Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Futbol bywa kapryśny - wywiad z Mauro Cantoro, piłkarzem Wisły Kraków

Olisadebe zrobił wiele dobrego dla obcokrajowców w polskiej lidze. Ale ja uważam, że powinno się grać dla kraju, w którym człowiek się urodził i wychował. Nawet jeśli kadra Argentyny to dla mnie marzenie ściętej głowy, nie chciałbym grać w innej.
Dariusz Wołowski, Michał Białoński: Pamięta Pan swoją pierwszą reakcję, gdy pojawiła się propozycja z Polski? Dla argentyńskiego piłkarza to niezbyt modny kierunek.

Mauro Cantoro: Przez chwilę rzeczywiście pomyślałem, że Polska to nieco egzotyczny kraj jak na karierę piłkarską Argentyńczyka. Ale zacząłem zbierać informacje. Nie było to takie trudne, bo reprezentacja Polski zakwalifikowała się do mundialu i we Włoszech było to zauważone. Pomyślałem sobie, że gra w kraju finalisty MŚ to nie jest zły pomysł. Poza tym mój menedżer współpracuje z Markiem Koźmińskim z Brescii. Miałem więc informacje z pierwszej ręki. Marek opowiadał mi o Polsce, o waszej lidze. Mówił, że nie ma tu wielu piłkarzy grających w moim stylu, że będę wyjątkiem i łatwiej mi będzie się przebić. Ale przede wszystkim zdecydowało to, że propozycja Wisły była bardzo dobra.

Grał Pan wtedy w III-ligowym Ascoli. Nie widział Pan szansy na transfer do Serie A?

- W Ascoli byłem sześć miesięcy. Grałem dobrze, strzelałem bramki, kibice traktowali mnie wspaniale. Ale nie zanosiło się na szybki awans do lepszego klubu. Wybrałem więc Wisłę.

Pojawił się Pan w Polsce i natychmiast zaczął strzelać gola za golem. Ktoś mógłby powiedzieć, że to dowód słabości naszej ligi. Przyszedł Pan przecież z klubu trzecioligowego.

- Moją sprawą jest grać jak najlepiej i tyle. A każdy, kto mnie ogląda, ma prawo oceniać i wyrobić sobie zdanie, czy jestem dobry, czy nie. Mogę tylko powiedzieć, że grałem w I lidze w Argentynie i w Peru. I uważam, że Serie C jest tak samo mocna jak najwyższe ligi w innych krajach. A nawet lepiej zorganizowana. Stadion Ascoli ma trybuny na 45 tys. ludzi. A jaka jest liga polska? Na pewno zupełnie inna niż włoska czy argentyńska. Gra się bardzo fizycznie, dużo się biega. Kiedy człowiek dostaje piłkę, dwóch graczy "ma się na plecach". Ja wolę futbol techniczny, taki jak w Argentynie czy Brazylii, gdzie więcej się myśli o grze niż o zabieganiu przeciwnika. Ale muszę się przystosować. I to mi dobrze zrobi.

Przyjechał Pan z Włoch i zaraz była okazja obejrzenia konfrontacji mistrza Polski z wiceliderem Serie A - Interem Mediolan.

- Żałowałem, że nie mogę pomóc kolegom, ale nie byłem zgłoszony do Pucharu UEFA. Patrzyłem na grę i wzbierała we mnie bezsilność. Do sukcesu zabrakło Wiśle tak niewiele. Ale nie było to dla mnie wielkim zaskoczeniem. Znałem już drużynę i wiedziałem, że Wisła jest w stanie pokonać Inter, a nawet go wyeliminować. Przekonałem się ostatecznie, że nie zrobiłem źle, wybierając ofertę Wisły. Że mogę się tu rozwijać.

Zaczął Pan bardzo dobrze. Będzie tak dalej?

- Chyba tak. Ale wiem, że futbol bywa kapryśny, niesprawiedliwy - daje i odbiera nie zawsze proporcjonalnie do wysiłku, który wkładasz w pracę. Bez niej jednak sukces jest niemożliwy. Dlatego pracuję coraz więcej, a po każdym kolejnym dobrym meczu czy golu myślę o następnym.

W pucharowym spotkaniu ze Stomilem strzelił Pan bramkę z 30 metrów. Piłka wpadła w okienko. To przypadek?

- Lubię strzelać z dystansu, ale 30 metrów od bramki powinno się raczej szukać partnera lepiej ustawionego. Strzał z tej odległości jest ostatecznością. Ja specjalizuję się w dogrywaniu piłki. Choć oczywiście staram się pamiętać, że gra w piłkę polega na zdobywaniu bramek. Każdy piłkarz to uwielbia, nawet bramkarz chciałby je strzelać.

