Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

W pojedynkę pokonał Barcelonę Cruyffa. Chwalił go Maradona, a Torres podawał mu piłki. Rozmowa z Romanem Koseckim

W czasach największej świetności uważany za jednego z najbardziej przebojowych ofensywnych piłkarzy w Europie. Niemal w pojedynkę ograł na Vincente Calderon legendarną Barcelonę Johana Cruyffa, a sam Holender przyznał po latach, że chciał go mieć w swoich szeregach. O zmarnowanym pokoleniu polskich piłkarzy w latach 90., wkręceniu w ziemię wielkiego "Toniego" Schumachera, pochwałach od Maradony, a także Euro 2016 rozmawiamy z Romanem Koseckim.
Michał Madanowicz: - Debiutował pan w kadrze w 1988 roku, gdy polska reprezentacja postrzegana była jako europejska czołówka. Był pan częścią tej drużyny, która pierwsza od 20 lat nie wywalczyła awansu na mundial. Jak to przyjęto po tym paśmie sukcesów?

Roman Kosecki: - Trzeba pamiętać, że to był ten okres przejściowy w Polsce. 1989 rok, "Solidarność", upadek komunizmu. Było bardzo duże zamieszanie, piłka nie była wtedy na pierwszym miejscu. No i ten sport tak trochę zostawiony sam sobie. Nie było funduszy odpowiednich i to też odczuliśmy w kadrze na własnej skórze. Każdy musiał nieraz przyjeżdżać na zgrupowania za własne pieniądze, sam kupować bilety, sprzęt.

- Czyli kadra ucierpiała organizacyjnie na przemianach politycznych w Polsce?

- Tak, nawet bardzo. Organizacyjnie to była 6. albo 7. liga obecnie, nawet w B-klasie wygląda to teraz lepiej niż wtedy w reprezentacji. Natomiast z drugiej strony mieliśmy przecież świetnych chłopaków, którzy grali za granicą. I to grali w pierwszych składach, w bardzo dobrych klubach, więc ta kadra była naprawdę mocna. Ale myślę, że ta cała zmiana organizacyjna, polityczna, wszystko, co wydarzyło się w tamtym czasie w Polsce, miało też wpływ na reprezentację, na piłkarzy. Wielu zawodników zaczęło wyjeżdżać za granicę, nie każdy się potrafił odnaleźć, był to taki etap przejściowy. Później przecież był sukces kadry olimpijskiej. Nam, pierwszej drużynie, nie szło, ale młodzieżowcy zdobyli srebrny medal w Barcelonie [w 1992 roku - dop. red.]. Potem Kowalczyk, Juskowiak, Łapiński, Koźmiński, wszyscy ci medaliści z igrzysk w Hiszpanii, grali w pierwszej reprezentacji, a sukcesy wciąż nie przychodziły.

- Wspomniał pan o tym, że ta kadra była naprawdę mocna. Ale choć potencjał zdawał się być spory, sukcesów w latach 88-96, kiedy był pan jedną z gwiazd reprezentacji, nie było. Nie czuje pan trochę, że to pańskie pokolenie piłkarzy w kadrze zostało zmarnowane?

- Oczywiście my, grając w swoich klubach, byliśmy zawsze wiodącymi postaciami, ale w kadrze nie udało się tego poukładać. Nie zapominajmy jednak, że z tymi najlepszymi zespołami rywalizowaliśmy jak równy z równym - z Francuzami, Holendrami, z Rumunią w jej najlepszym okresie, Anglią cały czas, Szwecją. Przykładowo z Anglią u siebie nigdy nie przegraliśmy, z Francją na Parc des Princes zremisowaliśmy, z Holandią tak samo, a przecież prowadziliśmy z nią nawet 2:0. Były bardzo dobre mecze, ale najgorsze zawsze były te ze "słabiakami", drużynami typu Izrael, Azerbejdżan, gdzie traciliśmy punkty. Myślę, że to było to, co zaważyło na braku sukcesów.

- W eliminacjach do Euro 96 przegraliśmy 1:2 z Izraelem właśnie, a na koniec, gdzie już wiadomo było, że nie awansujemy, zremisowaliśmy jeszcze 0:0 z Azerami. Tych pięciu punktów, które powinniśmy spokojnie w tych spotkaniach zrobić, bardzo nam potem zabrakło w ostatecznym rozrachunku.

