Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wywiad z Franciszkiem Smudą, trenerem Legii Warszawa

Pierwszy raz w życiu pracę w klubie zaczynałem od czyszczenia szatni. Trenerzy, którzy pracowali w Legii wcześniej, łamali się na problemach z zawodnikami. Ja nie pękłem, oczyściłem atmosferę i teraz pojawiła się realna szansa na sukces. Liczymy się w lidze, walczymy o Puchar Polski. Nie chcę jednak niczego obiecywać - mówi ?Gazecie? Smuda.
Pierwszy raz w życiu pracę w klubie zaczynałem od czyszczenia szatni. Trenerzy, którzy pracowali w Legii wcześniej, łamali się na problemach z zawodnikami. Ja nie pękłem, oczyściłem atmosferę i teraz pojawiła się realna szansa na sukces. Liczymy się w lidze, walczymy o Puchar Polski. Nie chcę jednak niczego obiecywać - mówi "Gazecie" Smuda.Po rundzie jesiennej Legia ma pięć punktów straty do Wisły i Pogoni. Po wygranej ze Śląskiem we Wrocławiu awansowała do ćwierćfinału Pucharu Polski. Tego trofeum, Smuda jako trener nie zdobył nigdy.

Robert Błoński: Niedawno minął rok, odkąd prowadzi Pan Legię.

Franciszek Smuda: I pierwszy raz, a trenerem jestem już 30 lat spotkałem się z czymś takim. Odkąd tu jestem, nie ma miesiąca, by mnie nie zwalniano z pracy. A przecież ten zespół bywał w większym kryzysie, zajmował gorsze miejsca w lidze, wyprawiano większe numery, panowała gorsza atmosfera, ale takiego stosunku prasy do szkoleniowca nie było nigdy. Wciąż ktoś się mnie czepia. A ja przez ten rok wykonałem sporo dobrej roboty.

Co na przykład?

- Pierwszy raz w życiu pracę w klubie musiałem zacząć od "czyszczenia" szatni zawodników. Trenerzy, którzy pracowali tu wcześniej, również próbowali, ale pękali właśnie wtedy, gdy chcieli coś zmienić z piłkarzami. Gracze mówili trenerowi: spier... i taki był koniec reform. A ja nie pękłem. Z niektórymi zawodnikami długo się boksowałem, ale udało mi się. Teraz pojawiła się realna szansa na sukces. Liczymy się w lidze, walczymy o Puchar Polski.Uważam, że przez ten rok zmieniła się atmosfera w szatni, piłkarze inaczej, bardziej profesjonalnie podchodzą do tego, co robią. Zmieniły się ich charaktery, mentalność. A tego nie robi się z dnia na dzień. To nie jest tak proste, jak napisanie artykułu. Wy dziennikarze macie fajną robotę: "Smuda kupił złych zawodników, obiecał i nic nie osiągnął, Smuda się nie zna na zawodnikach, na trenowaniu..." To łatwe. Ja też mógłbym teraz usiąść i napisać: "pan Błoński nigdy nie był piłkarzem, on się na tym nie zna...". Ale tego nie zrobię. Bo jestem za inteligentny, żeby kogokolwiek obrażać. Ja mogę tylko o jednym dziennikarzu mówić, że się nie zna na niczym. To Jan Tomaszewski.

Uważa Pan, że krytyka była niesłuszna?

- Mnie krytyka nie boli. Mam mocne łokcie.

Przyszedł Pan do Legii jesienią ubiegłego roku. Pierwsze mecze były bardzo dobre. Co stało się zimą? W rundzie rewanżowej nie zdołaliście awansować nawet do europejskich pucharów?

- Końcówka poprzedniej rundy odbywała się na zasadzie: idziemy na całość Przyszedł nowy trener i każdy zawodnik chciał zrobić na mnie wrażenie. Udało im się. Ale podczas przygotowań wyszły ich prawdziwe charaktery, niektóre zachowania. I ja musiałem to prostować.Po moim przyjściu do Legii każdy chyba myślał: jest Smuda, to w miesiąc zdobędzie mistrzostwo, Puchar Ligi, Puchar Polski, awansuje do Champions League. A to nie takie proste.

Ale do Legii nie przyszedł, nieznany Jan Kowalski, tylko Franciszek Smuda. Najbardziej utytułowany polski trener lat 90-tych.