Kilku argentyńskich piłkarzy próbowało już sił w polskiej lidze. Bez powodzenia.

- Trudno mi coś o tym powiedzieć. Ja staram się być tu szczęśliwy, iść na trening z przyjemnością i z niecierpliwością czekać na mecze. Gdyby to nie było możliwe - nie dałbym sobie rady.

Dlaczego piłkarze argentyńscy tak powszechnie wyjeżdżają z kraju? Miejscowa liga jest przecież silna i wcale nie biedna.

- Piłkarz ma 10-15 lat na to, żeby zapewnić rodzinie dobrobyt. A ponieważ we Włoszech, Hiszpanii, Anglii czy Niemczech płaci się znacznie lepiej - wszyscy chcieliby grać i zarabiać właśnie tam.

Javier Saviola wyjechał do Barcelony, mając 19 lat. Pański brat, który gra we Włoszech, ma 22 lata. Młodzi ludzie znaleźli się daleko od domu, w zupełnie innym świecie.

- Różnice między Ameryką Łacińską i Europą są duże, ale bez przesady. Pamiętajmy, że piłkarze trafiają do potężnych klubów, warunki życia mają dobre i wszystkim zależy, żeby czuli się i grali jak najlepiej. Ani Saviola, ani mój brat nie są pozostawieni samym sobie. Mają ludzi, którzy im pomagają. Ale z pewnością potrzebują roku czy półtora, żeby pokazać, jakimi są piłkarzami.

W Argentynie grał Pan w słynnym Velezie Sarsfield, który w 1994 roku pokonał AC Milan w meczu o Puchar Interkontynentalny.

- Trafiłem do klubu, mając 8 lat. W wieku 16 lat zadebiutowałem w I lidze. Nieszczęściem w moim szczęściu było to, że w latach 90. Velez był najlepszym klubem w Ameryce Płd. i jednym z najlepszych na świecie. Grali tam naprawdę wielcy piłkarze i ja nie miałem stałego miejsca w składzie. Dlatego postanowiłem wyjechać do Peru razem z trenerem Ovaldo Piazą. Tam trzy razy byliśmy mistrzami kraju.

Potem wyjechał Pan do Europy. Trudno było się przyzwyczaić?

- Bywało trudno. Ale piłkarzowi potrzebna jest ta odrobina charakteru, która sprawia, że nawet będąc daleko od domu, tęskniąc za rodziną, zaciska zęby i wykonuje swoją pracę jak najlepiej. Mnie było łatwiej - wyjechałem z żoną. W Polsce mieszkamy z synami. Tak więc bliskich mam na miejscu. Mojemu bratu, gdy przyjeżdżał do Włoch, też było już łatwiej, bo ja tam byłem i miał przewodnika. Teraz bardzo chce poznać Polskę. Może tylko poczekamy na lepszą pogodę.

Co w Polsce jest dla Pana największą barierą?

- Język. Gdy nie możesz kontaktować się z ludźmi - to nie jest dobrze. Jesteś uwięziony w domu, samotny, odcięty od świata i normalnego życia. Ale trzeba wytrzymać. Traktuję to jednak jako poświęcenie, którego wymaga praca. A na boisku nie trzeba gadać, tylko grać. Chociaż wiem, że to trudne, będę się uczył polskiego, przynajmniej podstawowych słów. Moja żona to kobieta żywa, potrzebuje towarzystwa, lubi wychodzić z domu. Nie przepada za siedzeniem z dzieciakami, bo one się nudzą i stają się nieznośne. W Polsce na razie zna tylko jedną rodzinę, która mówi po włosku. Codziennie z nią rozmawiam, tłumaczę, że do wszystkiego się można przyzwyczaić. I jest nam w Polsce coraz lepiej, z dnia na dzień. Jeśli idzie o kuchnię, to żona gotuje potrawy włoskie i argentyńskie. A i do polskich się przyzwyczaimy. Ja nie mam zresztą wyjścia. Na zgrupowaniach koledzy jedzą polskie dania.

A klimat? Czy kiedy spadnie śnieg, żona nie wyrzuci Pana z domu w "podziękowaniu" za to, że skazał ją Pan na polskie mrozy?

