Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wywiad z Olisadebe: W życiu są upadki i wzloty

- Jestem w dziesiątce najlepszych napastników świata? To bardzo miły komplement. Nie wiem jednak, czy prawdziwy - mówi "Gazecie" Emmanuel Olisadebe.
22-letni zawodnik jest najskuteczniejszym napastnikiem reprezentacji Polski w eliminacjach MŚ. W pięciu meczach strzelił pięć goli. A w ośmiu występach w drużynie narodowej zdobył siedem bramek. Na spotkanie z polskimi dziennikarzami przyszedł rozluźniony, spokojny.

- Nic mnie nie boli, czuję się dobrze - mówił płynną polszczyzną. Kiedy jednak zaproponowałem pierwszy w życiu wywiad po polsku, nie zgodził się. - Za wcześnie. Pytajcie po polsku, ja będę odpowiadał po angielsku - powiedział "Emsi".

Robert Błoński: Meczu z Walią w Warszawie nie będzie Pan wspominał najlepiej. Wszedł Pan na boisko na ostatnie kilkanaście minut.

Emmanuel Olisadebe: Byłem wtedy strasznie poobijany po spotkaniu z Białorusią w Łodzi. Nie nadawałem się właściwie do gry. Nie chciałem grać, ale przy stanie 0:0 próbowałem coś zrobić, pomóc kolegom. Nie udało się. Szkoda. Teraz jednak zbliża się kolejny mecz z Walią, a ja jestem zdrów.Kto wie, to może być kluczowy mecz tych eliminacji.

16 czerwca bierze Pan ślub. Czy to Pana nie rozprasza przed grą?

- Nie myślę o tym w tej chwili. Nawet nie wiemy, gdzie z Beatą pojedziemy w podróż poślubną. Najpierw kadra, a dopiero potem ślub i wszelkie przyjemności z tym związane. Ale zapewniam, że choć mam mało czasu na planowanie czegokolwiek, wszystko jest pod kontrolą.

Jak Pan oceni ostatnie pół roku? Transfer do Panathinaikosu, kontuzje przeplatane ze wspaniałymi występami w reprezentacji...

- Było rzeczywiście ciężko. W chwilach, kiedy tyle dzieje się wokół ciebie, szczególnie trudno jest utrzymać wysoką formę. Mnie się udaje nie schodzić poniżej pewnego poziomu. Owszem, miałem urazy, ale na szczęście nie było to nic poważnego. Jestem szczęśliwy, że tak to wszystko się potoczyło.

Czy ma Pan w Panathinaikosie kogoś takiego, jak Jerzy Engel w Polonii? Obecny trener kadry, jako menedżer warszawskiego klubu, opiekował się Panem szczególnie troskliwie.

- Nie mam kogoś takiego w Grecji. Ale jeśli pojawia się jakiś problem, idę z nim do Krzyśka Warzychy. I wtedy już muszę mówić po polsku, bo Krzysiek nie zna angielskiego. Ale bardzo mi pomaga.

Wiemy. Warzycha żartował, że czasem nie rozumie swojego rodaka...

- To tylko żarty. Rozumiemy się doskonale.

Jak się Panu żyje w Grecji? Czy można to porównać z Polską?

- Panathinaikos to wielki klub z ogromnymi tradycjami. Ma masę kibiców i ciężko jest zachować anonimowość. Miasto jest jednak olbrzymie i są w nim spokojne zakątki. Ja mieszkam w miejscu, gdzie można odpocząć od wielkiego zgiełku. Co do Grecji, to powiem szczerze, że czasem tęsknię za polskim śniegiem i przymrozkami. Szczególnie wtedy, gdy upały przekraczają 35 stopni C w słońcu.

Narzeka Pan na brak anonimowości w Atenach. Ale przecież w Polsce też jest Pan rozpoznawany?

