczeni w korupcję nie mają żadnych szans, ale znienacka łagodnieje, gdy łapówkarzem okazuje się piłkarz mu niezbędny.

A jednak w swoich posunięciach

Smuda jest konsekwentny

Jeśli na kapitana pasował Kubę Błaszczykowskiego, zdaniem wielu graczy nazbyt ułożonego i grzecznego, to dlatego, że potrzebuje posłusznego adiutanta, a nie przesadnie samodzielnego zastępcy. Szef ma być jeden. Jeśli odrzucił Artura Boruca (zapamiętanego jako jedyny, który podołał wyzwaniom na mundialu w 2006 r. i na Euro 2008), Michała Żewłakowa i Małeckiego, to odrzucił ludzi pozaboiskowo czupurnych lub zbyt niezależnych, aby bezwarunkowo uznać jego władzę, a on werbuje ludzi, którzy mu się podporządkują. Małeckiego nie kontrolują przecież nawet zarządcy Wisły Kraków, choć doglądają go tam codziennie.

Żadnych innych uprzedzeń selekcjoner nie zdradził. Przeglądu sił dokonał totalnego i na rok przed mistrzostwami właściwie znamy kształt podstawowej jedenastki. Atakować ma Lewandowski, za nim biegać Błaszczykowski, Obraniak i Mierzejewski, w środku boiska krążyć Matuszczyk i Dudka, na flankach obronnych zasuwać Piszczek z Boenischem. Nawet Wojciech Szczęsny z Łukaszem Fabiańskim - kandydaci do wskoczenia między słupki, czyli na pozycję sprowadzającą u nas na trenera tradycyjne kłopoty bogactwa - wiedzą, że występu na mistrzostwach dochrapie się ten, kto wygra rywalizację w Arsenalu.

Słowem, żylibyśmy w błogiej stabilizacji, gdyby nie przemilczane wyżej centrum defensywy, bezdyskusyjnie najbiedniej obsadzona pozycja w polskim futbolu. Tutaj Smuda istotnie czeka na Godota - niby wypróbowuje kolejnych piłkarzy, ale testowani doskonale zdają sobie sprawę, że wzdycha do Francuza Perquisa i Kolumbijczyka Arboledy, którzy wciąż nie otrzymali naszych paszportów, oraz Głowackiego, czyli chronicznego pacjenta, którego zdołał zaprosić na reprezentacyjne zgrupowanie ledwie dwa razy. Obezwładnia selekcjonera zrozumiała czarna rozpacz, bowiem środkowych obrońców godnych poważnych wyzwań międzynarodowych polska myśl szkoleniowa nie wyhodowała. Kilku dużych chłopów mamy, ale w dużej grze wszyscy zbyt często maleją do roztrzęsionych zajęcy.

Co nie znaczy, że trener nie umie wynaleźć własnego piłkarza, i to niekoniecznie wyedukowanego za granicą. Adriana Mierzejewskiego w obecnej postaci stworzył właściwie osobiście. Już przed rokiem spoglądał na polonistę świecącymi oczami, w kolejnych wywiadach

obwoływał go rzadkim talentem

wzmacniał jego pewność siebie, dodawał mu odwagi, powoływał na każde zgrupowanie, z pasją przekonywał, że podbije świat. I Mierzejewski dał się przekonać. Przynajmniej do tego, że podbije Polskę. Przed chwilą urósł do uhonorowanego przez rywali z boiska najlepszego ligowca, w czwartek najuparciej próbował sforsować francuską defensywę. Smuda bezdyskusyjnie wiedział, kogo promuje. I wypromował go na podstawowego gracza reprezentacji. A w ostatnich sparingach niemal jej lidera, co powinno odwodzić nas od pochopnego wyciągania wniosków z bezładnych wypowiedzi trenera - nie trzeba być mistrzem mowy polskiej, żeby retorycznie wpływać na rozwój piłkarza.

GALERIA: Polska przegrała z Francją 0:1 [ZOBACZ ZDJĘCIA] >
kliknij w miniaturkę, żeby przejść do galerii


Osobowości zdolnych do udźwignięcia odpowiedzialności nie odkrył jednak selekcjoner wiele, stąd być może niechęć do dokonywania zmian w trakcie gry. Po sparingu z Francją złościliśmy się, że zwlekał z nimi aż do 79. minuty, ale przy tym zwyczaju selekcjoner również obstaje bardzo konsekwentnie. W zremisowanym 2:2 meczu z USA wpuścił ledwie jednego rezerwowego; w zwycięskim nad Wybrzeżem Kości Słoniowej wpuszczał rezerwowych w 72., 85., 89. i 90. minucie; w sparingu z Norwegią w 64., 79., 89. i 90. Ostrożnie dłubał też w drużynie w ostatnią niedzielę - tylko Pawłowi Brożkowi stosunkowo szybko pozwolił podokazywać między argentyńskimi obrońcami.