- Niech każdy wie, że ja nie jestem Mesjaszem, tylko normalnym człowiekiem, który w jednym klubie może funkcjonować, a w drugim nie. Trappatoni to wielki trener, a w Fiorentinie nic nie zdziałał. Nie odpowiadał mu klimat, skład, nie wiem, co jeszcze. To nie jest tak, że gdzie jest Smuda i czego on dotyka, to wszystko zmienia się na lepsze jak za sprawą czarodziejskiej różdżki.Co do pucharów, to przypominam, że kiedy tu przychodziłem, Legia była na dziesiątym czy jedenastym miejscu.

Skończyła na czwartym. Żadna różnica. I tak w pucharach nie grała.

- Dla Pana może nie ma różnicy, dla mnie jest. Na Zachodzie taki awans, oznacza postęp. Czy którykolwiek trener podejmie się przyjścia tutaj i od razu, na zawołanie, zrobienia pierwszego miejsca? Wątpię. Bo nie ma na świecie trenera, który przyszedłby do klubu, "przekręcił kluczyk" i wszystko nagle zagrało. Drużyny nie buduje się w minutę.

Przejdźmy do transferów.

- Przez ostatni rok mieliśmy pecha przez cały czas. W meczu z Wisłą w Krakowie nie miałem sześciu podstawowych zawodników. I nie mogłem, jak trener Lenczyk, wprowadzić na boisko zmienników klasy Moskalewicza czy Kosowskiego.

Ale to nadal nie tłumaczy, po co zimą ubiegłego roku kupiono Łapińskiego, Citkę, Wojtalę i Siadaczkę. Oni nie grali, a jeśli już byli na boisku, to lepiej tego nie wspominać.

- Łapiński to moja największa strata. Gdyby nie urazy, byłby noszony na rękach tak, jak teraz Giuliano. Ale on będzie w dobrej formie na wiosnę. Umie przecież grać w piłkę. Jego kontuzje były wynikiem pomyłek lekarzy. Tych, którzy leczyli go kiedyś i nie zrobili tego, co trzeba. Ale jeszcze zobaczycie Łapińskiego w wysokiej formie.

Siadaczka...

- Półtora roku temu grał w reprezentacji i był wyróżniającym się zawodnikiem. Niestety, dopadła go choroba. Kto wiedział, że tak się stanie. Grał słabo, bo był chory. Nie powiedział nikomu, że coś mu dolega, tylko grał. Niszczył w ten sposób swój organizm. Aż w końcu go zdemolował.Mam zresztą prawo się pomylić...

Tak..

- ...ale się nie pomyliłem. Bo Rafał, jak jest w dobrej formie, to superzawodnik. Może udowodni to na wiosnę.

Ale w Legii nie był w superformie w żadnym meczu...

- To musimy szukać następnego obrońcy. Urwiecie mi głowę za tego Siadaczkę? Ciągle tylko: "Smuda źle kupił, nie zna się na piłce". Niech Pan zobaczy, ile nietrafionych transferów było w Bayernie, Fiorentinie. Taka jest piłka. A jeśli za rok Citko odejdzie do Liverpoolu, bo w Anglii o nim nie zapomniano, to co Pan napisze? Że Smuda "trupa kupił i trupa sprzedał".

I wreszcie Paweł Wojtala...

- Przyznaję: za wcześnie go wprowadziłem do zespołu, zaczął grać bez przygotowania. Mogłem dać szansę komu innemu, ale ktoś by zapytał: "po co brałeś Wojtalę, jak on siedzi na ławce?" Dałem mu szansę, żeby szybko zaczął grać. I pod koniec był coraz słabszy fizycznie. Usiadł na ławie, ale we wcześniejszych meczach sprawdził nogę. Zobaczył, że po kontuzji ani śladu i może grać w piłkę. I teraz, po przygotowaniu fizycznym, będzie wzmocnieniem zespołu.

W ostatnich latach Legia zawsze kończy rundę bez paru kontuzjowanych zawodników. Urazów doznaje nie dwóch-trzech graczy, ale pół składu. Czy ma Pan jakiś pogląd na ten temat?