- Pewnie. Ludzie najpierw pytają, czy to naprawdę ja. A potem poklepują, ściskają, podają rękę. Gratulują, dziękują za zdobyte gole i proszą o następne, mówią: tak trzymaj, graj dla nas. To szalenie miłe i sympatyczne, ale czasem męczące. Dlatego są chwile, że czapkę z daszkiem nasuwam jak najniżej na oczy.

Nie tęskni Pan za Nigerią?

- Tęsknię, bo tam jest moja rodzina, najbliżsi. Ale nie tęsknię za kadrą Nigerii, bo nigdy w niej nie byłem.

Podobno każdy w Nigerii ma swoje ju-ju, czyli amulet?

- I ja nie jestem wyjątkiem. To wszystko, co robię przed meczem, to jest właśnie moje ju-ju. Jedni się modlą, inni jedzą tego dnia specjalne jedzenie, a ja się modlę. Tak jak w Nigerii. O zdrowie dla wszystkich, kolegów i przeciwników, i zwycięstwo dla mojej drużyny.

Czy przez te kilka miesięcy był moment, że żałował Pan tego, że został Polakiem?

- Absolutnie nie. Chyba wszyscy są z tego zadowoleni. Drużyna zaczęła wygrywać, ma szanse na awans do finałów MŚ. Ja strzelam dla niej gole i pokazałem się w Europie. Niemożliwe jest, bym czegokolwiek żałował. Wszystko idzie super. Wiem, że w życiu są upadki i wzloty, ale mnie na razie układa się znakomicie.

Wciąż jednak nie śpiewa Pan polskiego hymnu?

- Chcielibyście wszystko od razu. Znam początek, pierwsze słowa, ale chyba nieprędko zaśpiewam całego Mazurka Dąbrowskiego. Myślę o tym cały czas, ale muszę się go nauczyć "perfekt". Do mistrzostw świata powinienem zdążyć.

Która z bramek dla reprezentacji Polski sprawiła Panu najwięcej radości?

- Na pewno ta zdobyta w Kijowie. To prawda, że wcześniej strzeliłem gola w debiucie z Rumunią. Ale mecz z Ukrainą był pierwszym w eliminacjach do MŚ. Najpierw pokonałem bramkarza drużyny gospodarzy w czwartej minucie, a potem był drugi gol i w efekcie zwycięstwo. Długo nie mogłem uwierzyć w to wszystko.

Czy, jako Polak, płakał Pan kiedyś ze szczęścia?

- Nie. Zresztą ja rzadko płaczę. Nie umiem tego robić, szczególnie z radości.

Czy dużo trenuje Pan indywidualnie?

- Tak. Ćwiczę też z innymi napastnikami, jednak często zostaję i doskonalę swoje umiejętności sam. Chodzi tu głównie o technikę i drybling.

Myśli Pan już o finałach MŚ w Japonii i Korei?

- Tak. Wtedy "dreams comes true" - marzenia by się spełniły.

Z którym napastnikiem gra się Panu najlepiej w kadrze?

- To pytania zadają mi wszyscy. Ale mnie się gra dobrze z każdym, którego wystawia trener Engel. To on ustala skład, nie ja. Ja się cieszę z tego, że gram.

Trener reprezentacji Norwegii powiedział, że jest Pan w dziesiątce najlepszych napastników świata.

- Niezły komplement. Bardzo miły, ale nie wiem, czy prawdziwy.

Adam Małysz był bohaterem Polski zimą. Czy latem to Pan zamierza podbić serca polskich kibiców?

- Małysz jest mistrzem świata, a my dopiero gramy w eliminacjach. Jego sport i sukcesy są tylko dla niego. W piłce jest inaczej. Tu na swoje dni chwały czeka co najmniej 22 zawodników. I każdy ma taki sam udział i w sukcesach, i w porażkach. ( W tym momencie przysłuchujący się rozmowie trener Engel wyjaśnił: - Jedno jest pewne: ja nie powołam Adama Małysza do kadry, a "Emsi" nigdy nie będzie skakał na nartach).