Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Nowe czasy w Widzewie Łódź

Jeszcze w 1997 roku Widzew miał w składzie dziesięciu byłych lub aktualnych reprezentantów kraju. W poprzednim sezonie dopiero w ostatniej kolejce zapewnił sobie utrzymanie w ekstraklasie, a latem istniała nawet groźba, że klub nie przystąpi do rozgrywek. Ale od niedzieli nad klubem zaświeciło słońce. - Z SLD Widzew nie zginie - twierdzą działacze
Widzew stał się znany w drugiej połowie lat 70. Drużyna powstała z piłkarzy, którzy nie mieli miejsca w innych klubach, przede wszystkim w ŁKS. - Szefowie ŁKS lekką ręką oddawali zawodników do dzielnicowego klubu - wspomina były piłkarz Tadeusz Gapiński. Po awansie do ekstraklasy kupiono m.in. Zdzisława Rozborskiego z Górnika, Mirosława Tłokińskiego z Lechii Gdańsk i przede wszystkim Zbigniewa Bońka z Zawiszy Bydgoszcz. Część pieniędzy na kupno Bońka prezesi pożyczyli od piłkarzy.

Dochody spadały, wydatki rosły

Największe sukcesy Widzew odnosił w pierwszej połowie lat 80. Mimo że sprzedano Bońka do Juventusu Turyn (za 1,8 mln dol.), drużyna awansowała do półfinału Pucharu Europy, w którym uległa właśnie mistrzowi Włoch. Później odeszli jeszcze Władysław Żmuda, Józef Młynarczyk, Włodzimierz Smolarek.

Sprowadzano nowych graczy, ale nie udało się powtórzyć sukcesów, choć Widzew wciąż liczył się w walce o czołowe miejsca. W 1989 roku z funkcji prezesa zrezygnował twórca potęgi Ludwik Sobolewski, a wkrótce potem drużyna spadła z ekstraklasy. Jednak tylko na rok.

Po powrocie do I ligi w klubie nastąpiły wielkie zmiany. Powołano pierwszą w kraju sportową spółkę akcyjną. Jej udziałowcami zostali najbogatsi łodzianie. Z szóstki biznesmenów, którzy tworzyli spółkę, do dziś w klubie został tylko Andrzej Pawelec, który ma ponad 90 proc. akcji.

Rok po awansie widzewiacy znów grali w europejskich pucharach, a w 1996 roku niespodziewanie wywalczyli trzecie w historii klubu mistrzostwo Polski. Kolejnym celem, jaki postawili sobie jego właściciele, był awans do Ligi Mistrzów. Pomogły w tym transfery pięciu zawodników, w tym rekordowy Radosława Michalskiego, za którego zapłacono Legii aż milion marek. Do Widzewa trafili też Jacek Dembiński, Paweł Wojtala, Maciej Szczęsny i Sławomir Majak. Rok później łódzka drużyna znów okazała się najlepsza Polsce. Przeszkodą nie do przejścia na drodze do kolejnych wielkich pieniędzy za grę w Lidze Mistrzów stanęła jednak bardzo silna wówczas włoska Parma.

I wtedy zaczął się upadek Widzewa. Jeszcze kupowano zawodników za ogromne pieniądze (m.in. Macieja Terleckiego za 600 tys. marek), ale w klubie coraz częściej dochodziło do zatorów płatniczych. Nie pomagały transfery czołowych piłkarzy na Zachód - Dembiński odszedł do HSV Hamburg za 2 mln marek, Majak do Hansy Rostock za 1,2 mln marek.

Widzew miał jednak w zanadrzu hit. Był nim Marek Citko, o którego starały się najsilniejsze kluby angielskie. Blackburn Rovers oferował 4 mln funtów. Na transfer nie zgodził się jednak sam piłkarz. - Gdyby Marek wtedy podpisał kontrakt, do dziś Widzew byłby potęgą - powtarza Andrzej Pawelec.

Dochody klubu spadały, a wydatki rosły. Kontrakty piłkarzy Widzewa były najwyższe w Polsce. Czołowi gracze zarabiali dużo ponad 100 tys. dol. rocznie, a wyniki były coraz gorsze. Ostatnią nadzieją na zarobienie wielkich pieniędzy i wyjście z kryzysu był start w eliminacjach Ligi Mistrzów w 1999 roku. Fiorentina była jednak lepsza.