- Nienawidzę słowa pech. Ale tak się zawsze układa, że kontuzje są i muszę z tym żyć. Urazy były w Widzewie, Wiśle, ale tam miałem totalny spokój. A tu go nie mam. Dziennikarze, jak chcą się do czegoś doczepić, to znajdą sposób. Ja zawsze jestem sam. Nie ma mnie kto bronić. Nie rozumiem warszawskich dziennikarzy, przecież krzywdy nikomu nie zrobiłem. A niemal wszystkie gazety: "Wyborcza", "Przegląd", "Życie", "Życie Warszawy" sprzedawały mi petardy. I to takie, że jak wybuchły, to niszczyły wszystko. Wszyscy mnie już zwolniliście, zarzuciliście różne, nieprawdziwe rzeczy..Kiedy byłem w Widzewie, łódzcy dziennikarze promowali drużynę. A tu nie ma współpracy między nami. A jest tylko szukanie pretekstu, by mnie walnąć.

Jak oceni Pan grę zespołu w rundzie jesiennej?

- Była inna, lepsza niż na wiosnę. I o to mi chodziło. Chciałem zmienić minimalizm zawodników. Przekonać ich, że jedna porażka nie oznacza końca wszystkiego. Ten zespół ma już zakodowane, że po porażce, następny mecz trzeba wygrać. Ta drużyna zaczyna nabierać charakteru. Mamy 30 punktów, a gdybyśmy wykorzystali trzy rzuty karne, byłoby ich o siedem więcej. Widzi Pan, jak mało zabrakło do pierwszego miejsca?

Były jednak słabe mecze...

- Ale nikt nie wiedział, jaką pracę my wykonaliśmy latem. Obiecałem zawodnikom, że pod koniec będą mieli siły, że będą grać coraz lepiej. I to się potwierdziło. Szkoda tylko, że od początku nie graliśmy tak efektownie. Teraz trzeba przygotować ten zespół, by zaczął, tak jak skończył. Mówiło się, że Smuda "koksuje" zawodników. A teraz, kiedy zabiegaliśmy Amikę, czy Śląsk, czy ktoś tak powie? Prezes Wisły stwierdził, że gramy najlepszą piłkę w kraju. To są fakty. Chcę byśmy wiosną każdy mecz grali na takim poziomie, jak z Amiką.

Skąd jednak brały się tak słabe mecze, jak te remisowe z Orlenem czy Górnikiem?

- To jest piłka. Piłkarze Legii nie są nakręceni. Przeciwnik też gra w piłkę. Jak to się stało, że Bayern przegrał z IV-ligowym zespołem w Pucharze Niemiec?

Może zlekceważył rywala?

- Jeśli moi zawodnicy tak robią, to ja na to nie mam wpływu. Żaden trener nie ma. Zgadzam się z tym, co mówił ostatnio Zbigniew Boniek. Porównywał piłkarzy i sędziów. Ci pierwsi zdecydowanie częściej wypaczają wyniki, kiedy nie trafiają do pustej bramki np. z metra. A w Legii się to zdarzało.

Skąd się brała nieskuteczność Pańskich piłkarzy?

- Na to nie ma usprawiedliwienia. W każdym meczu mamy po 20 sytuacji. Zawodnicy w każdym meczu bardzo chcą, za wszelką cenę. I brakuje im zimnej krwi. Tak, jak Czarkowi Kucharskiemu. Z dwóch metrów nie trafia do pustej bramki. Powie mu Pan, że nie chciał? Nie. Za bardzo chciał i się "spalił". Problemem są też kontuzje. Gdybyśmy mieli więcej rezerwowych, dałbym paru zawodnikom odpocząć. Na wiosnę będziemy mieć liczniejszą kadrę.

Co Pan zrobi, żeby zawodnicy zawsze wychodzili na boisko z nastawieniem takim, jak np. na pojedynki z Wisłą?

- Oni od połowy rundy grali tak niemal w każdym meczu. Wprowadzana przeze mnie taktyka wreszcie daje efekty. Na początku nie było tego widać. Teraz ten organizm zaczął funkcjonować, jak należy i ludzie mówią, że zmienił się charakter drużyny.

Co by Pan w tej Legii jeszcze zmienił?

- Trzeba pracować nad dyscypliną taktyczną. Ta drużyna ma ogromne możliwości. Pokazał to ostatni mecz w Krakowie. W pierwszej połowie graliśmy z krakowianami w kotka i myszkę. W przerwie powiedziałem zawodnikom: "czekajcie teraz na błąd rywala. Stańcie z tyłu i żyjcie z ich pomyłek". A oni ruszyli do przodu, jakby chcieli wygrać 5:0. A przecież parę minut wcześniej rozmawialiśmy w szatni o czym innym. Z jednej strony to dobre, bo grają dla kibiców. Ale z drugiej nie posłuchali tego, co im mówiłem. I gole, na boisku rywala, traciliśmy po kontrach!