- Dlaczego te niżej notowane drużyny sprawiały wam tyle problemów?

- Ja, patrząc na tamtą reprezentację, gdzie z przodu był Juskowiak z Kowalczykiem - a wcześniej jeszcze Leśniak, Furtok i Urban - ja z Nowakiem za nimi, w środku Koźmiński, Świerczewski, z tyłu Łapiński, Zieliński, Wieszczycki, na bramce Woźniak albo Szczęsny, pamiętam, z jakim nastawieniem wychodzili na nas rywale. Większość z nas z powodzeniem grała za granicą i przeciwnicy zawsze byli na nas maksymalnie zmotywowani, skoncentrowani, nigdy nie odpuszczali. Chcieli się w meczu z nami pokazać. Może też trochę zbyt pewni siebie wychodziliśmy na boisko? Ciężko powiedzieć.

- A nie było może trochę tak, że też ten system rozgrywek był wtedy trudniejszy niż ten współczesny? Bo jednak mniej drużyn grało w eliminacjach, mniej w turniejach finałowych, a co za tym idzie w tej fazie kwalifikacyjnej trafialiście na mocniejszych rywali.

- To prawda, w eliminacjach do Euro 92 mieliśmy w grupie Anglię, Irlandię i Turcję, a dalej przechodził tylko jeden zespół. Patrząc na to, że dzisiaj z trzeciego miejsca gra się w barażach, to myślę, że tak, można powiedzieć, że tamten system też nie pomagał.

- Reprezentacja z pańskiego okresu przy tym dzisiejszym modelu poradziłaby sobie lepiej?

- Tak. W tym systemie moglibyśmy zawsze walczyć o ten awans skuteczniej.

- A pana najlepsze i najgorsze wspomnienie związane z kadrą?

- Najgorsze to wiadomo, ten ostatni mecz ze Słowacją, w eliminacjach do Euro 96. Niefortunnie to wszystko wyszło.

- Dostał pan wtedy czerwoną kartkę za zdjęcie koszulki, przegraliśmy 1:5 i straciliśmy szanse na awans. Po tym spotkaniu powiedział pan, że już w reprezentacji nie zagra.

- Zgadza się, dostałem wtedy też karencję od PZPN, rok czasu. Potem pisałem z prośbą o, jakby to powiedzieć...

- Ułaskawienie?

- Tak, "ułaskawienie", to dobre określenie. Napisałem, że szkoda, że stało się to, co się stało. Do kadry już jednak nie wróciłem.

- A najlepsze?

- Pierwsza bramka, zdobyta w meczu z Izraelem za kadencji trenera Łazarka. To był wyjątkowy moment. Też brązowy medal mistrzostw Europy z kadrą do lat 18, którą prowadził trener Broniszewski. Te chwile bardzo miło wspominam.

- Te niepowodzenia w kadrze seniorskiej odbił pan sobie za to karierą klubową.

- A to akurat różnie się o tym pisze. Po tej czerwonej kartce ze Słowacją wielu mnie atakowało, że Kosecki niczego nigdy nie zrobił z żadnym klubem. Niedawno z kolei czytałem gdzieś taki artykuł "100 najlepszych polskich piłkarzy w historii" i byłem strasznie oburzony, co o mnie napisali. Po przeczytaniu się zastanawiałem, czy ja w ogóle gdzieś grałem w piłkę profesjonalnie? Bo jeśli dla kogoś zdobycie Pucharu i Superpucharu Turcji, półfinał Ligi Mistrzów [z Nantes - dop. red.], zdobycie mistrzostwa i pucharu Stanów Zjednoczonych czy wiele dobrych występów w różnych silnych ligach jest niczym, to jest to jakaś żenada. Za granicą musiałem walczyć, zapieprzać, bo był limit, trzech obcokrajowców mogło tylko grać w wyjściowym składzie, czwarty był na ławce rezerwowych. To niech pan zobaczy, jaką ja musiałem mieć rywalizację w każdym klubie.

- A to mnie pan zaskoczył, bo przecież za granicą pan przeważnie błyszczał. Chociaż w 1990 roku, kiedy pan przechodził z Legii do Galatasaray, mówiło się, że Kosecki zamienia Legię na trzeci świat. A przecież ten transfer był strzałem w dziesiątkę.