Wyjaśnienia brzmią niekiedy kuriozalnie - jak po 1:0 z Norwegią, gdy trener w towarzyskiej gierce bez znaczenia zwyczajnie walczył o utrzymanie wyniku. Jednak całkiem racji Smudzie nie odbierzemy, skoro wiemy, że polskim kadrowiczom brakuje zaufania do własnych możliwości jak PZPN-owskim bonzom refleksji, że się do pełnienia swoich funkcji nie nadają. Musimy też trenerowi oddać, że do porażek podwładnych nie przyzwyczaja - w ostatnich dziesięciu sparingach przegrali tylko dwukrotnie.

Niewykluczone jednak, że trener gra va banque. Długo nie zmienia wybranej jedenastki, bo woli naoliwiać podstawowy skład, niż trwonić czas na warianty alternatywne - uznaje, że jeśli okoliczności skażą nas na zaufanie rezerwowym, to i Matka Boska Częstochowska ojczyzny przed zgubą nie uchroni. Lewandowskiego, Błaszczykowskiego, Piszczka czy Boenischa nie zastąpimy nikim, zmiennicy innych też prezentują się wątle. Misja

Euro 2012 może się powieść,

tylko jeśli naszych jedenastu wspaniałych stawi się w komplecie i pełnej gotowości bojowej. Za nimi kryją się już głównie łachmany.

Pytanie, czego oczekujemy, byśmy byli skłonni ogłosić, że misja się powiodła. Reprezentacja spadła już do rangi drużyny, od której żaden rozsądny kibic niczego nie wymaga ani niczego się po niej nie spodziewa, ale wraz ze zbliżaniem się turnieju nadzieje tradycyjnie urosną, nadmuchiwane nieuchronną medialną propagandą, że tym razem jakimś cudem uda się wyjść z grupy. To mentalna bariera, której nie umiemy przeskoczyć. Nadal. Nie umiemy pogodzić się, że jesteśmy nędzarzami. Że piłkarsko Polska to obecnie kraj Trzeciego Świata, zbyt słaby, byśmy serio zakładali, że kadra jest zobowiązana pokonać jakiegokolwiek solidnego przeciwnika, ewentualnie mogła kiedykolwiek czuć się faworytem. Wyjąwszy bramkę, dysponujemy kwartetem klasy europejskiej - Piszczkiem, Obraniakiem, Błaszczykowskim i Lewandowskim. Wszystkich doceniamy, we wszystkich wierzymy, od wszystkich oczekujemy, że spróbują rozbłysnąć do gwiazdek Euro. Tyle że trzej ostatni to w swoich klubach rezerwowi!

Jeśli zlustrujemy szatnie ewentualnych konkurentów, to nie znajdziemy żadnego, któremu moglibyśmy naszymi gigancikami zaimponować. Nawet skromną Słowację ozdabia Marek Hamsik, jeden z superbohaterów włoskiej Serie A. A jeśli przypomnimy sobie, gdzie przewracają się nasze kluby w rozgrywkach pucharowych - oczywiście te nienapędzane, jak poznański Lech, przez Łotyszy, Białorusinów, Bośniaków, Serbów czy Kolumbijczyków - jeśli wspomnimy notoryczne wpadki w starciach z prowincjonalnymi drużynkami przylatującymi do nas niekiedy z Azji, jeśli pomyślimy o żebraninie wśród obcokrajowców z polskimi korzeniami mających przykryć nasze skandaliczne zaniedbania w szkoleniu, to przed Euro 2012 należałoby wreszcie przyjąć perspektywę kibiców z niewielkich państewek, którzy w eliminacjach śnią o urwaniu potężniejszym przeciwnikom punktu albo dwóch.

Brutalnie mówiąc: takich ruder normalnie na wielkich turniejach się nie wystawia, mistrzostw kontynentu jeszcze nigdy nie organizował

kraj tak futbolowo zrujnowany.

Dopiero gdy spokorniejemy - czytaj: przyznamy, że czarne jest czarne - będziemy umieli przestać lamentować, że w czwartek Polacy nie ostrzeliwali francuskiej bramki, i docenić, że zdołali ostrzeliwać przynajmniej francuskie pole karne. Zmiana perspektywy jest konieczna nie z troski o kibicowską równowagę psychiczną, lecz z szacunku dla zdrowego rozsądku. W reprezentacyjnym rankingu UEFA zajmujemy 30. miejsce, w rankingu lig - 24. miejsce, w rankingu FIFA - 36. miejsce wśród drużyn europejskich, tymczasem mistrzostwa kontynentu pomieszczą 16 uczestników. Owszem, rankingi niekiedy kłamią. Ale nie aż tak.

Na Smudę też powinniśmy spojrzeć jak na czołowego fachowca z kraju Trzeciego Świata - pełnego przywar, lecz na naszej zagrodzie bezkonkurencyjnego, co wiemy zwłaszcza po ligowym sezonie zdominowanym przez totalnie odpolszczoną Wisłę i naznaczonym dziwaczną plątaniną wyników, które sugerują, że trenerzy kompletnie nad swoimi drużynami nie panują. Po raz pierwszy od dawna możemy zawołać, że Polska dostała takiego selekcjonera, na jakiego zasłużyła - poprzednicy albo nie wydawali się najlepsi z dostępnych, albo (Beenhakker) przyjeżdżali z zewnątrz. Smuda jako jedyny utrzymuje się na rodzimym szczycie przez kilkanaście lat, jako jedyny znajdował zaufanie wszystkich okolicznych potentatów, od Widzewa, przez Legię i Wisłę, po Lecha. Posadą w kadrze naturalnie wieńczy karierę.