Czy jest jakakolwiek decyzja, której Pan żałuje? Może tego, że w ogóle przyszedł Pan do Legii?

- Nie żałuję niczego. Dostałem tu dobrą szkołę. Trzeba się było przebić przez "doradców", którzy się tu kręcili. Takich rzadko się spotyka.

Czyli odetchnął Pan z ulgą, gdy latem zmieniły się władze?

- Tak. Teraz jest zdecydowanie spokojniej. Przede wszystkim dlatego, że nie ma tu Janusza Olędzkiego. Chodził, judził i mącił. Nakręcał różne rzeczy z zewnątrz. A zawodnicy, których on sprowadził, grają teraz w rezerwach. Może poza Radkiem Wróblewskim, ale i on nie robi spodziewanych postępów.

Czy zimą będzie kolejny "odsiew" zawodników. Czy kogoś się Pan pozbędzie, tak jak rok temu Magiery, Mosóra, Wiechowskiego i Rutki?

- Nie. Ci, co mieli kontuzje, muszą dorównać reszcie. To są nietuzinkowi zawodnicy i nie wolno trwonić tego, co się ma. Dostaną szansę. Będą walczyć o miejsce. Na razie nie widzę tu nikogo do wyrzucenia. Będzie czysta selekcja umiejętności.

Kto przez te 14 miesięcy zrobił największe postępy?

- Jesienią cały zespół gra lepiej niż wiosną. Twierdzę, że rewanżowa runda poprzedniego sezonu była najgorsza w moim życiu. To moja największa porażka. Nie osiągnąłem tego, co chciałem, nie zakwalifikowaliśmy się do pucharów. Jesienią jednak każdy grał lepiej. Jeden minimalnie lepiej, inny o wiele.Największy postęp zrobił chyba Marcin Mięciel. Zmienił charakter. Zrozumiał, że mecz to nie tylko przebranie się w koszulkę i wyjście na boisko. Trzeba zawsze dawać z siebie wszystko. Powiedziałem mu kiedyś: "musisz odejść z Legii". On stwierdził, że lepiej, jeśli zostanie, bo jak odejdzie, to nic się nie zmieni. Podaliśmy sobie ręce. I powiedziałem Marcinowi: albo ci pęknie d... albo będziesz grał w piłkę. Wygląda na to, że chce zostać piłkarzem. Zawsze mu mówiłem prawdę w oczy. I niech Pan teraz go, zapyta czy Smuda jest zły, czy miał na niego zły wpływ? Stałem nad nim z batem, ale czegoś go nauczyłem... On też był uczciwy. Powiedział tak: "ja nigdy nie musiałem odbierać piłek, nie musiałem walczyć, wracać". Tak się teraz w piłkę nie gra. Wie Pan, ile czasu mnie kosztowało, żeby go przekonać? I teraz wraca pod swoje pole karne. Musiał przekroczyć pewną barierę i walczyć. On dopiero teraz zaczął rozumieć, na czym polega piłka.

A kto zrobił najmniejszy postęp?

- Młodzież, którą mamy. Czyli Mazurkiewicz, Mierzejewski... Nie wiem, czy oni myślą, że transfer do Legii to dla nich wszystko? Oni muszą pracować nad sobą podwójnie, a nawet potrójnie. Oni muszą udowadniać swoją wartość nawet, jeśli w I lidze grają po kilka minut.

Czy najlepszym i najrówniej grającym zawodnikiem Legii powinien być bramkarz?

- Robakiewicz wykorzystał swoją szansę. Z sytuacji, które mieliśmy pod bramkami rywali, bohaterami powinni być napastnicy. W każdym meczu mogli "ładować" po parę bramek i nawet, gdyby Robakiewicz puszczał, nic by się nie działo. Ale ta nieskuteczność w przodzie powodowała, że Zbyszek został liderem zespołu. Tylko dlatego.

Kto będzie groźniejszym rywalem w walce o mistrzostwo? Pogoń czy Wisła?

- Nie zapominajmy o Polonii, Amice i Zagłębiu, które mają do Legii tyle straty, ile my do liderów. Dobrze, że jest tyle liczących się zespołów. Zapowiada się interesująca wiosna.

Czy te pięć punktów straty, to dużo czy mało?