Kolejne dwa lata to już walka o utrzymanie w ekstraklasie. Zmieniono sześciu szkoleniowców, sprzedano też wszystkich wartościowych piłkarzy. Za Artura Wichniarka Arminia zapłaciła 3 mln marek, do Legii sprzedano Tomasza Łapińskiego i Citkę (2 mln marek), do Pogoni Szczecin Dariusza Gęsiora (1 mln zł), do Wisły Kraków Mirosława Szymkowiaka (1,2 mln marek).

Mimo takich wpływów z transferów w klubie permanentnie brakowało pieniędzy. Co jakiś czas wierzyciele składali wnioski o upadłość spółki, odcinano prąd, wodę i telefony (ostatnio nie działały osiem miesięcy), a piłkarze mówili o ogromnych zaległościach wobec nich. Wszystkie długi klubu liczono już w milionach marek. W końcu Widzew wystąpił do sądu o wszczęcie postępowania układowego. Udało się, dlatego duża część długów została umorzona, a resztę rozłożono na raty. Z ich spłacaniem też jednak były kłopoty.

Wiosną tego roku 11 zawodników złożyło w PZPN wnioski o rozwiązanie kontraktów. W odpowiedzi prezes Pawelec ujawnił ich zarobki w poprzednim roku. Czołowi piłkarze dostali po 400 tys. zł, choć zespół grał o utrzymanie.



Udało się pozostać w ekstraklasie, choć szkoleniowcy i zawodnicy przez całą rundę wiosenną nie dostali pensji. Latem zwolniono trenera Marka Koniarka, a jego następcą został Bogusław Kaczmarek. - Obiecywano mi sprowadzenie kilku graczy i walkę o czołowe lokaty - opowiada szkoleniowiec. Zrezygnowano z kilku zawodników (m.in. Rafała Pawlaka, Macieja Stolarczyka, Sławomira Olszewskiego, Andrzeja Michalczuka, Sławomira Guli), padły już nazwiska następców.

Tyle że Kaczmarka zatrudniał Pawelec, który na początku lipca oddał władzę w klubie Andrzejowi Grajewskiemu. Biznesmen z Hanoweru od kilku lat pojawiał się w Widzewie, by w najmniej oczekiwanych momentach odchodzić. - Pawelec i Grajewski to dwie silne osobowości, dlatego trudno im się ze sobą zgodzić - mówi jeden z byłych działaczy. - Zwykle godzili się, gdy był do sprzedania jakiś zawodnik. Jak było biednie, kłócili się.

W 1998 roku Grajewski wycofał się, jak wówczas mówił, definitywnie. Przeniósł swoje sympatie do Lecha Poznań. Wytrzymał w nim do 2000 roku. Ale już przed rokiem znów zaczął pojawiać się na stadionie przy al. Piłsudskiego w Łodzi. Zimą zaprosił drużynę na zgrupowanie i turnieje halowe.

Jak się dowiedzieliśmy, Grajewski podpisał z Pawelcem umowę, w wyniku której przejął na cztery lata władzę w Widzewie. Jest w niej zapis, że może zostać zerwana tylko na wniosek Grajewskiego, który został generalnym menedżerem klubu. Pawelec nie odszedł jednak z Widzewa, przyjmując funkcję prezesa rady nadzorczej spółki.

Pierwszym posunięciem Grajewskiego było obniżenie zarobków w klubie. Trenerowi Kaczmarkowi zaproponowano takie warunki, że ten natychmiast spakował się i wrócił do domu. - Jak ojciec nie ma na chleb, nie urządza imienin - to motto szefa Widzewa. - Tu nie ma nawet na papier toaletowy, więc nie ma mowy o transferach czy wysokich kontraktach - mówi Grajewski. Na przykład czołowemu pomocnikowi - Rafałowi Kaczmarczykowi - zaproponowano ponoć o połowę niższe zarobki. Zawodnicy protestowali, ale po jakimś czasie godzili się na nowe warunki. Ostatni umowę przedłużył Marcin Zając.

Po nie najlepszym początku sezonu Grajewski przekonał się jednak, że bez znaczących wzmocnień nie da się utrzymać w lidze. Dlatego z Energie Cottbus sprowadził Patryka Rachwała. Chciał też kupić Robertasa Poskusa, ale prezes Żalgirisu Wilno wycenił go na milion dolarów.