- Dzięki grze w Turcji stałem się popularny, wywalczyłem sobie w Galatasaray duży szacunek. Ale wie pan, ten etap można porównać dzisiaj do takiej sytuacji, że polski zawodnik przechodzi do mistrza Chin. Każdy by powiedział: "No co pan, po co?". No bo nie znamy rynku, nie wiemy, jak tam grają, po prostu inny świat. Podobnie było z Turcją. Jednak kiedy ja tam grałem, był już "Toni" Schumacher na bramce w Fenerbahce, było kilku piłkarzy z Rumunii, także byłej Jugosławii. Byli również trenerzy typu "Sepp" Piontek, legendarny trener reprezentacji Danii, Mustafa Denizli, który trenował Galatasaray, a potem drużynę narodową Turcji [z którą na Euro 2000 dotarł do 1/4 finału - dop. red.]. Postawili tam na kształcenie trenerów, Piontek przecież prowadził szkolenia dla federacji.

- Trafił pan na złoty okres ligi. Pojawili się trenerzy, piłkarze, ale i dobre pieniądze.

- Tam cały system podatkowy działał wtedy nawet tak, że jeśli do klubu wchodził sponsor, inwestował pieniądze, to przez ileś tam lat był zwolniony z płacenia podatku. Pojawiły się fundusze, to za chwilę pojawili się piłkarze. Przyjechałem ja, wcześniej z Polski też Piotrek Nowak, Jarek Araszkiewicz, ale też zawodnicy z różnych części świata. Ja się cieszę, bo dzięki temu pokonałem "Toniego" Schumachera w meczu z Fenerbahce. Od połowy jechałem z piłką, położyłem go na "dupkę" i do pustej strzeliłem. To była piękna chwila dla mnie, cudowny moment. A to były przecież derby Stambułu, chyba nie muszę mówić, co tam się dzieje - do dzisiaj według mnie najgorętsze derby w Europie. W Galatasaray grałem z Tanju Colakiem, który zdobył Złotego Buta, był królem strzelców ligi, a wiele bramek zdobył właśnie z moich podań. Był Tugay Kerimoglu, który potem grał w reprezentacji, Okan Buruk, Arif Erdem. To są wszystko moi koledzy, którzy przy mnie uczyli się tego piłkarskiego rzemiosła, więc jakiś tam malutki wkład w ich kariery późniejsze miałem.

- Pamiętam, że też zaliczyłem tam ogromne przetarcie z publicznością. Jeżeli grasz przed sezonem sparing z Ajaksem - wtedy tym wielkim, z Bergkampem, braćmi de Boer - gdzie na stadion przychodzi 100 tysięcy ludzi, a potem na każdym meczu ligowym jest komplet, po 40, 50, 80 tysięcy, to przestajesz zwracać uwagę na publikę. Po prostu człowiek grał automatycznie i szukał tego, żeby stadiony były pełne, nie bał się, nie stresował, tylko wychodził na Camp Nou, gdzie przed modernizacją było 120 tysięcy miejsc, stadion nabity ludźmi, i cieszył się tym wszystkim. Pełen stadion to powinno być święto dla piłkarza, dla mnie było.

- Musiało się panu podobać w Stambule, bo krąży taka legenda, że pan rzucał na treningu w kibiców pieniędzmi.

- Była taka sytuacja, potem miałem przez to nieprzyjemności, policja przyjechała do klubu, chciała mnie zatrzymać, bo na pieniądzach tureckich znajdowała się podobizna Ataturka, tureckiego przywódcy. To zaczęło się od tego, że w kontrakcie miałem zapisane, że pieniądze będą mi płacone w dolarach, a dostałem w lokalnej walucie. Wziąłem część i rzuciłem kibicom na treningu. To był nawet dobry pomysł, bo następnego dnia na treningu pojawiło się dwa razy więcej ludzi. Myśleli, że dalej będę rzucał pieniędzmi (śmiech).

- Wystarczyło 1,5 roku w Turcji, żeby wzbudził pan zainteresowanie klubów z Hiszpanii.

- Jeszcze wcześniej, jak z Legią graliśmy przeciwko Barcelonie w Pucharze Zdobywców Pucharów [1989 rok - dop. red.], pojawiła się oferta z Espanyolu. Ale Legia rzuciła wtedy jakąś zaporową cenę i koniec końców nic z tego nie wyszło.