- Już chciała wyrzucić. Do zimna ani ja, ani rodzina zupełnie nie jesteśmy przyzwyczajeni. Wszyscy kochamy słońce, a w Polsce o tej porze roku nie ma go za wiele. Człowiek tęskni za ciepłem i Argentyną - to normalne. Kiedy wyjeżdżałem z kraju, nie przestawiłem zegarka. We Włoszech i w Polsce mam przy sobie czas argentyński. Nie umiem nawet dokładnie wyjaśnić dlaczego. Trochę z sentymentu, żeby mieć jakiś kontakt z krajem, ale też po to, żeby wiedzieć, kiedy można dzwonić do rodziców.

Jak Pan rozmawia z trenerem Smudą?

- Najczęściej na migi. Poza tym trener zna kilka słów po włosku i hiszpańsku. Ale przed meczami, kiedy konieczne jest precyzyjne wyjaśnienie, co powinienem robić, czego się ode mnie oczekuje, niezbędny jest tłumacz.

Na początku Pańskim przewodnikiem był Tomasz Frankowski.

- Tak. On jako jedyny odważa się mówić mieszanką hiszpańskiego z włoskim. Ale muszę przyznać, że dobre samopoczucie w Wiśle zawdzięczam wszystkim kolegom. To dobrzy piłkarze i porządni ludzie, którzy potrafili wyciągnąć rękę do kogoś z zewnątrz. Postaram się zrewanżować ciężką pracą i dobrą grą. Tak będzie dobrze i dla Wisły, i dla mnie.

Co by Pan powiedział, gdyby Wisła zaproponowała Panu kontrakt na pięć lat? Chciałby Pan tyle zostać w Polsce?

- Nie mam takich planów. Chcę grać na tyle dobrze, by odejść do lepszego klubu. Na razie jednak muszę odnieść z Wisłą sukces - na przykład awansować z nią do Ligi Mistrzów. Wtedy ten klub stanie się niezłym oknem wystawowym na Europę. Problem nie polega na tym, na ile lat podpiszę z Wisłą umowę. Chodzi o to, żeby pozwolono mi odejść, gdy pojawi się propozycja z silnego europejskiego klubu.

Czego Pana zdaniem najbardziej brakuje Wiśle?

- Świateł na stadionie i trybun za bramkami. Żeby takich meczów jak z Interem nie trzeba było grać w czasie drugiego śniadania.

Poznał Pan już Kraków?

- Nie za wiele. Wyszliśmy z żoną kilka razy do miasta. Bardzo nam się podobała mieszanka historii ze współczesnością. Kościoły i pałace oświetlone nocą robią wrażenie.

Przed mundialem w Korei i Japonii reprezentacja Argentyny jest faworytem numer jeden.

- Większość piłkarzy z drużyny narodowej już wiele lat pracuje w Europie. Do ich naturalnego waloru - latynoskiej techniki - dokładana jest odpowiednia dyscyplina, taktyka i siła. Wybitne indywidualności połączone w kolektyw - to czyni zespół tak mocnym. No i mają dobrego szkoleniowca. Z Marcelo Bielsą pracowałem w Velezie i znam go dobrze.

Brazylijczycy też grają w Europie, a ich drużyna narodowa przeżywa kryzys.

- Bo oni myślą tylko o grze do przodu, lubią się popisywać techniką, nie zawsze wykorzystując ją do celów praktycznych. My potrafimy się bronić nie gorzej niż zespoły europejskie - czyli robimy z przyjemnością to, co Brazylijczycy traktują jak zło konieczne. Przewyższamy ich grą obronną, a w ataku mamy najlepszego strzelca świata Batistutę i takich pomocników jak Veron, Aimar czy Riquelme, którzy na niego pracują.

Tylko że Riquelme nie może się przebić do składu.

- To kwestia czasu. Choć konkurencja w argentyńskiej kadrze jest wielka, on jest talentem po prostu unikalnym. Na naszym kontynencie wiedzą to wszyscy, w Europie głównie ci, którzy oglądali Puchar Interkontynentalny, kiedy prowadzone przez niego Boca Juniors ograło Real Madryt 2:1. Na razie na pozycji Riquelme w kadrze numerem jeden jest Veron. Ale ja uważam, że powinni grać obaj. To wielcy piłkarze. Miałem okazję tego doświadczyć.

Trener reprezentacji Polski Jerzy Engel uważa Batistutę za gracza numer jeden na świecie, a on nie ma pewnego miejsca w kadrze Argentyny.

- Bo to prawdziwy dream team i szalenie trudno się przebić. Ale bez względu na wszystko ktoś taki jak "Batigol" musi grać w kadrze. Choćby dlatego że każdego obrońcę, który staje naprzeciwko niego, już przed meczem zalewa zimny pot.

