Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Podbeskidzie czeka na baraż o ekstraklasę

- Nadal czekamy na grę w barażu o ekstraklasę, bo prawo jest po naszej stronie - uważa Jerzy Wolas, prezes Podbeskidzia Bielsko-Biała.
Wolas od trzech lat jest prezesem Podbeskidzia. Po zakończeniu ostatniego sezonu zapowiedział rezygnację, jednak ostatecznie dał się namówić współpracownikom i zdecydował się kierować bielskim pierwszoligowcem jeszcze przez rok.

Piotr Płatek: Trener Marcin Brosz przygotowuje zespół na obozie w Kętach. Ale do jakiej ligi szykujecie drużynę?

Jerzy Wolas, prezes Podbeskidzia: Tego nie wie nikt. Naszym zdaniem powinniśmy zagrać w barażu o ekstraklasę. Wierzę, że sprawiedliwości stanie się zadość. Prawo jest przecież po naszej stronie. Sąd Najwyższy zdecydował jednoznacznie w sprawie Widzewa i chyba łodzianie nie powinni myśleć o grze w ekstraklasie. Przed rokiem, gdyby nie magia nazwiska Zbigniewa Bońka, Widzew powinien zaczynać od czwartej ligi. Tak jak "Gieksa" z Katowic. Dlatego my nadal czekamy na baraż.

Wam też niektórzy wypominają, że dostaliście za korupcję ledwie sześć minusowych punktów, degradacją was nie ukarano...

- Tylko że nikt nie pamięta, że przez te sześć punktów nie wywalczyliśmy awansu. I właśnie te sześć punktów kosztowało nas ekstraklasę! Patrząc na to w ten sposób, właściwie ukarano nas degradacją.

Kiedy został Pan prezesem w 2006 roku, nie było łatwo?

- Klub był wtedy w katastrofalnej sytuacji. Właściwie staliśmy nad przepaścią, ja w nim byłem wiceprezesem ds. młodzieży. Podbeskidzie miało 3,5 mln zł długów. Telefony od ludzi domagających się należności się urywały, wokół czyhali komornicy, a my uciekaliśmy z jednego banku do drugiego, aż w końcu nikt już kredytów dawać nie chciał. Sytuacja była nie do pozazdroszczenia.

Jak Wam się udało z tego wyjść?

- Najłatwiej było zgasić światło i zamknąć drzwi. Ale zakasaliśmy rękawy i wzięliśmy się do roboty. Gdyby nam prezydent i miasto wtedy nie pomogli, sami nic byśmy nie zrobili. Ale po trzech latach mogę powiedzieć, że jesteśmy na finiszu. Spłaciliśmy już prawie wszystkie zaległości, została końcówka. Nie mogę narzekać: stadion mamy w remoncie, zespół w czubie tabeli, a długi prawie pospłacane. Śpimy wreszcie spokojnie. Jeśli wreszcie wywalczymy ten awans do ekstraklasy, wtedy odejdę z prezesowania Podbeskidziu. To byłoby ukoronowanie mojej pracy.

Działa Pan nie tylko w futbolu. W Jeleśni ma Pan zakłady mięsne.

- W Katowicach Szopienicach uczyłem się w Technikum Przemysłu Spożywczego, od czasu matury wokół tematu mięsa krążyłem. Zresztą mój tata pracował w zakładach mięsnych. Kiedy w 1991 roku okazało się, że zakład w Jeleśni, dawny GS, był do wydzierżawienia, po rodzinnej naradzie postanowiliśmy spróbować. Teraz wspólnie z bratem jesteśmy jego właścicielami, mamy też drugi zakład w Wadowicach.

Jak został Pan działaczem piłkarskim?

- To były śmieszne i niezwykłe okoliczności. Szkoła mistrzostwa sportowego w Komorowicach, gdzie chodził mój syn, upadała. Nauczyciele mieli kilkumiesięczne zaległości w wypłatach, a boisko było w opłakanym stanie. Jeden z trenerów, by ratować sytuację, pytał uczniów, gdzie ich rodzice pracują i czy by nie mogli pomóc. Tak trafił do mnie i poprosił o pomoc w kupnie... bramki, bo stare były już do niczego. Tak zostałem prezesem BBTS-u Komorowice. Boisko kupiłem od komornika i oddałem klubowi, stopniowo regulowaliśmy długi. Teraz mamy fajny i poukładany klub, który szkoli narybek dla Podbeskidzia.