- Wyszło za to dwa lata później, kiedy odszedł pan do Osasuny. Z tym transferem wiąże się zresztą bardzo ciekawa historia.

- Skończył mi się wtedy kontrakt z Galatasaray, wróciłem do Warszawy, i tak naprawdę byłem świadomy tego, że jestem wolnym zawodnikiem. Legia tłumaczyła, że nie, że ma do mnie wciąż prawa. Wtedy prezesem był pan Romanowski, biznesmen, i chciał jak najlepiej dla Legii, chciał zarobić kasę. Z Pampeluny przyjechali Janek Urban i prezes Osasuny i stwierdzili, że nie będą jeździć do UEFA, sądzić się, dociekać, tylko dają te 650 tysięcy dolarów - chyba taka to była kwota, już dokładnie nie pamiętam - i mnie zabierają. A ciekawy jestem, jakby to wyszło, gdyby sprawę zbadała UEFA. Koniec końców Legia po raz kolejny zarobiła na mnie pieniądze, więc myślę, że na to "siedzonko" jedno gdzieś tam na stadionie przy Łazienkowskiej chyba zapracowałem. Zresztą prezes Leśnodorski zawsze mnie zaprasza, za co mu bardzo dziękuję (śmiech).

- Wspominał pan o Janie Urbanie. Razem stworzyliście fajny polski duet z Pampeluny.

- Tak. Ja się cieszę, bo Janek bardzo wtedy pomógł, namówił w ogóle prezesa Osasuny na ten transfer i później razem graliśmy w ataku. Pamiętam, że w swoim debiucie ligowym, chyba z Albacete, bardzo ładnie Jankowi za tę pomoc podziękowałem, bo mu zagrałem piłkę, po której strzelił bramkę z główki, zresztą po pięknej akcji. Bardzo fajnie nam się razem grało. Ja strzeliłem 8 bramek, Janek chyba 7. Byliśmy najlepszymi strzelcami drużyny. Osasuna to taki klub, gdzie trzeba było w każdym meczu walczyć. Ale pamiętam, że remis z Realem ugraliśmy, z Barceloną minimalnie przegrywaliśmy, na Camp Nou 1:2, u siebie 0:1, wygraliśmy z Atletico 1:0, a ja strzeliłem bramkę. Wszystkie mecze były na styku.

- Dobrze pamiętam takie fajne spotkanie z Sevillą, które zremisowaliśmy 0:0. Wtedy tam grali Maradona i Suker. Po meczu podszedł do mnie Maradona, poklepał po plecach i powiedział: "Dobry mecz, podobałeś mi się". Miło to wspominam, dużo to dla mnie znaczyło.

- Tą dobrą grą w Osasunie zapracował pan sobie potem na transfer do Atletico.

- Odchodził wtedy z Madrytu Schuster, odchodził Paulo Futre, no i tak sobie działacze mnie upatrzyli na zastępstwo. Zresztą jak przychodziłem, dostałem "dziesiątkę" po Futre i już w pierwszym wywiadzie mówiłem, że raczej to będzie bardzo ciężkie, żeby go zastąpić, bo to jednak jest wyjątkowa postać. Ale też miłe, że taką rolę mi powierzono. Wtedy ogólnie była zmiana w Atletico, w sumie tam były ciągle zmiany (śmiech).

- No tak, prezes Jesus Gil zasłynął z twardej ręki do trenerów i piłkarzy.

- Przez dwa lata wymienił dwunastu trenerów i dwudziestu pięciu zawodników! Ale dzięki temu poznałem wielu uznanych szkoleniowców, jak Fransisco Maturanę, który był selekcjonerem Kolumbii, "Coco" Basile, czyli trenera reprezentacji Argentyny, też "Cacho" Heredię, wcześniej, jeszcze jako piłkarz, gwiazda kadry argentyńskiej i Atletico. To był czas, kiedy pojawiło się mnóstwo nowych piłkarzy: Caminero, Kiko, Igor Dobrovolski, Luis Garcia, Diego Simeone, Miguel Benitez, no naprawdę paka niesamowita się zrobiła. Wielu obcokrajowców było, a przypominam, że grało tylko trzech, także rywalizacja na treningach była ostra. Nawalaliśmy się, ochraniacze pękały, no tak właśnie trzeba było walczyć o miejsce w składzie. Ale z wynikami było różnie. Zdarzały się takie mecze, jak ten z Barceloną, gdzie na Calderon wygraliśmy 4:3, ale w lidze i pucharze byliśmy bardzo nierówni.

