Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Na afrykańskich tropach Olisadebe

Po tym, jak strzelił dwa gole Norwegom w Oslo, trener rywali stwierdził, że Emmanuel Olisadebe to jeden z dziesięciu najlepszych napastników świata. Dlatego ten pomysł musiał się wreszcie pojawić. Szalony pomysł: odszukać w Nigerii korzeni ?Czarneckiego?. Koledzy ze szkoły, pierwsze boisko, rodzina. - Zajrzycie do wioski, w której się urodził. Pogadacie z trenerami, przyjaciółmi. Dowiecie się, skąd wziął się ten piłkarski fenomen - przekonywano nas w redakcji - pisze Michał Pol
W reprezentacji Polski nosi pseudonim "Czarnecki". Pierwszy jego mecz w drużynie biało-czerwonych był jak marzenie. Zdobył jedynego gola w towarzyskim spotkaniu z Rumunią. W następnym meczu jego dwa gole pozwoliły Polsce wygrać 3:1 mecz eliminacyjny do mistrzostw świata z Ukrainą w Kijowie. - W najskrytszych marzeniach nie spodziewałem się, że tak zacznie się moja przygoda z reprezentacją Polski - mówił po powrocie z Kijowa. Dotąd w siedmiu meczach kadry zdobył aż sześć goli. Takiej skuteczności nie mieli Lubański, Deyna czy Boniek.

Po tym, jak strzelił dwa gole Norwegom w Oslo, trener rywali stwierdził, że Emmanuel Olisadebe to jeden z dziesięciu najlepszych napastników świata.

Dlatego ten pomysł musiał się wreszcie pojawić.

Szalony pomysł: odszukać w Nigerii korzeni "Czarneckiego". Koledzy ze szkoły, pierwsze boisko, rodzina. - Zajrzycie do wioski, w której się urodził. Pogadacie z trenerami, przyjaciółmi. Dowiecie się, skąd wziął się ten piłkarski fenomen - przekonywano nas w redakcji. Ale nas nie trzeba było przekonywać. Rok temu z fotoreporte- rem "Gazety" Jackiem Marczewskim przejechaliśmy Afrykę z milenijnym rajdem Paryż-Dakar- Kair: start w Senegalu, potem Mali, Burkina Faso, Niger. Tam rajd zatrzymali terroryści, sa-molotem dotarliśmy więc do Libii. Na koniec Egipt z metą pod piramidami. 17 tysięcy kilometrów. Myśleliśmy, że w Afryce nic nas już nie zaskoczy.

Nasze szczepienia były wciąż ważne. Zarezerwowaliśmy bilety do Lagos.

Prolog podróży, kiedy to okazuje się, że John Paul the Second to nie jest polskie imię, a my dowiadujemy się, że Nigeria to niebezpieczny kraj

Kiedy Emmanuelowi Olisadebe, napastnikowi klubu Jasper United i królowi strzelców ligi nigeryjskiej, zaproponowano podróż do Polski, jego rodzina przyjęła ten pomysł z przerażeniem.

- "Tam jest bardzo zimno. Nie wytrzymasz tego", ostrzegał mnie ojciec. "Co tam będziesz jadł?", martwiła się mama. Powiedziałem im: "Spokojnie, spróbuję jakoś przeżyć" - opowiadał później Olisadebe.

- Miłym zaskoczeniem było odkrycie, że w Polsce mieszkają chrześcijanie. Jadąc ulicami, dziwiłem się, że widzę tyle krzyży, a wzdłuż dróg tyle figur Jezusa i Matki Boskiej. Ucieszyłem się, bo ja też jestem katolikiem.

Ale najbardziej zaskoczyła go wiadomość, że Papież jest Polakiem.

- Nie chciałem uwierzyć, bo przecież John Paul the Second to nie jest polskie imię. Ale zaraz ktoś mi wytłumaczył, że Papież naprawdę ma na imię Karol.

Przed wyjazdem spotkaliśmy się z Emmanuelem Ekwueme, przyjacielem "Olego" jeszcze z nigeryjskiego klubu Jasper United. Potem, wciąż razem, zdobyli dla Polonii Warszawa tytuł mistrza Polski. Na wieść o naszych planach najpierw długo się śmiał. - Już was tam widzę. Kiedy lecicie, za tydzień? Gratulacje. Dobra, serio, nie możecie sobie pojechać do Nigerii, ot tak - tu pstryknął palcami - bo... no... to bardzo niebezpieczny kraj. Zupełnie inny niż wszystkie te, jakie dotąd widzieliście.

Jacek przyniósł zdjęcia agencji Reutersa z Nigerii zrobione w ciągu tygodnia poprzedzającego nasz wyjazd: rozkładające się trupy na ulicy Lagos, policja pałująca ludzi na targu, wraki spalonych samochodów.

Zacząłem przeglądać doniesienia agencyjne. "Już ponad 100 osób zginęło w wyniku trwających od niedzieli zamieszek między Jorubami i Hausami w największym nigeryjskim mieście Lagos. Konflikty między zamieszkującymi północ kraju plemionami Hausa, Joruba i Ibo od dziesięcioleci są zmorą nigeryjskiego państwa. Obecne zamieszki wybuchły, gdy bojówkarze z nacjonalistycznej organizacji Jorubów Kongres Ludów Odudua (domagają się autonomii dla kraju Joruba, a nawet przebąkują o niepodległości) zamordowali nocne-go stróża - Hausę. W odwecie Hausowie zaatakowali domy Jorubów"...

Według Transparency International, Nigeria to najbardziej przeżarty korupcją kraj świata. Jej stolica, liczące 14 milionów mieszkańców Lagos, to największe miasto Afryki. I najbardziej niebezpieczne.

W nigeryjskiej ambasadzie długo nie chciano dać nam wizy.

- Najpierw pokażcie listę rozmówców i daty spotkań. Jak pojedziecie w ciemno, jest duże prawdopodo-bieństwo, że nie wrócicie. Potem wszyscy będziemy mieli problem: wy, wasza ambasada, nasza ambasada i wasza redakcja.

W końcu wizy dali, razem z przestrogą: "Lepiej nie zabierajcie ka-mer ani aparatów fotograficznych. Aparat na szyi to jak studolarowy banknot przylepiony do czoła. Stajecie się celem". Na szczęście Jacek tego nie słyszał. Pomyślałem, że mu powiem na miejscu.

Uspokajał nas tylko Ryszard Szuster, menedżer z licencją FIFA, który sprowadził do Polski najsłynniejszych nigeryjskich piłkarzy: Olisadebe, Ekwueme oraz Kennetha Zeigbo, który krótko był gwiazdą Legii, a potem za 2 miliony dolarów został sprzedany do Wenecji. Szuster obiecał skontaktować nas z prezesem klubu Jasper United - Jude Ezechukwu.

- To bardzo majętny i wpływowy człowiek. Zajmie się wami. Przyśle na lotnisko samochód (nie wolno brać taksówek, bo te często "gubią" po drodze pasażerów). Będzie okay - zapewniał.

