Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

We wtorek i w środę pierwsze mecze półfinałowe Ligi Mistrzów

Mecze Leeds - Valencia są zdecydowanie w cieniu pojedynków Real - Bayern. I chyba słusznie. Dwóch gigantów, których znacznie więcej dzieli niż łączy, powinno zafundować Europie co najmniej 180 min porywającej walki.


Trzech z czterech półfinalistów (Real, Bayern i Valencia) grało na tym poziomie Champions League przed rokiem. Tylko Leeds zastąpiło Barcelonę. A przecież w swoim pierwszym meczu tej edycji Ligi Mistrzów zespół O'Leary'ego został rozbity na Camp Nou 4:0. Fatalny start wstrząsnął Anglikami, ale ich nie załamał. Przebrnęli I fazę. I choć drugą zaczęli równie źle (porażka na Elland Road z Realem) znów zareagowali jak wojownicy. I dziś mogą się cieszyć z sukcesu, którego nawet oni sami spodziewać się nie mogli. Odpadł wielki Manchester, odpadł tylko trochę mniej wielki Arsenal. A oni grają dalej z dużymi szansami na finał.

Co prawda bukmacherzy oceniają Leeds jako najsłabszy zespół z tej czwórki, ale oni bardziej niż o piłce myślą o pieniądzach. I mylą się często. Przed pojedynkami Manchester - Bayern zdecydowanie stawiali na mistrza Anglii, tymczasem był to jedyny ćwierćfinał, w którym jeden zespół wygrał dwa razy. I nie był to faworyzowany Manchester.

Szanse Leeds też można widzieć inaczej niż pracownicy Williama Hilla. Zwłaszcza, że ten zespół "rośnie" z każdą grą. Młodzież O'Leary'ego to już nie tylko grupa zdolnych i ambitnych, ale także wytrawnych graczy. Atak Smith - Viduka jest chyba najlepszy na Wyspach, znacznie groźniejszy w tej chwili niż osławiona para Cole - Yorke z MU.

Kryzys w angielskiej piłce sprawił, że wiele klubów Premier League sięgnęło po obcokrajowców. Jedni kupowali z głową, inni bez opamiętania. Inwazja piłkarzy i trenerów z kontynentu zmieniła styl gry angielskich zespołów. Skrajnym przykładem jest Chelsea grająca mieszankę piłki włoskiej z francuską nie mającą prawie nic wspólnego z angielską. W Chelsea pozwolono przybyszom grać po swojemu, jednak klub w Premiership nie odniósł spodziewanych sukcesów. Tymczasem w Leeds O'Leary wzmocnił skład kilkoma wschodzącymi gwiazdami zza granicy (Viduka, Dacourt), ale styl i filozofia gry zostały brytyjskie. I dziś Leeds porównywane jest z Liverpoolem, który na przełomie lat 70. i 80. cztery razy zdobywał Puchar Europy. Z pewnością zespół z Elland Road to jeszcze nie ta klasa, ale w sposobie gry można znaleźć podobieństwa. I na pewno najlepsze jeszcze przed nim.

Bukmacherzy oceniają Leeds jako najsłabszy zespół z czwórki półfinalistów, ale oni często się mylą.

Po bezprecedensowym sukcesie w ubiegłym sezonie w Valencii zmieniło się bardzo wiele. Finezyjnego Claudio Lopeza, który był centralną postacią w ofensywie, zastąpił toporny John Carew, który z pozoru nie pasuje do Primera Division zupełnie. Z pozoru, bo braki w technice, szybkości i zwrotności nadrabia w najprostszy ze sposobów: pcha się na pole karne i wykorzystując posturę gladiatora (195 cm), wbija piłkę do bramki. To właśnie gol Norwega dał Valencii zwycięstwo nad Arsenalem w momencie, w którym zespół Cupera był bliski porażki.

Nie na doskonałych technikach Pablo Aimarze czy Zlatko Zahoviciu argentyński trener oparł atak Valencii. Stracił na tym styl gry zespołu, który w zeszłym sezonie oczarował Europę bardziej niż Real i Barcelona razem wzięte. Dziś Valencia nie gra pięknie, ale wciąż skutecznie. Zwłaszcza że w pomocy i obronie (na którą Cuper zwraca szczególną uwagę) zmieniło się znacznie mniej. Gaizka Mendieta wciąż biega od pola karnego do pola karnego, Kily Gonzalez (kontuzjowany na kilka tygodni) to też prawdziwy wojownik z nienaganną techniką jak każdy Argentyńczyk. Oni pchają do przodu grę Valencii. 36-letni prawy obrońca Angloma gra jak skrzydłowy. Podobnie z lewej strony Carboni. W środku Pellegrino i Ayala, który przyszedł zimą z Milanu są trudną zaporą do przejścia. Nie ma wątpliwości, że ze swoim "obronnym tyglem" Valencia jest na półwyspie Iberyjskim zespołem nietypowym. Ale w najlepszym znaczeniu tej nietypowości.