- Jako gracz Atletico strzelał pan bramki i Barcelonie, i Realowi. Z którą z tych drużyn wolał się pan mierzyć, która bardziej panu leżała?

- Wiadomo, zawsze bardzo chciałem wygrać z Realem, bo to taki lokalny przeciwnik. Myślę, że nam zabrakło spokoju, bo zawsze każde derby było bardzo mocne, brutalne, było wiele walki, ostrych fauli. W Pucharze Króla byliśmy blisko, było 2:2 na Bernabeu, potem u siebie przegraliśmy 2:3. Zawsze nam ten Real wtedy nie leżał, ciągłe remisy albo porażki. Ale z Barceloną to był ten okres, kiedy się przełamaliśmy. Jak grałem w Osasunie, to Atletico przegrało z Barceloną 0:6 i 0:7. Później ja przyszedłem i akurat coś się zmieniło. Chociaż w tym pamiętanym meczu, 4:3 na Calderon, do przerwy dostaliśmy trójkę do zera i też baliśmy się katastrofy. Ale wygraliśmy, strzeliłem dwie bramki, zaliczyłem asystę. Potem w następnym sezonie znowu wygraliśmy z nimi u siebie w lidze, tym razem 2:0, też 4:1 na Camp Nou w Pucharze Króla i ich wyeliminowaliśmy. Z Barceloną zawsze te mecze były równe.

- Wydawało mi się, że pan zawsze bardziej się mobilizował na Barcelonę. A to dlatego, że w Pucharze Zdobywców Pucharów z Legią pan strzelił bramkę na Camp Nou, której niesłusznie nie uznano, co ostatecznie wypaczyło wynik tamtego dwumeczu.

- Oj tak, oszukali nas wtedy. To była bramka na 2:0. Sędzia liniowy się pogubił, no ewidentny przekręt. Barcelona musiałaby wtedy w rewanżu 2:0 wygrać i mieliby ciężko. A tak skończyło się na 1:1, w Warszawie było potem 1:0, Laudrup bodajże strzelił. A czy bardziej się potem z tego powodu mobilizowałem? Powiem tak, ogólnie fajniej gra się z drużyną, która ciągle atakuje, no bo jest więcej miejsca na boisku. Mogłem wykorzystać swoją szybkość. Nie bez znaczenia było też to, że na ławce Barcelony był legendarny Johan Cruyff, świętej pamięci. Zresztą w swojej książce bardzo ładnie o mnie napisał, nazwał najlepszym piłkarzem Atletico. To było miłe, że mnie docenił, że zawsze mu gdzieś po głowie ten pomysł krążył, żeby mnie do Barcelony ściągnąć. Ale z Realem też lubiłem rywalizować. Był jeszcze wtedy Butragueno, fajnie się gra przeciwko takiemu staremu lisowi, w ataku biegał z Ivanem Zamorano, królem strzelców ligi, był Michel. No także super zespół, z którym się fajnie grało.

- Bywa pan jeszcze czasem w Madrycie?

- Bardzo rzadko. Nie mam po prostu czasu.

- Pytam, bo niedawno byłem w stolicy Hiszpanii i rozmawiałem z kibicami z biało-czerwonej części Madrytu o panu. I okazuje się, że nie tylko wielu wciąż pana pamięta, ale i bardzo pozytywnie wspomina. Często słyszałem, że żałowali, że tak szybko pan odszedł.

- Odszedłem po drugim sezonie, bo przyszedł Antić, nowy trener. Zresztą zdobył od razu mistrzostwo i puchar. Paru piłkarzom podziękował, między inny mnie. Powiedział, żebym szukał sobie klubu, więc poszedłem do FC Nantes.

- I źle pan na tym nie wyszedł.

- Oczywiście. To był mistrz Francji, grał w pucharach. Dotarliśmy do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie odpadliśmy z Juventusem, który później zdobył to trofeum. Także piękna przygoda.

- Wróćmy jeszcze na chwilę do Atletico. Na pana transfer do Madrytu naciskał przede wszystkim prezes Gil, człowiek temperamentny. A pan ponoć lubił mu dogadać.