Grajewski jest postacią bardzo kontrowersyjną. Byłym piłkarzom i trenerom Widzewa, którzy teraz domagali się uregulowania zaległości (Andrzej Pyrdoł) lub też pomagali zawodnikom w sporze z klubem (Marek Pięta), zabronił wchodzenia na stadion. Po porażce z KSZO Ostrowiec zakazał widzewiakom udzielania wywiadów. Każda wypowiedź o klubie kończy się rozmową w gabinecie Grajewskiego. - Pan prezes jest czuły na swoim punkcie, nie lubi, kiedy publicznie ocenia się to, co robi. Dlatego nie chcemy się o nim wypowiadać - twierdzi jeden z czołowych widzewiaków.

Mimo wszystkich wad Grajewski zrobił już w tym sezonie bardzo wiele dobrego. Przede wszystkim udało mu się prawie w całości spłacić zadłużenie wobec byłych piłkarzy, a obecnie grający dostali pensje za pół roku z góry. Na liście zaległości, którą przysłał do Łodzi PZPN, było 21 nazwisk. Klub był im winien 1,2 mln zł. Grajewskiemu udało się spłacić 900 tys. zł, ale i tak związek zawiesił wszystkich graczy, których pozyskano w tym sezonie. Przeciwko Polonii Warszawa wystąpili wychowankowie klubu. Jednak po wizycie Grajewskiego w PZPN kara został cofnięta.

Moda na Widzew

W czasach sukcesów chodzenie na mecze Widzewa było w Łodzi modne. Obok siebie na trybunach siedzieli politycy AWS (m.in. Stefan Niesiołowski i Piotr Żak), Unii Wolności (poseł Mirosław Drzewiecki) i SLD (Andrzej Pęczak i Leszek Miller). Dochodziło do tego, że na wyjazdowe spotkania w europejskich pucharach latały dwa samoloty czarterowe - pierwszy z piłkarzami, drugi z oficjelami. Ale im mniejsze były sukcesy, tym w loży dla VIP-ów było więcej wolnych miejsc.

Pęczak i Niesiołowski od lipca działają razem w radzie nadzorczej, ale działacze czekali przede wszystkim na wybory parlamentarne. - Na pewno wygra SLD, a że jej lider jest naszym kibicem, Widzew nie zginie - mówili. Okazało się, że mieli rację.

Trzy dni przed głosowaniem na konferencji prasowej poinformowano, że sponsorem Widzewa została austriacka firma budowlana Strabag. W ciągu najbliższego roku ma ona przekazać klubowi milion złotych. Nikt nie ukrywał, że w zawarciu kontraktu bardzo pomogli szef łódzkiego SLD Andrzej Pęczak, a także Leszek Miller. Dyrektor Strabaga Nematollah Farrokhnia stwierdził nawet, że z przyjemnością pomaga ulubionej drużynie przyszłego premiera. - Mam nadzieję, że za dwa, trzy lata w Łodzi znów będzie Liga Mistrzów - dodał.

Szefowie klubu i politycy SLD już wtedy twierdzili, że to nie koniec hitów finansowych. Pawelec ujawnił, że toczą się rozmowy z czterema wielkimi firmami. - Przynajmniej dwie z nich będą nam pomagać - dodał.

W klubie nie kryją, że zainteresowanie Widzewem ma związek z przyszłym premierem. - Jesteśmy jedną z najsłabszych drużyn w lidze, więc normalnie mało kto chciałby z nami rozmawiać - twierdzą działacze. Nieoficjalnie mówi się, że sponsorem łódzkiego klubu może zostać wkrótce Bartimpex, zajmujący się m.in. importem gazu z Rosji. Jej właściciel Aleksander Gudzowaty, uważany za najbogatszego Polaka, urodził się i wychował w Łodzi. Ale nie to jest głównym powodem rozmów o wejściu do Widzewa...

Pawelec: - Rozmawiamy też z innymi, niewiele biedniejszymi sponsorami.

W przeddzień wyborów Widzew grał u siebie z GKS Katowice. Na trybunach pojawiło się wielu kandydatów do parlamentu, wśród nich Miller. Gdy wcześniej przyjeżdżał na mecze, kilkakrotnie zdarzyło się, że kibice gwizdali, zresztą tak samo jak na innych polityków. Tym razem wchodzący na stadion szef SLD został przywitany brawami!