Pojedynek Valencii z Leeds, choć o tę samą stawkę co gra Bayernu z Realem, jest jednak całkowicie w cieniu. Europa ekscytować się będzie tym drugim dwumeczem. Słusznie? Pewnie tak. Wszystko przemawia za tą drugą parą. Teraźniejszość? Real grał w tym sezonie z Valencią i Leeds po dwa razy, nie tracąc w tych meczach nawet punktu. A historia? Bayern i Real zdobywały już Puchar Europy jedenastokrotnie (w sumie). Leeds i Valencia zaledwie po razie grały w finale. W 1975 roku w Paryżu na Parc des Princes Leeds przegrało z Bayernem 0:2, dwanaście miesięcy temu pod Paryżem na Stade de France Valencia z Realem 0:3. I tym razem zwycięzca konfrontacji Real - Bayern będzie w finale zdecydowanym faworytem.

Uderzeniową siłę Realu przetrwać jest w stanie tylko jeden klub w Europie - Bayern. Ale jeśli Figo i jego partnerzy będą mieli swój dzień, Niemcy mogą o finale zapomnieć.

Bezpośrednie pojedynki najlepszych drużyn w Hiszpanii i w Niemczech zawsze były porywające. W 1987 roku w półfinale Pucharu Europy Bayern z Matthaeusem i Brehme pobił w Monachium Real z Butragueno i Sanchezem 4:1. Na Santiago Bernabeu było tylko 1:0 dla Realu. Bayern sensacyjnie uległ potem jednak w finale FC Porto. Rok później Niemcy i Hiszpanie spotkali się w ćwierćfinale najcenniejszego z pucharów. Bayern prowadził już 3:0, ale kolejne cztery gole zdobył Real (po dwa w Monachium i Madrycie). Tyle, że Pucharu Europy też nie zdobył.

Wreszcie w ubiegłej edycji Champions League Bayern i Real spotkały się w II fazie grupowej. Niemcy, trafiając na najsłabszy moment rywala w sezonie, dwa razy wygrali 4:1 i 4:2. Jednak w półfinale odrodzony zwycięstwem nad Manchesterem Real był lepszy (2:0 i 1:2). Bohaterem tamtych spotkań został Francuz Nicolas Anelka (dwa gole dla Realu). Niemcy przegrali szanse na finał już w pierwszej grze na Santiago Bernabeu, kiedy występując bez Effenberga zagrali najgorszy mecz w sezonie. Byli tak przestraszeni, że zaledwie kilka razy przeszli przez środek boiska.

Bayern ma więc za co brać rewanż. W ćwierćfinale odegrał się już na MU za finał z 1999 r. Czy teraz zwycięstwo nad Realem jest realne? Na pewno, choć bukmacherzy stawiają oczywiście na Hiszpanów. Rzeczywiście zespół Del Bosque gra dziś najbardziej porywający futbol na kontynencie. Poza Casillasem i Karanką wszyscy inni zawodnicy Realu zaangażowani są w grę ofensywną. Dlatego potęga ataku drużyny z Madrytu jest dla innych nieosiągalna. Raul, Morientes, ewentualnie Guti mogą grać bez obciążeń, bo jeśli nie oni sami, to partnerzy stwarzają im w każdym meczu wiele doskonałych sytuacji. Żeby wygrać, wystarczy wykorzystać co trzecią.

Uderzeniową siłę Realu przetrwać jest w stanie tylko jeden klub w Europie - właśnie Bayern. Nie dorównując Hiszpanom umiejętnościami, piłkarze z Monachium przewyższają ich sprytem, wyrachowaniem i skutecznością. Tylko czy to, co wystarczyło na Manchester, starczy na Real? Do ćwierćfinałowych meczów z Bayernem mistrzowie Anglii wyglądali na zespół niezwykle pomysłowy w ataku. Tymczasem zagrażali bramce Kahna dopiero wtedy, gdy Bayern był pewny swego (prowadząc po 135 min rywalizacji 3:0).

Real atakuje w sposób bardziej urozmaicony i finezyjny niż Manchester. Niemcy mają jednak nad nim jedną istotną przewagę. W zespole mistrza Niemiec proporcje między atakiem i obroną są zachowane. Hiszpanie muszą grać ofensywnie przez 180 minut. Jeśli choć na chwilę będą chcieli odpocząć, Iker Casillas będzie w niebezpieczeństwie. Bayern umie się bronić, umie atakować i to nie tylko z kontry. Potędze ataku Realu Niemcy przeciwstawią potęgę równowagi. A ich atutem będzie jeszcze przygotowanie fizyczne, siła i skuteczność.



Nie ma wątpliwości, że lista różnic między dwoma wielkimi drużynami jest kilka razy dłuższa niż lista podobieństw. 1 maja na Santiago Bernabeu i 9 na Stadionie Olimpijskim zetrą się dwa zupełnie odmienne style gry, dwie różne mentalności. Choć obecność w Bayernie Brazylijczyków Elbera i Sergio oraz Paragwajczyka Santa Cruza, a w Realu Anglika McManamana stanowi jakąś część wspólną między rywalami.

I co będzie? Hiszpanie pójdą do przodu, Bayern będzie próbował wykorzystać ich błędy. Oczywiście jeśli Figo i jego partnerzy będą mieli swój dzień, Niemcy mogą o finale zapomnieć. Ale też nikt tak jak oni nie będzie potrafił obrzydzić życia lepiej wyszkolonym graczom Vicente del Bosque.