Prologu ciąg dalszy, kiedy to "Oli" tuła się po polskich klubach, a my oglądamy, jak tonie "Titanic

Do Polski 19-letni wówczas Olisadebe przyleciał w październiku 1997 roku. Nie przeszedł jednak pomyślnie testów w Wiśle Kraków - trener Wojciech Łazarek nie widział dla niego miejsca w zespole. Nieco lepiej poszło w Ruchu Chorzów, ale klub był gotów zapłacić za "Olego" ledwie 80 tys. dolarów. Na propozycji transferu, przesłanej przez Ruch prezesowi Jasper United, widnieje rozpaczliwy dopisek Emmanuela: "Wodzu, błagam, zgódź się na transfer, to dla mnie olbrzymia szansa". Jude Ezechukwu nie zgodził się jednak. I dobrze zrobił. Prezes Polonii Warszawa Janusz Romanowski zgodził się zapłacić za "Olego" 150 tys. dolarów (szacuje się, że dziś wart jest 20 razy więcej).

Tuż przed naszym odlotem do Lagos zadzwonił telefon.

- Złe wiadomości - zdenerwowanym głosem mówił przez telefon Ryszard Szuster. - Napadnięto Jude Ezechukwu. Ostrzelano jego samochód. Przewieziono go do szpitala w Hamburgu, amputowano nogę. Chyba się wami nie zajmie...

Była godzina 21, wielkanocna niedziela. W lany poniedziałek mieliśmy odlatywać. Wprawdzie polski konsul w Lagos Tomasz Pyrcz zgodził się gościć nas w ambasadzie i jeszcze obiecał wysłać na lotnisko samochód, ale kto nam pomoże znaleźć rodzinę "Emsiego" (to najpopularniejszy przydomek Olisadebe), jego kumpli z boiska? Nigeria to ponad 120-milionowy kraj. Ilu mieszkańców liczy dokładnie, nie wiadomo. Spisów ludności nie przeprowadza się od lat sześćdziesiątych. Kolejne próby kończyły się zamieszkami. Każde z trzech największych plemion żyjących w Nigerii (wszystkich jest 250), czyli Joruba, Hausa i Ibo, chciało być najliczniejsze.

Dzwonię do Olisadebe do Aten, choć wiem od Ekwueme, że nie bardzo spodobał mu się pomysł naszego wyjazdu. Komórka Olisadebe milczy. Na szczęście Ekwueme odbiera. - No to macie problem. Wpadaj, coś wymyślimy. Mieszkam na Chłodnej - mówi.

W mieszkanku w olbrzymim mrówkowcu razem z piłkarzem i jego żoną oglądamy "Titanica". Ekwueme z dwóch komórek dzwonił jednocześnie do przyjaciół w Nigerii i zasypywał mnie wizytówkami: do naczelnego sportowego dziennika "Sports Souvenir", do szefa organizacji dziennikarzy sportowych w Nigerii, do szefa szkółki piłkarskiej Pepsi Academy. Szczęśliwie okazało się, że w Lagos był jego brat, Pascal, który za tydzień miał przyjechać do Polski (spędził pół roku w Polonii, ale nie podpisał kontraktu). Miał się nami zająć.

O szóstej na lotnisku Ekwueme prosi, by przypomnieć o nim trenerowi kadry Nigerii, w której jak dotąd zagrał tylko raz. Daje nam też dolary dla brata i jego zdjęcie. Na wszelki wypadek, gdyby ktoś się chciał pod niego podszyć.

Rozdział pierwszy, kiedy to "Oli" widzi pierwszy śnieg, a my przyjeżdżamy do ambasady - twierdzy

W Polsce "Olego" zaskoczył chłód. - Nawet sobie nie wyobrażałem, że może być tak zimno. Po raz pierwszy zobaczyłem z bliska śnieg. Wcześniej znałem go tylko z telewizji - mówił.

Nam było gorąco. W Lagos zaczynała się właśnie pora deszczowa. 32 stopnie Celsjusza i 92 procent wilgotności. Zaraz po wylądowaniu znaleźliśmy się pod opieką pracownika polskiej ambasady, który wsadził nas do klimatyzowanej toyoty, w której siedziała już nasza obstawa: żołnierz z bardzo długim karabinem. Z lotniska Murtala Muhhamad na wyspę Victoria, gdzie mieści się większość ambasad, jest prawie 30 kilometrów. - To jed- na z ulubionych tras bandytów. Nawet dyplomatyczna rejestracja nie pomoże - opowiadał nasz kierowca.

Kiedy skręcaliśmy w ulicę Idejo, przy której stoi nasza ambasada (obok chińskiej), nasz żołnierz wskazał dwie ciemne plamy na asfalcie.

- W zeszłym tygodniu dwóch złodziei napadło tu na kobietę. Wyrwali jej torbę. Chcieli uciec na skuterze, ale ludzie ich dopadli. Skatowali, wsadzili w opony i spalili. O, to właśnie te ślady.

- A ci policjanci sprzed ambasady?

- No stoją, wtedy też stali. Ale ludzie sami sobie poradzili.

- A nie bronili tych katowanych, spalanych?

- Złodziei? - bardzo się zdziwił. - Radzę wam, jak was napadną, krzyczcie "ole, ole". Wtedy ludzie rzucą się na bandziorów. A potem ich spalą.

Minąwszy ulicznych sprzedawców drutu kolczastego, zrolowanego w ogromne bele, przez podwójną bramę w pięciometrowym murze wjechaliśmy na teren ambasady.

- Niedawno mieliśmy napad na rezydencję obok. Widzieliśmy, jak ludzie z karabinami rabowali po- sesję. Dzwoniliśmy na policje: dyplomatyczną, szybkiego reagowania i zwykłą. Przez pięć godzin nie przyjechał nikt - opowiadał ochroniarz ambasady. Doradził, żeby poruszać się po mieście tylko autem, a po zmroku nie wychodzić wcale. A kiedy już będziemy wychodzić, niczego ze sobą nie zabierać; krótkie spodenki, koszulka - to wszystko. Nie robić nikomu zdjęć bez pytania, jeśli już musimy zabierać aparat. Niektórzy uważają, że robiąc im zdjęcia, odbieramy dusze, ale częściej będą chcieli wyciągnąć od fotografa pieniądze.

Rozdział drugi, o tym, jak pewien Holender mógł sprawić, że "Czarnecki" nie zostałby "Czarneckim"

Rankiem, pierwszego dnia po naszym przylocie, do ambasady wpadł Pascal Ekwueme. Natychmiast zabrał nas do hotelu Eko, najbardziej luksusowego w Lagos. Mieliśmy się tam spotkać z piłkarską reprezentacją Nigerii. Czasu było mało. Następnego dnia odlatywali do Sierra Leone na mecz eliminacyjny do mistrzostw świata w roku 2002.

Przywitał nas Holender Jo Bonfrere, trener reprezentacji, jedna z osób, której zawdzięczamy to, że Olisadebe został Polakiem i strzela gole dla biało-czerwonych.

A było tak: mijały miesiące, "Oli" grał słabo. Zabłysnął dopiero w meczu Polonii z mistrzem Polski - Wisłą. W Krakowie strzelił dwa gole. Potem z Polonią, w której grał trzy lata, zdobył mistrzostwo i wicemistrzostwo Polski, Puchar Ligi i Superpuchar. Wystarczyłoby, żeby wtedy Jo Bonfrere choć raz powołał Olisadebe do reprezentacji Nigerii, nazywanej w Afryce "Super Eagles" (Superorły). Zgodnie z przepisami FIFA nie mógłby już wtedy wystąpić w barwach innego kraju. Powołania jednak nigdy nie dostał, bo dla trenera Bonfrere "zawodnik ligi nigeryjskiej to amator, piłkarzem staje się dopiero wówczs, kiedy wyjeżdża do dobrego klubu w Europie". Na szczęście polski futbol, według Bonfrere, "means shit". Łagodnie tłumacząc - znaczy niewiele.