A my staliśmy się jego zakładnikami. Paplanina o dymisji nie ma sensu nie tylko dlatego, że nominowanie każdego ewentualnego polskiego następcy wiązałoby się z ogromnym ryzykiem, a kompetentnego obcokrajowca pezetpeenowscy dyletanci znaleźć by nie umieli. Smuda pozostaje nietykalny, bo

nie dał powodów, by go ściąć.

Drużynę wyselekcjonował w sposób prowokujący co najwyżej niewielkie wątpliwości, a nie - wielkie kontrowersje. Nie słychać nawet rutynowego w naszej zdegenerowanej kulturze piłkarskiej ujadania, jakoby o powołaniach decydowali handlarze żywym transferowym towarem, zwani tutaj górnolotnie menedżerami.

Przedostatni sparing wybrańcy Smudy wygrali. W ostatniej towarzyskiej próbce - chyba jak dotąd najcenniejszej, bo najbliższej prawdziwej walce o punkty - wypadli przyzwoicie, ba, ataków wreszcie nie rozpoczynali od irytujących wykopów bramkarza, lecz starali się przetaczać piłkę po murawie, to prawą, to lewą flanką.

Z rzutów rożnych i wolnych nadal kopią byle jak, ale trener mówi otwarcie, że stałych fragmentów gry nie ćwiczy wcale - odkłada je na finałowy etap przygotowań do mistrzostw, dziś priorytety widzi gdzie indziej. Czy ma rację, nie wiemy. Musimy czekać.

Dopieszczonego w każdym detalu planu gry reprezentacja wciąż nie wypracowała, ale Smuda wyrafinowanym taktykiem nie był nigdy. Za późno już, by się na prostotę jego metod zżymać - wiedzieliśmy, kogo bierzemy, jak zapraszasz do szatni słonia, to nie wyrzucaj mu, że przyniósł ze sobą trąbę. Musimy żyć nadzieją, że skoro o wynikach w futbolu przesądzają epizody - czasem sprzeczne z przebiegiem meczu - to i smudowy styl bardziej improwizowany przyniesie powodzenie. W klubach przynosił.

Specjaliści od przygotowania fizycznego też dopiero do szatni weszli - znów uczciwie dodajmy: zgodnie z planem przedstawionym przez selekcjonera w zeszłym roku - więc również nie wiemy, jak wpłyną na drużynę.

Przede wszystkim jednak nie zdołamy na razie ocenić, czy na kadrowiczów działają główne atuty trenera - talenty motywacyjne oraz umiejętność wypłukania z głów piłkarzy kompleksów, dzięki którym drużyny Smudy nigdy nie skompromitowały się w europejskich pucharach. Sparingi aż do mistrzostw pozostaną zaledwie sparingami, czyli ćwierćmeczami, z których każdy może sobie wywieść, co zechce, i jeszcze poprzeć swoje tezy mnóstwem argumentów. Twardych danych mamy na razie mało, możliwości interpretacyjnych - bezmiar.

Prowadzenie reprezentacji to wyzwanie specyficzne, zwłaszcza w erze komercyjnej machiny klubowej, która przygniotła generującą niewielkie zyski rywalizację drużyn narodowych. Wystarczy spojrzeć, jak gubi się w nowej roli Fabio Capello, w klubach wszechpotężny - zanim ten kiepsko znający angielski kolekcjoner dzieł sztuki przejął angielską kadrę, właściwie nigdzie nie przegrał. Smuda ma o tyle trudniej, że nie tylko z trudem komunikuje się ze światem, ale z jeszcze większym trudem odkrywa prawdę o swoich piłkarzach. Wszystko przez przeklęty przywilej dostępny naprawdę wąziutkiej grupce - selekcjonerów reprezentacji z krajów będących gospodarzami imprez mistrzowskich - czyli dwa lata grania wyłącznie towarzyskiego. Dwa lata, w trakcie których możesz polegać tylko na intuicji.

Co w naszej lokalnej specyfice ostatecznie może mieć pewien atut. Ostatnie awanse na wielkie turnieje odtrąbialiśmy jako wspaniałe wyczyny, więc zagłaskani bohaterowie eliminacyjnych kampanii tracili potem wolę walki, a ich trenerzy tracili głowy. Teraz słodzenia nie będzie, zakwalifikowania się na mistrzostwa piłkarzom oraz selekcjonerowi do listy zasług nie dopiszemy. Sukces mogą osiągnąć dopiero na Euro. W dodatku, biorąc pod uwagę nasz stan posiadania, byłby on absolutną sensacją.

Czytaj więcej o reprezentacji Polski:

Kogo brakuje w kadrze? Internauci: Boruca, Małeckiego... »


Więcej o:
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