Ale tytuły najlepszego piłkarza na świecie wciąż ktoś sprząta Argentyńczykom sprzed nosa. Ronaldo, Rivaldo, Figo, Zidane...

- Dziś nie ma gracza numer jeden - tak jak kiedyś Maradona. Jest grupa piłkarzy z najwyższej półki. Na niej Argentyńczyków jest kilku.

Maradona rozegrał niedawno mecz pożegnalny. Jedna z kobiet płaczących ze wzruszenia na trybunach opowiadała, że jej własny syn jest zazdrosny o jej miłość do Diego.

- Maradonę kocha każdy Argentyńczyk. Kocha go zresztą każdy, kto kocha futbol. Dla nas on jest esencją piłki nożnej. Mojemu młodszemu synowi chciałem dać na imię Diego, tak jak robi wielu ludzi w Argentynie. Tyle że żona się nie zgodziła. Kłóciliśmy się o to. Widać, też jest o Maradonę zazdrosna. Mam w domu stosy kaset z jego meczów: zdjęć, wycinków prasowych, książek o nim. We Włoszech kupiłem kolejne. Mam zdjęcie po meczu, kiedy graliśmy razem. Rodzice przysłali mi z Argentyny kasetę wideo z tym jego pożegnalnym spotkaniem. Gdybym był w domu, poszedłbym na pewno na stadion Boca Juniors, żeby go pożegnać. Żeby przeżyć ten ból z nim i ze wszystkimi. Dla mnie razem z jego odejściem w pewnym sensie kończy się futbol.

Czyli zdarzyło się Panu grać przeciw Maradonie?

- Tak. To była jedna z najbardziej niezapomnianych chwil. Byłem rozgorączkowany, nie mogłem się skupić na swojej grze, nie bardzo wiedziałem, gdzie jest piłka, patrzyłem, co robi on. Jak przyjmuje, jak zastawia, podaje. Niebywałe wrażenie. Po tamtym meczu zebrała się u nas cała rodzina, a ja siedziałem w środku i opowiadałem o nim.

Czyli Pańskim wzorem był właśnie Maradona?

- Idolem. Bo na Maradonie wzorować się nie można. Kto by to potrafił?

Dla wielu ludzi w Europie Maradona to wielki piłkarz i mały człowiek - uzależniony od narkotyków, wywołujący skandal za skandalem.

- Czy ktoś pomyślał, jakie on miał życie? Stał się więźniem i ofiarą swojej sławy. Nie mógł spokojnie wyjść na ulicę, pójść z żoną do kawiarni, pogadać, bo zaraz na głowę zwalał mu się tłum rozszalałych wielbicieli. Dziennikarze go prześladowali, nie miał chwili wytchnienia. Łatwo dziś oskarżać Maradonę. A przecież to człowiek, który musiał wyjechać ze swojego kraju, zaszyć się na Kubie, żeby w końcu zaznać normalniejszego życia. Za geniusz, sukcesy, sławę zapłacił wysoką cenę. Ja bym się nie odważył go potępiać.

Argentyna zdobyła tytuł mistrza świata dwa razy: w 1978 i 1986 roku. Jaki to miało wpływ na Pańskie zainteresowanie piłką?

- Drużyny z 1978 nie pamiętam. Miałem dwa lata. Ale kiedy Maradona wygrywał w Meksyku, już wiele rozumiałem. Mogłem wyczuć wagę tego sukcesu. Największy wpływ na moją miłość do piłki miał jednak ojciec. On zawsze mi pomagał. A potem żona. Być partnerką sportowca to nie jest taki luksus, jak się sądzi. Piłkarz żyje w reżimie, więc jego żona razem z nim. Nie ma normalnego życia towarzyskiego. Mnie często nie ma w domu, ciągle się przenoszę: Argentyna, Włochy, Polska, a rodzina żyje po cygańsku. Ledwie się przyzwyczai tu, już trzeba jechać gdzie indziej.

Z którymi z piłkarzy obecnej kadry Bielsy mierzył się Pan na boisku?

- Z większością. Z Veronem i Gallardo graliśmy w reprezentacji juniorów. Ja byłem kapitanem na mistrzostwach świata w Japonii. Z innymi piłkarzami reprezentacji rywalizowałem w lidze argentyńskiej.

Do kadry seniorskiej nie miał Pan szczęścia.