Pierwszym, który rzucił pomysł polskiego obywatelstwa dla Olisadebe, żartem, był wiceprezes PZPN Zbigniew Boniek, ale poparł go, zupełnie serio, trener reprezentacji Jerzy Engel. Jeszcze wtedy Bonfrere mógł zniweczyć te plany jednym ruchem.

To dobry trener. W roku 1996 nigeryjska reprezentacja pod jego wodzą jako pierwszy afrykański kraj zdobyła złoty medal na igrzyskach olimpijskich. Na nasz widok zdziwił się, bo przez telefon zrozumiał, że chcą z nim rozmawiać rodacy, dziennikarze "from Holland". - Przyjechaliście do Nigerii, żeby pisać o Olisadebe? Po co? Przecież on jest Polakiem. Jedźcie o nim pisać do Polski.

Nie był miły, ale zgodził się z nami porozmawiać. Chciał się komuś wyżalić.

- Trzeba być szeryfem jak Gary Cooper, żeby tu trenować reprezentację - zaczął. - Nigeryjska Federacja Piłkarska nie ruszy palcem, żeby dopomóc kadrze. Nie tylko nie płaci piłkarzom za występy w reprezentacji, ale bardzo często nie zwraca im nawet pieniędzy za podróż na mecz w Afryce. Dziś rano mieliśmy trenować na stadionie narodowym. Okazało się, że stadion jest zamknięty. Żeby coś załatwić, musiałbym iść do centrali z łapówką. Ale z czyich pieniędzy? A wie pan, dlaczego lecimy do Sierra Leone już w środę, chociaż mecz jest dopiero w sobotę? Bo jutro nasze karty magnetyczne do pokojów byłyby zablokowane. Nikt nie zapłacił za hotel.

Rozmawiamy o "Olim", który od początku roku gra w Panathinaiko- sie Ateny. Został wypożyczony za 1,3 mln dolarów do czerwca 2002 roku. Jeśli Grecy zdecydują się na ostateczny transfer, dopłacą Polonii 1,7 mln dolarów. Jeśli się nie zdecydują, piłkarz będzie musiał wrócić do Warszawy. Ale na to się nie zanosi. Greccy kibice już teraz mówią o nim "Manolis" - mesjasz Panathinaikosu.

- Mieliście szczęście z Olisadebe. Ale z Ekwueme to ja byłem szybszy - śmieje się Bonfrere. Natychmiast po pierwszym występie "Emsiego" w naszej kadrze, jego kolega z Polonii dostał powołanie na mecz z Madagaskarem.

- Tu można by znaleźć z tysiąc takich samych piłkarzy jak oni - twierdzi trener Nigeryjczyków. - Tu się rodzą tacy afrykańscy Brazylijczycy. A jednak trudno nam awansować do mistrzostw świata. To dlatego, że ci wszyscy świetni zawodnicy występują teraz w Europie i ja na przygotowanie ich do gry mam zwykle trzy, cztery dni. I to nie zawsze. Ostatnio trzy dni przed meczem z Zambią miałem na zgrupowaniu sześciu piłkarzy. Ostatni przyjechał w dniu spotkania.

Rozdział trzeci, w którym dowiadujemy się, że ukradliśmy Olisadebe

Taksówką pojechaliśmy za nigeryjskimi piłkarzami. Trenerowi udało się załatwić wieczorny trening na małym stadionie pierwszoligowej drużyny Julius Berger. Szybko jednak zgubiliśmy z oczu mikrobus piłkarzy, bo nasz taksówkarz zajechał na stację benzynową zatankować cztery litry benzyny. Ostatnia podwyżka ceny ropy o 20 neira (około 10 centów) wywołała ogólnokrajowe zamieszki. Rząd musiał się z niej wycofać.

Kiedy dotarliśmy na miejsce, Bonfrere klął właśnie na murawę stadionu. Była jeszcze gorszym kartofliskiem niż trzecioligowe boiska w Polsce. Potem zebrał w krąg piłkarzy i zaczął modlitwę o pomyślny trening.

- Kibice kochają Bonfrere. Wiedzą, że większość piłkarzy reprezentacji przyjeżdża z Europy tylko dla niego. To on ich wszystkich wyszukał i wypromował - opowiadał na trybunach dziennikarz radia Rythm 93 FM Raymond Akparhuere. - Ale Olisadebe, cokolwiek by opowiadał, to jego wielka porażka. Nie dał mu szansy, nie dostrzegł go, choć był już najlepszym piłkarzem w naszej lidze. Poza tym mało kto o tym wiedział. Tu nie ma transmisji telewizyjnych z meczów. Zresztą kto tu ma telewizor? Gazety też nie o wszystkim piszą. Pewnie w Europie byłaby presja na trenera, żeby powołał takiego piłkarza, ale tu nie miał jej kto wywrzeć. A teraz można tylko żałować.

Zdaniem Saba Osuji z tygodnika "Sports Souvenir" Olisadebe źle zrobił, że przyjął polskie obywatelstwo. Miał prawo czuć się skrzywdzony, że go nie powoływano. Ale musiałby wygrać rywalizację z takimi napastnikami-gwiazdami, jak były Najlepszy Piłkarz Afryki Nwankwo Kanu z Arsenalu Londyn, Daniel Amokachi z Besiktasu Stambuł czy nawet Victor Agali z Hansy Rostock. Ale akurat teraz, gdy nigeryjska piłka nożna przeżywa kryzys, mógłby okazać się zbawcą. Jako zawodnik Panathinaikosu Ateny na pewno dostałby powołanie i jego gole mogłyby zapewnić Nigerii udział w mistrzostwach świata.

- Mógłby się stać bohaterem swojej prawdziwej ojczyzny, a nie przybranej - złości się Osuji. - Bo powiedzmy sobie prawdę, wy go nam ukradliście. I to jest wielka krzywda zrobiona temu narodowi. Bo jeśli Nigeria nie pojedzie na mistrzostwa świata do Japonii i Korei, 200 milionów Nigeryjczyków przeżyje narodową tragedię. Zamiast paru tygodni karnawału, będzie powrót do beznadziejnej codzienności.

Musieliśmy skończyć, bo w naszym kierunku poleciało kilka kamieni. Stadion otoczył tłum wściekłych miejscowych kibiców. Rozzłościło ich to, że nie zostali wpuszczeni na trening reprezentacji na stadionie ich własnej drużyny. Teraz wołali w naszą stronę, żeby im otworzyć bramę zwieńczoną drutem kolczastym. - Niedobrze. Kibice drużyny Julius Berger są naprawdę niebezpieczni. Co mecz ktoś tu ginie. Lepiej zejść im z oczu. Wynośmy się, bo i ochroniarze już gdzieś uciekli. Szkoda, że autobus piłkarzy taki mały - martwił się o nas Raymond. W końcu poprowadził nas przez zaplecze stadionu, gdzie jacyś ludzie liczyli stosy pieniędzy, złapał taksówkę i odwiózł do hotelu.

Tam zgodził się z nami porozmawiać Jay Jay Okocha - największa gwiazda reprezentacji Nigerii, zawodnik Paris Saint Germain.