- Mało. Kwestia meczu, dwóch. Wszystko jest do odrobienia. Musimy postawić wszystko na jedną kartę. Trzeba podejścia: "teraz albo nigdy". Stawianiem sprawy, że "jakoś to będzie" nic nie zdziałamy.

Czyli nie będzie już takich meczów, jak wiosenny w Grodzisku, przegrany 0:1?

- To był najgorszy mecz w mojej karierze. Byłem wówczas bezradny, dostałem furii. To była dla mnie tragedia trenerska. Ale takiego spotkania już nie przeżyję. Wyciągnęliśmy wnioski. Mało jest już w Legii zawodników z tych, którzy tam grali. I może być jeszcze mniej...

Do Legii doszedł Kiełbowicz.

- To utalentowany chłopak, ale będzie musiał przystosować się do stylu Legii. Stać go na to. Uważam, że będzie wzmocnieniem.

Był na Pana "liście życzeń"?

- Ja już, po ubiegłorocznych doświadczeniach, nie miałem żadnej "listy". W Widzewie przedstawiałem listę zawodników, których chciałem i nawet, jak transfery nie wypalały, to nikt nie miał pretensji. A tu, czy zawodnik się sprawdzi, czy nie i tak wszystkiemu winien jest Smuda. Kiełbowicza, oczywiście, chciałem. Lewa strona - w porównaniu z prawą - jest w Legii słaba.

Chce Pan także Arkadiusza Klimka?

- Ma charakter, niezłe umiejętności, nie jest stary. Drzwi są otwarte. Nie wiadomo tylko, czy Zagłębie będzie chciało go oddać.

Da Pan sobie radę z 22 zawodnikami?

- To komfort. Sami między sobą zrobią dyscyplinę taktyczną, konkurencję. Kto przegra, straci kasę, popularność. Odejdzie do III ligi. Piłkarze zdają sobie sprawę z tego, co mogą stracić. Oni co roku są mądrzejsi, coraz bardziej profesjonalnie podchodzą do zawodu. Po meczu pozwalam im wypić po piwie. A oni pytają, czy mogą drugie. Kiedyś pili po pięć-sześć... I to po kryjomu.

Czy nie za późno zaczął Pan zmieniać skład, wprowadzać młodych zawodników.

- Moim atutem jest stałość. Przychodząc tutaj było konieczne przeprowadzenie reform w szatni, nadanie stylu tej drużynie. Osiągnąłem to po roku. Trenerzy, którzy chcą bez przerwy mieszać w zespole, zmieniać skład, najczęściej szybko przegrywają. Psychicznie słabszego zawodnika trzeba czasem przytrzymać, żeby go psychicznie podbudować.

Ale wtedy zespół gra w dziesiątkę...

- Myśmy grali w dziesięciu już parę razy i nieźle nam to wychodziło...

Jak Pan spędzi miesiąc przerwy?

- Wyjadę do Niemiec, gdzie spotkam się z tamtejszymi trenerami, potem będę miał operację nogi. Od piłki nie będę odpoczywał. Muszę się przygotować do okresu zimowego. W styczniu, na zaproszenie trenera Malesaniego, pojadę na tydzień do Udine.

Nadal mieszka Pan w hotelu?

- Jestem skromnym człowiekiem.

Ale to sprawia atmosferę tymczasowości.

- Mogę mieszkać w tym hotelu i dziesięć lat. Mam blisko na stadion...

Gdyby był Pan świętym Mikołajem: co dałby Pan prezesowi Legii?

- Na razie nic. Jeszcze zasłuży na prezent, teraz za wcześnie.

Rok temu był Pan kandydatem numer 1 na trenera reprezentacji. Teraz, po roku pracy w Legii, Pana pozycja jest słabsza.

- Ja nigdy nie uważałem się za numer jeden i nie muszę nim być. Mnie dobrze pracuje się w klubach. I tak jeszcze sporo muszę się uczyć. Uważam, że w Legii mój prestiż nie osłabł. Tu na razie miałem inne zadania do spełnienia. W jednym klubie można przyjść i od razu zrobić mistrzostwo, w drugim trzeba oczyścić szatnię zawodników. Nie zawsze szkoleniowiec ma tę samą rolę do spełnienia.

Czy na pewno zostaje Pan w Legii na rundę wiosenną?

- Mam kontrakt do czerwca i sam go nie zerwę. Mogłem odejść wcześniej, po poprzednim sezonie. Ale nie chciałem zawieść kibiców.