- Kiedy miałem 16 lat, uważano mnie za duży talent. Debiutowałem w Velezie w I lidze. Młody człowiek, wokół którego tyle się dzieje, nie zawsze umie wykorzystać swoje szanse. Cóż, być może coś zaprzepaściłem, może zabrakło szczęścia. Trudno mi o tym mówić. Na pewno jednak nie byłem leniem. Pracowałem ciężko i robiłem, co mogłem. Dziś mam 26 lat i jeszcze będę grał lepiej. Wierzę w to.

Wie Pan, że gwiazdą reprezentacji Polski jest pochodzący z Nigerii Emmanuel Olisadebe.

- Tak, bardzo szybki, dużo strzela. Jestem pewien, że zrobił dużo dobrego dla wszystkich obcokrajowców, którzy przyjeżdżają do Polski. Kibice patrzą teraz na nas łaskawszym okiem.

Nie wszyscy zaraz byli łaskawi dla Olisadebe. W kilku miastach, gdzie grała Polonia Warszawa, na boisko rzucano banany. A Pana jak traktują fani rywali Wisły?

- Czasem coś krzyczą, ale ja przecież nic nie rozumiem. To jedyna dobra strona nieznajomości polskiego.

Ale nie myśli Pan o tym, by pójść w ślady Olisadebe?

- Grać w reprezentacji Polski? Nie. Kiedy byłem w Peru, namawiano mnie do przyjęcia tamtejszego obywatelstwa, by występować w ich kadrze. Po pierwsze nie mogłem, bo już wcześniej reprezentowałem Argentynę. Po drugie uważam, że każdy powinien grać dla kraju, w którym się urodził i wychował. Nawet gdyby dla mnie nasza kadra była tylko mrzonką, marzeniem ściętej głowy, nie mógłbym i nie chciałbym grać w innej. Albo argentyńska, albo żadna.

Jacy są kibice Wisły?

- Reagują gorąco. Zaskoczyli mnie tym. Myślałem, że publiczność w Polsce będzie raczej chłodna.

Brazylijczycy mówią, że futbol jest dla nich religią. Co mówią Argentyńczycy?

- Że do religii mu niedaleko. Ludzie w Argentynie kochają go fanatycznie. Teraz jest głęboki kryzys gospodarczy, ludzie nie mają pracy, ale stadiony wciąż są pełne.

Rywalizacja między Argentyną i Brazylią jest tak wielka, że gdy niedawno FIFA ogłosiła plebiscyt na piłkarza wszech czasów w kłótnię, czy był nim Pele, czy Maradona, zaangażowali się nawet politycy w obu krajach.

- Te różnice wywodzą się z podobieństwa. I oni, i my ślepo, do szaleństwa kochamy piłkę. Stąd bezpośrednie mecze drużyn narodowych czy klubowych, a także dyskusja, kto był lepszy Pele czy Maradona, traktowane są z fanatyzmem. Dla mnie najważniejszy w tym plebiscycie był głos zwykłych ludzi. Dzięki Bogu oni głosowali za Maradoną.

Wygląda na to, że najbliższy mundial będzie argentyński, a nie brazylijski jak dwa poprzednie, gdy Canarinhos docierali do finału.

- Trudno dziś o tym przesądzać. W eliminacjach Argentyna grała od Brazylii dużo lepiej i wszyscy obawiają się jej teraz bardziej. Ale co będzie za pół roku? Poza tym o sukcesie w takiej imprezie jak mundial decyduje masa czynników. Na razie Argentyna nie jest ani o krok bliżej tytułu od Brazylii. Jeśli przeanalizować możliwości piłkarzy, którzy są w brazylijskiej kadrze, stać ich na to, by być wśród czterech najlepszych zespołów świata.

A kto z Europy powinien być najsilniejszy?

- Włochy, Francja, Holandia. O, przepraszam, Holandia odpadła w eliminacjach. Swoją drogą do dziś trudno w to uwierzyć. Ma tak wspaniałych piłkarzy.

Odważyłby się Pan przewidywać, na co stać Polaków?

- Do faworytów oczywiście nie należą. Wierzmy, że będą czarnym koniem, odkryciem tych mistrzostw. Od niedawna mają kibica nawet w dalekiej Argentynie. Ja będę trzymał za nich kciuki.

Skąd się wziął Pański pseudonim - "Byk"?

- Tak nazwali mnie peruwiańscy dziennikarze. Myślę, że niekoniecznie ze względu na styl gry, ale raczej na dwie ostatnie sylaby nazwiska. Toro - torro, czyli byk.

Czym futbol jest dla Pana? Drogą do lepszego życia?

- Tak. Ale zawdzięczam mu nie tylko dobrobyt. Niemal wszystko, co mnie w życiu spotkało dobrego, wiąże się z piłką.