- Nigdy jeszcze nie widziałem, jak gra Olisadebe, ale wiele dobrego o nim słyszałem. Nie mówię, jak inni, że zdradził Nigerię. Nie on pierwszy przyjął inne obywatelstwo. Zrobił to, co musiał - mówił Oko-cha. - Bardzo ciężko jest się przebić do składu "Superorłów". I nie zawsze decyduje to, czy jesteś najlepszy. Chciał wystąpić na mistrzostwach świata i jest tego bardzo bliski. Niech Bóg będzie z nim i może, jeśli się uda, nasze drużyny zmierzą się ze sobą w Japonii albo Korei. Myślę, że to byłoby święto i dla Nigeryjczyków, i dla Polaków.



Następnego dnia trzy gazety poświęciły wizycie polskich dziennikarzy w Lagos swoje sportowe strony. Pisały, że Nigeryjska Federacja Futbolu zablokowała kolejny polski spisek - "chcieli naturalizować Ekwueme, ale nie zdążyli. Trener Polaków Jerzy Engel był zrozpaczony, gdy usłyszał, że Emmanuel już zagrał dla Nigerii". Nie wiem, skąd wzięli te informacje - ja niczego takiego nie mówiłem. Bardziej zaniepokoiła nas jednak czołówka "Daily Champion": "Rodzina zaginionego w Enugu w 1996 roku dziennikarza oferu- je 3 miliony neira". A my wybieraliśmy się w te strony.

Rozdział czwarty, o tym, jak "Oli", zanim został Polakiem, klął po polsku i za co przepraszał go prezes Zagłębia Lubin

Olisadebe myślał o polskim obywatelstwie jeszcze wtedy, zanim wpadł na to Zbigniew Boniek. To było po sylwestrze 1999 roku. "Oli" wracał z Lagos do Warszawy. Wiza wjazdowa kończyła mu się 31 grudnia, a w Sofii okazało się, że zmieniono świąteczny rozkład lotów. Musiałby czekać dwa dni na kolejny samolot. Bułgarzy wysłali go więc do Czech, mówiąc, że stamtąd od razu odleci do Polski. W Pradze czekał jednak cztery dni, żeby go ściągnięto do Warszawy. Był bez pieniędzy, z nigeryjskim paszportem, z nieważną polską wizą. Kiedy przyleciał do Warszawy, utknął na Okęciu. Wciąż przecież nie miał wizy.

- K... mać - wrzasnął, kiedy wreszcie po dwudniowym pobycie na lotnisku pozwolono mu przekroczyć granicę. Schudł siedem kilo. Żeby taka historia się nie powtórzyła, złożył podanie o polskie obywatelstwo.

Kiedy już otrzymał polski paszport, podczas meczu ligowego w Lubi- nie szalikowcy miejscowego Zagłębia obrzucili go bananami. Zaprotestowały media, piłkarze, działacze i politycy. Prezes Zagłębia Jacek Kardela przeprosił go w liście otwartym: "W związku z nieodpowiedzialnym i chamskim zachowaniem niewielkiej grupy pseudokibiców naszego klubu pragnę Pana za zaistniały incydent serdecznie przeprosić w imieniu swoim, jak i zdecydowanej większości kibiców lubińskich. Mam nadzieję, że otrzymane brawa przy opuszczaniu boiska chociaż częściowo usatysfakcjonują Pana. Zapewniam, że w Lubinie jest wielu kibiców, którzy są wielbicielami Pańskiego talentu".

Rozdział piąty, w którym jest między innymi o juju i obyczajach na nigeryjskich drogach >

Nad ranem obudził nas deszcz. Wielkie jak wiśnie krople bębniły w liście palmy na wysokości naszych okien. Niezła pogoda, żeby zacząć podróż do Onitshy. Tam w klubie Jasper United "Oli" zaczynał karierę. A potem na południe do Warri, w delcie Nigru, gdzie się wychował. Niewiele mówił o tamtych czasach: - Nigeria, choć piąta na świecie w wydobyciu ropy naftowej, to bardzo biedny kraj. Ja jednak nie zaznałem w życiu nędzy, choć moja rodzina nie należy do najbogatszych. Ojciec pracuje w banku centralnym. Mama uczy dzieci w szkole podstawowej. Pochodzę z Warri, w centrum wydobycia ropy naftowej. Na szczęście wynieśliśmy się stamtąd do Lagos, kiedy byłem małym chłopcem. Jestem najstarszy z pięciorga rodzeństwa. Moich dwóch braci nie interesuje piłka nożna. Raczej skończą szkołę i studia. I dobrze...

Żeby nie osłabiać naszej placówki, eskortę, czyli żołnierza z karabinem, "wypożyczyliśmy" spod ambasady chińskiej. Emeka twardo się targował, żądając dwa razy więcej, niż - jak nas poinformowano - powinniśmy mu zapłacić.

- Mogę wziąć mniej, ale wtedy będę miał mniej ochoty, żeby was bronić, kiedy coś się zdarzy - przekonywał i postawił na swoim.

"Emmanuel, jak wasz Olisadebe" - przedstawił się kierowca wynajętego samochodu. Zapewniał, że Oni-tshę zna doskonale. Okazało się za to, że Lagos bardzo słabo. Błądziliśmy, a to wjeżdżając pod prąd na ślimak autostrady, a to zatrzymując się na barykadzie z beczek. Nie mogliśmy się wycofać, bo grupa młodzieńców zagrodziła nam drogę. Na szczęście marsowa mina Emeki i jego karabin zrobiły swoje i w końcu pomknęliśmy na wschód Trans African Route, wiodącą do Kamerunu.

Dwupasmową drogę przedzielał kamienny parkan. Za nim były następne dwa pasy. Kierowcy po obu stronach parkanu jechali w obydwu kierunkach. Co chwila ktoś mrugając światłami i trąbiąc, pędził prosto na nas. Musieliśmy gwałtownie zjeżdżać na bok. Na poboczu setki wraków. Przeżarte rdzą, spalone szkielety i całkiem nowe samochody, pomalowane na jaskrawe kolory.

Drogą pełną dziur szerokich i głębokich na pół metra nasz Emmanuel gnał 160 kilometrów na godzinę, głuchy na prośby, żeby zwolnił. Za to sam hamował gwałtownie, gdy zbliżaliśmy się do kładek i wiaduktów. Uważnie wpatrywał się w górę. - Kamienie. Bandyci zrzucają je na auta albo spuszczają na linie, żeby wyrżnęły w szybę. Jak im się uda, będziemy musieli stanąć. Wtedy wycisną z was wszystko. Ale to pół biedy. Gorzej, jak zrzucą całe koło z felgą. Ono potrafi zrobić w wozie masakrę - wyjaśnił nasz kierowca.

Jednak nikt na nas niczego nie zrzucił. Za to co jakiś czas policyjne lub wojskowe patrole ściągały z nas drobny haracz.

Na odcinku około 800 km naliczyliśmy prawie 50 patroli. Taki patrol to zwykle pięciu ludzi z karabinami, stojących kilkanaście metrów od siebie. Pierwsi dwaj dają znaki, żeby hamować. Jeśli się tego nie zrobi, następni przeładowują broń, a ten który stoi na końcu, trzyma w ręku wielki jak cegła kamień, żeby przyłożyć nim w szybę. Kiedy się zatrzymywaliśmy, faceci w przeróżnych mundurach wciąż mówili to samo: - Jest problem z waszym przejazdem. Trzeba go rozwiązać.