- No czasem mieliśmy jakieś sprzeczki w prasie. Raz byłem wezwany na dywanik, bo po jednej jego wypowiedzi, kiedy gdzieś stwierdził, że jego koń biega lepiej niż jego zawodnicy, coś mu tam odpowiedziałem w mediach. Zapytał się mnie: "Que quieres, Kosa?" (śmiech), "Co ty chcesz ode mnie, czemu tak się wypowiadasz?". No i zamieniliśmy kilka zdań. Ale on przy tej całej charyzmie swojej był człowiekiem, który zawsze wspierał Atletico Madryt, chciał jak najlepiej. Ale jak się zdenerwował, to szybko reagował. Czasem pewnie żałował, ale taki już był.

- Czyli ciężko mówić o jakimś konflikcie?

- Nie, niczego takiego nie było. Byłem razem z synem Kubą w Madrycie w 2004 roku, jakieś dwa dni po zamachach terrorystycznych w metrze. Pamiętam, że Atletico grało wtedy z Betisem i prezes Gil zaprosił nas do swojej loży. Pogadaliśmy sobie wtedy na luzie o starych czasach. Potem poszliśmy do szatni, był Diego Simeone i kilku innych moich starych kolegów. Kuba był wtedy jeszcze mały, grał w Kosie Konstancin, i dostał od Fernando Torresa zdjęcie i koszulkę z autografem. W ogóle ciekawej rzeczy się dowiedziałem od Torresa, bo podszedł do mnie i powiedział: "Pamiętam ciebie, jak grałeś w Atletico. Ja wtedy byłem w młodzieżowcach, stałem za bandą i podawałem ci piłki". Pośmialiśmy się z tego trochę. Człowiek docenia wtedy, jak ważna była jego kariera, życie klubem. Bo dzieciaki obserwują tych piłkarzy, a potem same stają się gwiazdami, a ktoś inny czeka w kolejce i podaje im piłki.

- Pan grając w Hiszpanii, ciągle miał styczność z piłkarzami, którzy dzisiaj postrzegani są jako legendy obu madryckich klubów, choćby ze wspomnianym Diego Simeone. On już wtedy wyglądał na dobry materiał na szkoleniowca?

- Był przywódcą, takim liderem, który mobilizuje. Maksymalnie zaangażowany w klub, we wszystko, co robi. Tak, to było widać już wtedy.

- Był Simeone, byli też po drugiej stronie barykady Butragueno i Raul. Nie każdy pewnie pamięta, ale pan strzelił bramkę w derbach Madrytu, w których Hiszpan zdobył swojego pierwszego gola dla Realu.

- Tak, Raul zaczynał wtedy. Pamiętam, to było zresztą pożegnanie Butragueno i przekazywał właśnie swoją koszulkę Raulowi. No i ten Raul później rzeczywiście zrobił wielką karierę. To było miłe, że wchodził w czasach, kiedy ja jeszcze grałem. Może się czegoś ode mnie nauczył (śmiech).

- Kiedyś pan powiedział, że jest "antimadridistą". Życzy pan Realowi jak najgorzej?

- Bardziej z przekory to powiedziałem. Ale płynie we mnie biało-czerwona krew. Te barwy były ze mną zawsze - jako reprezentanta Polski, piłkarza Atletico, ale i moja Kosa Konstancin ma herb i koszulki w tych kolorach. Wydaje mi się to naturalne, że jak ktoś kiedyś grał w Atletico, to z reguły kibicuje temu klubowi i Realowi życzy jak najwięcej dni wolnych od sukcesów (śmiech).

- A gdyby pan dostał ofertę od Realu w tamtych czasach. Miałby pan dylemat?

- Trudno powiedzieć. Wiemy z historii, jak wyglądały transfery piłkarzy z Atletico czy Barcelony do Realu. Różnie to było przyjmowane. No na pewno nie jest to łatwy wybór dla kogoś, kto otrzymuje taką propozycję. Myślę, że w moim przypadku raczej nie doszłoby to do skutku, ciężko by o to było.

- Pan przez wiele lat grał w silnych ligach europejskich. Na pewno w tym czasie nawiązał wiele ciekawych znajomości. Po zawieszeniu korków na kołku nie zastanawiał się pan nad karierą trenerską w piłce seniorskiej albo menedżerką?

- Wie pan, ja jestem osobą, która lubi decydować o tym, co robi i jak robi. Patrząc na moje doświadczenia z Jesusem Gilem, wiem, że trenerem możesz być przez tydzień, a za chwilę cię nie ma (śmiech). I jaki masz na to wpływ? Nie masz żadnego.