Nasz żołnierz-ochroniarz, który zdarł z nas swoje dwa miesięczne żołdy, uznał widocznie, że zapłaciliśmy wystarczająco dużo i kiedy mijaliśmy pierwsze patrole, nie pozwolił kierowcy się zatrzymać. Wołał: "go, go, go" i jechaliśmy dalej. Ale gdy wymachujący rękami pewien kapral zabiegł nam drogę, Emmanuel wolał nie ryzykować. Emeka wyskoczył z wozu, wrzeszcząc do tamtych coś o "journalists from Portland". Nagle przeładował broń. Tamci też przeładowali i tak stali, krzycząc i mierząc do siebie. Chciałem wyjść i załagodzić sprawę kilkoma dolarami, ale kierowca zablokował mi drzwi. - Nie, master, lepiej zostań w środku. Bardzo proszę, tak będzie lepiej.



Wreszcie jednak "rozwiązaliśmy problem" i pojechaliśmy dalej. - Nie bądź taki kozak, bo któryś w końcu strzeli - mówiliśmy Emece. Wydął tylko wargi. - A niech strzelają - rozpiął mundur i odsłonił woreczek na sznurku. - To jest takie juju, że jak strzelą, kula mnie ominie - powiedział. - Ciebie może ominie, ale my siedzimy za tobą. - Jeśli ja siedzę w samochodzie, to kula ominie samochód - zakończył i krzyknął do kierowcy: "go, go, go", bo próbował zatrzymać nas patrol z pałkami, ale bez broni.

Raz jednak, gdy machali na nas policjanci w granatowych mundurach, sam kazał stanąć, wyszedł, zostawiając karabin, i wręczył im po kilkaset naira z własnej kieszeni. - Nie, to nie przełożeni. Ale mieli takie juju, które pokonuje moje juju. Widzieliście czerwone wstążki na lufach? Nie było żartów - wyjaśnił.

Rozdział szósty, w którym trafiamy na plac, gdzie ponoć "Oli" zaczynał kopać piłkę

W Benin City skręciliśmy na południe i przejeżdżając przez imponujący tropikalny las, dotarliśmy do Warri. - Nie mogę wam zabronić tam jechać, ale serdecznie odradzam. To teren, gdzie toczy się wojna. Więc jeśli już, to tylko za dnia, bez nocowania, najwyżej na godzinę - uprzedzał nas konsul.

Warri, ogromna, 200-tysięczna wieś leży na terenie Delta State, naftowego zagłębia Nigerii. Dziesiątki zamieszkujących deltę Nigru ludów walczy tam między sobą i z władzami kraju o większy udział w dochodach ze sprzedaży ropy. Biali specjaliści od wierceń są tam bardzo niemile widziani. Nim wytłumaczymy, że my jesteśmy specjalistami tylko od futbolu, może być za późno.

Już na rogatkach Emeka zatrzymał pierwszego napotkanego kierowcę skutera i kazał mu prowadzić nas do rodziny wielkiego piłkarza Olisadebe. Tamten skojarzył nazwisko. - Ale oni się stąd wyprowadzili do Lagos. Za to mogę pokazać, gdzie Olisadebe nauczył się grać w piłkę. Tam wszyscy zaczynają - powiedział. Zawiózł nas na Ezeagulu Crescent, mały, piaszczysty placyk ze sterczącym w górę dwumetrowym pniem drzewa pośrodku. W kurzu toczył się właśnie mecz gumową plażową piłką.

Bosonogie dzieciaki, duże i małe, biegały jak w amoku. Co chwila ktoś rozcierał obolałą od uderzenia w ziemię lub pniak stopę. Bramkarze bronili w klapkach. Na buty piłkarskie mają szansę dopiero w klubie, i to nie od razu. A nawet jak komuś rodzina z Europy przyśle prawdziwe korki, dalej grają na bosaka, bo nikt by do nich nie podał piłki.

Bramka co chwila się rozpadała i trwały kłótnie, był gol czy nie. Jakiś chłopiec płakał, bo ojciec kazał mu wracać. Pochlipując, chwycił taczkę z siedzącym w niej młodszym rodzeństwem i popchnął gdzieś w dół ulicy. Jego miejsce szybko zajął rezerwowy, który rzucił na ziemię niesiony zapewne do domu pojemnik z wodą.

Skończyli grać po godzinie, ale nie było po nich znać nawet śladu zmęczenia. Poprosili, żeby za robienie zdjęć dać im dwa dolary na nową piłkę. Kiedy się rozeszli, nie wiadomo skąd na boisko wbiegły cztery małe czarne kozy.

Rozdział siódmy, w którym przeciskamy się przez największe targowisko świata

Ryszard Kapuściński w "Hebanie" poświęcił Onitshy cały rozdział. "Są nazwy magiczne, które wywołują pociągające, kolorowe skojarzenia - Timbuktu, Lalibela, Casablanca. Do nich należy też Onitsha. Onitsha jest miasteczkiem we wschodniej Nigerii, w którym znajduje się największy rynek w Afryce, może nawet największy rynek na świecie. [...] Onitsha fascynowała mnie również dlatego, że jest to jedyny znany mi przypadek rynku, który stworzył i rozwinął własną literaturę. W Onitshy żyją i tworzą dziesiątki pisarzy nigeryjskich wydawanych przez tuziny miejscowych wydawnictw, posiadających na rynku własne drukarnie i księgarnie".

My jednak nie mieliśmy czasu na spotkania z pisarzami. Śpieszyliśmy się na popołudniowy trening Jasper United. Przejechaliśmy długą aleją straganów z jamem - wielkimi jak kabaczek bulwami ziemniaka - potem po wielkim stalowym moście na Nigrze i wjechaliśmy w serce miasta, a zarazem serce targowiska. I utknęliśmy. Miałem "Heban" na kolanach, a wszystko co opisywał Ryszard Kapuściński, toczyło się właśnie za oknem. "Wielki rynek to wielki tłum, ogromny tłok. Ludzie cisną się na siebie, pchają się jedni na drugich, gniotą się, duszą. Jak okiem sięgnąć morze - morze czarnych, jakby jednolicie rzeźbionych w bazalcie głów, jaskrawych, kolorowych strojów i ubrań. I w to wszystko wjeżdżają jeszcze ciężarówki. Tak, bo ciężarówki muszą rozwieźć towar. Zasady poruszania się tych samochodów w taki sposób, aby nikogo nie zabić ani niczego nie stratować, są ustalone tradycyjnym kodeksem. Więc ciężarówka najpierw wjeżdża w tłum na głębokość metra. Wjeżdża wolniutko, centymetr po centymetrze. Kobiety, stojące lub siedzące na trasie wozu, zbierają swój towar do koszyków, do misek i podołków i rozpychając siedzące lub stojące za nimi sąsiadki, bez słowa posłusznie usuwają się przed zderzakiem napierającego samochodu, aby w sekundę później, jak fale rozcięte dziobem okrętu, wrócić na swoje poprzednie miejsce".

W taki właśnie sposób chyba dwie godziny przebijaliśmy się na drugą stronę miasta, gdzie leży stadion Rojenny. Przejazd utrudniały nam nie tylko ciężarówki - wszystkie z wymalowanymi z tyłu scenami z Biblii i mottem "No King as God", "Jesus loves You" lub "Jesus is Lord". Najgorsze były autobusy (firmy Thank God Motors), których pasażerowie dokonywali przez okna zakupów, wybrzydzając i targując się długie minuty ze sprzedawcami torebek z wodą, orzeszków, rzodkiewek, chlebów, papieru toaletowego i przeróżnej "lichoty, tandety, gór chłamu, sztampy i kiczu".

Rozdział ósmy, w którym dowiadujemy się, że "Czarnecki" był Wyrocznią

Dotarliśmy na stadion, kiedy już prawie zmierzchało. Jednak właś-ciciel i prezes klubu Jude Ezechukwu wiedział, że przyjedziemy i trening opóźnił. Wpadliśmy na samą końcówkę, w sam raz, żeby porozmawiać z czterema piłkarzami, kolegami Olisadebe z drużyny. Jimmy Ezeh, partner Olisadebe z ataku, długo ściskał mi rękę. - Widujesz się z Emmanim, no to jesteś szczęściarzem. Powiodło mu się. Bardzo dobrze, że został Polakiem, niech gra, niech staje się sławny. Modlimy się za niego codziennie - mówił podniecony. - To był najlepszy piłkarz, jaki tu grał. Wiesz, jak go nazywaliśmy? "Wyrocznia" - bo nikt tak jak on nie wiedział, co zrobić, żeby strzelić gola. Czekaj, napiszę ci to w języku naszego plemienia Ibo - to będzie "Arusi". Pokaż mu, a zrobisz mu przyjemność. Bo chyba nie mówi już tylko po polsku?

On i pomocnik Benjamin Izuagwu, prawy obrońca Eddy Okoyomon i napastnik Ikechukwu Okonowo zasypali nas pytaniami: jak on to zrobił, że został Polakiem, czy ma w kadrze przyjaciół, czy go nie prześladują w Polsce za jego czarną skórę, czy to prawda, że ma polską dziewczynę, blondynkę?

Pytam: jaki był Olisadebe? Skromny, wyciszony, żył w swoim świecie. Jakby obok reszty zespołu. Wszyscy trenowali w podróbkach koszulek jakichś wielkich europejskich klubów: Manchesteru United, Arsenalu, Interu Mediolan albo AC Milan. On jeden nie. W lidze nigeryjskiej strzelał mnóstwo goli, ale po celnej bramce nie wariował. Nie leciał do kibiców, nie fikał koziołków, nie tańczył jak inni. Dlatego nazwano go "Sad Striker" (Smutny Strzelec).

Nie palił, nie chodził z chłopakami na wieczorne imprezy, na podrywanie dziewczyn. Nie pił ogo goro, miejscowego bimbru. Odkładał pieniądze. Na co? Kupił starą toyotę corollę.

- A jak grał, jak grał. Jak dostał piłkę, obrońcy rywali nigdy nie wiedzieli, co zrobi. A my czekaliśmy, bo wiedzieliśmy, że jakkolwiek zagra, będzie dobrze - opowiadał Ezeh. - Nawet jak miał drobne kontuzje, prosiliśmy go, żeby wchodził na boisko, bo nawet pół Olisadebe znaczyło więcej niż większość drużyn w Nigerii. W ostatnim występie na tym boisku zdobył dwa gole i miał dwie asysty. Jasper wygrał 4:2, a jego jak zwykle uznano za najlepszego piłkarza meczu. A potem fruuu, do Europy. Jesteśmy szczęśliwi, że on jest szczęśliwy. Ale i smutni, że nigdy nie zagra dla Nigerii. Ale powiedz mu, że nikt nie ma pretensji. Modlimy się za niego. Wy też się módlcie, a dzięki niemu zagracie na niejednych mistrzostwach świata.

Po treningu poruszający się o kulach Jude Ezechukwu (jak się okazało w napadzie nie stracił nogi, choć mu ją przestrzelono) zebrał zawodników na odprawę i przedstawił nas drużynie: - Oni przemierzyli tysiące kilometrów, żeby napisać o jednym z was - Olisadebe, obejrzeć, gdzie się uczył grać. Pokażcie im jutro w czasie meczu, że wcale nie jesteście gorsi. Że takich jak Olisadebe jest tu więcej. Wygrajcie wysoko.

Rozdział dziewiąty, w którym docieramy do siedziby klanu "Czarneckiego" i dowiadujemy się, że nie mamy skóry

Nocowaliśmy w Asabie, miasteczku leżącym naprzeciwko Onitshy, po drugiej stronie Nigru, szerokiego tu jak Wisła w Toruniu. Rano okazało się, że nie możemy nigdzie pojechać, bo nie mamy benzyny, a na leżącej naprzeciwko hotelu stacji koczuje tłum ludzi. Czekali na cysternę, która miała dojechać przedwczoraj, ale po drodze zderzyła się z autobusem. Spłonęło 30 osób. Później szukałem w gazetach wzmianki o tym wypadku, ale wytłumaczono mi, że trafiają tam tylko te tragedie, w których liczba zabitych jest co najmniej o jedno zero większa. I pokazano artykuł o wiosce, która wyleciała w powietrze, a wraz z nią 600 mieszkańców. Ponoć normalna sprawa. Wieś zrobiła wiertarką dziurę w rurociągu. Mieszkańcy nosili ropę wiadrami i miskami do wioski, rozlewając po drodze. Wystarczyła jedna iskra.

W końcu nasz kierowca załatwił baniak benzyny w hotelu i dojechaliśmy do stacji w Onitshy. A stamtąd w pół godziny do Ibusy, rodzinnej wioski Olisadebe.

Żeby móc robić zdjęcia, żeby wyjść z samochodu, powałęsać się po Ibusie i rozmawiać z jej mieszkańcami, musieliśmy dostać zgodę obusora - w czasach przedkolonialnych króla, a dziś po prostu szefa wioski. Gdyśmy tylko stanęli, od razu napatoczył się Alex Ikediashi, który zaoferował swe usługi jako przewodnik po Ibusie. Władował się nam do samochodu i najpierw zawiózł do domu, przedstawić żonie imieniem Sukces. Kiedy weszliśmy na po- dwórko, dzieci płacząc uciekły przed nami i piszczały w niebogłosy "O-ibo!, O-ibo!" czyli biali, a dosłownie "bez skóry".

Potem długo czekaliśmy przed wielkimi czarnymi wrotami rezydencji obusora. - Kiedy wejdzie Jego Królewska Wysokość, wstaniecie. A jeśli zechce podać wam rękę, pamiętajcie, że nie wolno jej ścisnąć. Inaczej nic nie wskóracie - przestrzegał nas Alex.

Profesor L.C. Nwoboshi przyjął nas na tronie zwieńczonym słoniowymi kłami, z rzeźbami lwów pod poręczami i marsową miną. Ale gdy usłyszał, że jesteśmy z Polski, rozpromienił się. - Długie lata mieszkałem w Meksyku. Ile razy podawałem gdzieś nazwisko, ludzie odczytywali je Nwoboski i pytali, czy jestem z Polski. Jasne, że możecie fotografować, co tylko chcecie, także i mnie - zachęcił.

Opowiedział nam o Ibusie: - Wieś liczy 600 lat i rodzina Olisadebe tyle samo. Mieszkają o tu, w dzielnicy Omookonogu, niedaleko parku rozrywki. A tak, mamy taki park. Nasza wieś jest dosyć bogata. Wiele osób ma pracę, a będzie jeszcze lepiej, bo w pobliżu ma stanąć rafineria. W ciągu ostatnich pięciu lat udało nam się wyasfaltować drogę. Teraz chcemy podłączyć wodociąg. Mieszkańcy mają opiekę medyczną, jak więc widzicie, jest się czym chwalić.

Większość mieszkańców to członkowie plemienia Ibo, ale są też Hausowie i Jorubowie, jak Alex. 80 procent jest katolikami, reszta to anglikanie i muzułmanie.

- Pozdrówcie Olisadebe ode mnie - mówił profesor Nwoboshi. - Powiedzcie, że rodzina jest z niego dum-na. Niech tylko o nas nie zapomni. Słynni nigeryjscy piłkarze pamiętają, skąd się wywodzą i pomagają, jak mogą. Wielki Nwankwo Kanu miał kłopoty z sercem i musiał przejść operację, a potem założył fundację dla chorych na serce, która zbudowała na prowincji już sześć szpitali. Taribo West sponsoruje domy dziecka i zakłada szkółki piłkarskie. Jeszcze inni budują drogi.

Patricka Chuksa Okolie - przywódcy klanu, w skład którego wchodzi rodzina Olisadebe - wyrwaliśmy z poobiedniej drzemki. Przebudziły go krzyki wnuków na widok dwóch o-ibo. Miły pan z siwą bródką i w długiej beżowej szacie przyjął nas w ciemnym, chłodnym pomieszczeniu. - Emmanuel Olisadebe? Syn, bo ojciec też się tak nazywa. Z ojcem chodziłem do jednej klasy i razem ganialiśmy za piłką. To dopiero był dobrze zapowiadający się piłkarz. Ale został bankowcem. Prawdę mówiąc, nie pamiętam jego syna. Musiał tu pewnie czasami ganiać z dzieciakami, ale kto by się ich doliczył. Ale pewnie go jeszcze zobaczę. My, ludzie Ibo, lubimy jeździć po świecie, rozpraszamy się, ale na stare lata lubimy wrócić tam, skąd pochodzimy. Bo nie ma jak wśród swoich.



- Zadaliście sobie tyle trudu, żeby zobaczyć, gdzie się ten chłopak wychował! Nasz klan jest tym zaszczycony. Choć i nie dziwi mnie to, że Emmanuel Olisadebe okazał się porządnym człowiekiem. To bardzo porządna rodzina, z charakterem - zakończył.

Rozdział dziesiąty, burze, modlitwy i czary

Po południu czekał nas mecz Jasper United - Lobi Stars. Prezes Ezechukwu zaprosił nas na wygodną kanapę na trybunie honorowej pod dachem. 30-tysięczny stadion Rojenny zapełniał się z wolna, gdy nagle kibice gdzieś znikli. Rozpętała się burza, w jednej chwili świat przesłoniła ściana wody. Każdy grzmot dudnił przez dobre pół minuty. Przypomniał mi się ostatni rozdział "Hebanu" "Natura przybiera monstrualne i agresywne postacie. Wszystko występuje tu w formie zwielokrotnionej, rozpasanej, histerycznie przesadzonej. Jeżeli jest burza - pioruny wstrząsają całą planetą, a błyskawice rozrywają niebo na strzępy, jeżeli ulewa - z nieba wali się lita ściana wody, która za chwilę zatopi nas i wgniecie w ziemię".

To właśnie przed piorunami uciekli kibice z metalowych trybun.

Za to piłkarze nie przejęli się żywiołem i wyszli na boisko. Piłkarze Lobi skupili się w kręgu na swojej połowie. Piłkarze z Jasper uklękli w swojej bramce, a przed nimi kapitan z chłopczykiem-maskotką trzymającym w rękach rękawice bramkarskie. Jeden z klęczących na linii bramkowej zaczął odmawiać modlitwę: "Panie, Jezu Chryste, Ty jesteś panem świata i Twoje jest to królestwo. Ciebie słuchamy i Tobie służymy. Ciebie prosimy, daj nam dzisiaj zwycięstwo i niech nikt nie odniesie kontuzji. Panie Jezu, wiemy, że rywale proszą cię o to samo, ale Ty, proszę, wysłuchaj nas. Niech nikt z nas ani z rywali nie odniesie kontuzji, ale mecz niech my wygramy".

Pioruny na szczęście przeszły bokiem, a często się zdarza, że trafiają w boisko. Niedawno w Demokratycznej Republice Kongo podczas meczu piorun zabił na boisku 11 piłkarzy, przy czym wszystkie ofiary należały do drużyny gospodarzy, z wioski Bena Tchadi. Mimo że jeszcze 30 osób odniosło obrażenia, nie ucierpiał nikt z drużyny gości - z wioski Basangana. Drużyna gości została oskarżona o czary.

- Nasza drużyna nie ma swojego jujumana, czarownika. A jeśli chodzi o piłkarzy, to prywatna sprawa każdego - opowiadał brat prezesa Ezechukwu, Noel. - Od paru lat czary są oficjalnie zakazane. Ale drużyny próbują, próbują. Dopiero co trzeba było upomnieć drużynę Lions z Gboko. Jej kibice, ubrani w rytualne stroje, przed meczem obchodzili najważniejsze miejsca boiska. Porządkowi musieli ich przepędzać. Niedawno nakazano powtórzenie meczu, z powodu stosowania magii przez bramkarza drużyny gości. Zawiesił w bramce drugą parę rękawiczek, w których ukrył juju. I rywale nie zdołali oddać ani jednego celnego strzału na jego bramkę. Chybili nawet z karnego. Mecz powtórzono na uczciwych warunkach.

Segun Ogundadegbe, menedżer piłkarski, który wiele jeździ po kraju, opowiedział o skandalu, do jakiego doszło w poprzednim sezonie w Ilorin: - Kibice dwóch rywalizujących ze sobą drużyn - Kwara United i Kwara Stars, korzystających z tego samego stadionu zakopali na boisku w różnych miejscach juju przeciwko przeciwnikom i broniące przed ich czarami. Żadnemu z zespołów nie wyszło to na dobre, bo oba musiały się bronić przed spadkiem z ligi. Dopiero kiedy zawarto rozejm między klubami i zaorano stadion, wykopując z niego wszystkie te paskudztwa, sytuacja wróciła do normy.

- Czarna magia to niby bajki dla dzieci, ale... - dodał Ogundadegbe. - Był w Maidugori nieopodal jeziora Czad bardzo dobry piłkarz. Mieli go wysłać do Europy na testy, ale coś zwlekali, bo strzelał dużo goli. No i pewnego dnia zniknął. Był na treningu i nagle kamień w wodę. Tam gdzie siedział, koledzy znaleźli wielki jam. Bulwę zaniesiono później na komisariat policji, a ta wszczęła śledztwo przeciwko nieznanemu czarownikowi, który tak skrzywdził piłkarza. Ludzie tłumnie chodzili oglądać ten jam. Ja myślę, że to samo mogło spotkać Olisadebe, gdyby dłużej tu został, bo był za dobry. Dobrze, że wyjechał i zrobił karierę w Polsce. A ja tobie znajdę następnych, nie gorszych. I nie tylko napastników. Mam obrońców, lewych i prawych, pomocników, bramkarzy...



Jasper United wygrał 2:0. Chief Ezechukwu promieniał ze szczęścia. - Przypominam sobie nasze pierwsze spotkanie - gdy Olisadebe zjawił się u nas - mówił. - Nie grał wcześniej w żadnym zawodowym klubie. Po pięciu minutach podpatrywania go na boisku wiedziałem, że będzie z niego superpiłkarz. Spojrzeliśmy na siebie z trenerem i okazało się, że obaj trzymamy wzniesione w górę kciuki.

- Mój ojciec nie był zachwycony - wspominał Olisadebe. - Wcześniej, kiedy szedłem grać, zawsze życzył mi szczęścia. Ale nie chciał słyszeć o zawodowej karierze. Miałem skończyć studia i robić to co on. Kiedy jednak usłyszał, że jestem dobry, pozwolił mi robić to, co chciałem.

- I ja mam swój udział w tym, że Olisadebe został Polakiem - powiedział na pożegnanie prezes Ezechukwu. - Kiedy dostał propozycję przyjęcia obywatelstwa i gry w polskiej reprezentacji, zadzwonił do mnie i spytał: "chief, co mam robić?". Powiedziałem mu, żeby wstrzymał się tydzień. Zadzwoniłem do Nigeryjskiej Federacji Piłkarskiej, w której zresztą sam byłem kiedyś działaczem, i spytałem, czy chcą stracić fantastycznego piłkarza? Parę osób tylko wzruszyło ramionami. "Powołamy go, ale może później, za jakiś czas, na pewno nie teraz" - usłyszałem. Kiedy więc Olisadebe zadzwonił znowu, powiedziałem mu, żeby robił co chce, bo tu nie docenią go nigdy. Nigeria poniosła wielką stratę, ale sami jesteśmy sobie winni.

Rozdział jedenasty, w którym odnajdujemy nie tego, kogo szukaliśmy

Wróciliśmy bezpiecznie do Lagos, mijając po drodze tylko kilka posterunków. Nie zaszkodził nam nawet posiłek w osławionym z napadów (o czym dowiedzieliśmy się później) Ore, gdzie przecinają się dwie główne drogi. W Lagos nic się nie zmieniło, nawet zwłoki przy Osolo Way, które mijaliśmy jadąc do Onitshy, dalej leżały w tym samym miejscu, tyle że rozebrane do naga.

Na pożegnanie nasz żołnierz prosił, żeby pamiętać o nim podczas kolejnych wyjazdów w teren. I postara się o pełny magazynek.

Tymczasem zgłosił się do nas niejaki Emeka Aneke, jak twierdził - kolega Olisadebe z uniwersyte- tu w Ilorin. Słyszał, że szukamy rodziny piłkarza. Zgodził się wskazać nam dom, załatwić rozmowę z ojcem, matką, rodzeństwem, ale za 3 tys. dolarów. Negocjacje przerwała nam przy 1000 dolarów NEPA (Nigerian Electric Power Association), zwana częściej Never Expect Power Again (nie oczekuj więcej prądu). Następnego dnia rano Emeka zjawił się własnym samochodem, gotowy wieźć nas na miejsce za 400 dolarów. Przekonywał, że lepiej nie dzwonić i nie uprzedzać, bo rodzice na pewno nie zgodzą się na to spotkanie. Mówił, że lepiej ich wziąć przez zaskoczenie. Kiedy nalegaliśmy, powiedział, że nie mają telefonu, bo to nowe osiedle. No i kazał nam wziąć pieniądze ze sobą, bo po spotkaniu musiał jechać do biura. Słowem, kręcił.

Nie odważyliśmy się z nim jechać. Na miejscu mógł czekać ktokolwiek, kto podałby się za rodziców Olisadebe. To i tak pół biedy, bo jeśli to byłaby zasadzka?

Emeka zdradził, że dom Olisadebe leży w dzielnicy Egbeda. Kierowca ambasady powiedział, żeby pojechać tam i szukać. Na pewno ktoś będzie wiedział, gdzie mieszka wielki piłkarz. Pojechaliśmy. Egbeda okazała się dzielnicą slumsów, małych chatek z gliny i blachy falistej. Smród z rynsztoka zapierał nam dech. Prowadzili nas kierowcy skuterów, przekazując nas sobie z rąk do rąk. Aż stanęliśmy przed piętrowym domem z solidnym ogrodzeniem. - Tu mieszka rodzina piłkarza z Polski, a i on sam też właśnie przyjechał - oznajmił jeden z nich, inkasując półtora dolara.

Julius Akpele, były zawodnik Lecha Poznań, pomyślał, że zobaczył ducha. - Przyjechaliście do mnie z Polski? I zabierzecie mnie z powrotem? - aż usiadł z wrażenia. Był w Poznaniu na testach, podpisano z nim trzyletni kontrakt, ale klub spadł do drugiej ligi i odesłano go do domu. Bez certyfikatu nie może grać w Nigerii, nie może grać w Europie. Jego rodzina ledwo sobie radzi. Obiecaliśmy zająć się jego sprawą.

Rzesza podejrzanych agentów, przemierzających Afrykę w poszukiwaniu piłkarskich talentów, to największa plaga tutejszego futbolu. Są jak dawni łowcy niewolników. Wykorzystują sytuację i niewiedzę rodziców, dla których Europa to raj. Obiecują lukratywne kontrakty, a upychają młode talenty w trzeciorzędnych klubach trzeciorzędnych lig. Wysyłają do Armenii, Kazachstanu, Indii. - Dobrze, jeśli taki młodziak wyląduje rzeczywiście w klubie piłkarskim. Często okazuje się, że zamiast obiecanej gry i kariery zmywa naczynia w restauracji albo myje samochody, zbierając na bilet powrotny do ojczyzny. Ci, którzy szybko wrócą, są do uratowania, jeszcze mogą grać. Wielu traci tę szansę bezpowrotnie - opowiadał Baidy Sow, dziennikarz sportowy.

Epilog, czyli jak zostać Olisadebe

W ambasadzie zastaliśmy trzech nigeryjskich piłkarzy. Fred Eselmo, Stanley Alkopa i Prinz Efe Ehirobo przyszli odebrać wizę do Polski. Dostali zaproszenie do drugoligowego klubu KS Myszków. Jeszcze niedawno nawet nie wiedzieli, że w ogóle jest taki kraj jak Polska. Teraz mówią, że każdy piłkarz w Nigerii marzy o przyjeździe do nas. To idealny kraj, żeby zacząć karierę w Europie.

Ci trzej są gotowi na wszystko. Wiedzą o zimnie, słyszeli o rasistowskich wybrykach na stadionach, ale są pewni, że sobie poradzą. - Nigeryjczyk potrafi się dostosować do każdych warunków. To dla nas szansa największa z możliwych - mówili.

- Co trzeba zrobić, żeby się stać taką gwiazdą jak Olisadebe? - spytał Prinz. - Czy wystarczy tylko dobrze grać? To chyba zbyt piękne, żeby było możliwe. Bo nie ma lepszych piłkarzy niż Nigeryjczycy. Mówią na nas Brazylijczycy Afryki. A to oni są Nigeryjczykami Ameryki. Przecież stąd trafiło do Brazylii najwięcej niewolników. Teraz to my kolonizujemy świat. Ja nawet mogę grać kiedyś w reprezentacji Polski. A wy?

*Dziękujemy firmie Era GSM, sponsorowi reprezentacji Polski w piłce nożnej, za pomoc w organizacji wyjazdu do Nigerii.