- Postawił pan na szkolenie młodzieży, pracę związkową i politykę.

- Przyglądając się z boku akademiom, szkółkom klubów, w których grałem, zawsze mi się to podobało. I nie ukrywam, że cieszę się, że mam Kosę Konstancin. Trenowałem u siebie rocznik 2009 wcześniej, teraz 2003. Jak trzeba, to skoszę trawę na boisku, pomaluję linie. Żyję tym klubem. Oczywiście nie wykluczam, że kiedyś będę trenerem w piłce seniorskiej, chociaż raczej sobie tego nie wyobrażam. A będąc też tutaj w Mazowieckim Związku Piłki Nożnej [rozmowa odbyła się w jej siedzibie - dop. red.], w PZPN czy parlamencie, jestem gdzieś, gdzie mogę przedstawiać swoje zdanie, decydować, nakierowywać trochę. Wiadomo, nie zawsze się uda, bo to są negocjacje, ale podoba mi się to. Robię to, co lubię.

- Przejdźmy do Euro 2016. Doczekamy się historycznego awansu Polaków z grupy?

- Ja zawsze przestrzegam, że nikt się przed nami nie położy. Może wcześniej była inna świadomość u rywali, że Polacy są do ogrania, ale teraz myślę, że to się zmieniło. Każdy się na Polaków zmobilizuje, będzie nas traktował jako bardzo trudnego przeciwnika. Adamowi Nawałce udało się stworzyć silny zespół, z takim mocnym trzonem, jest Fabiański, jest Glik, jest Krychowiak, Milik, Lewandowski. A do tego jeszcze Kuba Błaszczykowski czy Rybus. Rywale mają do nas szacunek. Już pierwsze spotkanie z Irlandią Północną, która jest znana z waleczności, to będzie walka o każdy metr boiska, jak w rugby. Zresztą mieliśmy Irlandię w grupie i to jest ten sam styl. Czekają nas trudne mecze i ten awans będzie trzeba wyszarpać.

- A zgodzi się pan z taką tezą, że ten turniej nie będzie miał wyraźnego faworyta? Bo Niemcy nie wydają się być tym samym zespołem, który triumfował w Brazylii. Hiszpanie wciąż kłopoczą się z wymianą pokoleniową. Nie ma chyba takiej drużyny, która byłaby o krok przed resztą.

- Akurat z tymi Niemcami to wystarczyło, że pokonali Włochów i już się mówi, że kryzysu nie ma. Na pewno gospodarze, Francuzi, będą mocni, Anglicy. Nie przekreślałbym też Włochów po tej porażce 1:4 z Niemcami, bo ci byli w tym meczu bardzo zdeterminowani, chcieli zatrzeć to złe wrażenie po przegranym spotkaniu z Anglikami. Ja wierzę, że pokażą się jeszcze dwie, trzy drużyny, w tym Polska właśnie, które trochę namieszają w szykach tych najlepszych, napsują im krwi.

- To będzie turniej czarnych koni?

- Być może. Poziom się teraz bardzo wyrównał. My, Słowacja, Walia. Walia w grupie zagra przykładowo z Anglią, to będzie przecież równorzędny mecz. Ale jak to mówią, wszyscy grają w piłkę, a na końcu i tak wygrywają Niemcy (śmiech). Tak może się to skończyć, bo to jednak jest typowo turniejowa drużyna.

- To jeszcze na koniec zapytam o jedną rzecz. Teraz panuje moda na sportowe biografie. Pan, jak widać, ma co opowiadać. Nie myślał pan o napisaniu książki?

- Mam już nawet napisaną z moim kolegą, który wcześniej pisał biografię Smolarka. Ale musimy jeszcze usiąść i to troszeczkę poprawić, przeredagować. Muszę się zebrać do tego. Może w następnej przerwie zimowej postaram się to dokończyć. Jest trochę za mało wątków jeszcze. Trochę się też chyba "wybieliłem" za bardzo (śmiech). Żona czytała i powiedziała mi: "Roman, przestań, pisz prawdę. Pisz, jak było".

- Dziękuję bardzo za poświęcony czas i rozmowę.

- Ja również i trzymajmy kciuki na Euro 2016. Będzie dobrze, zobaczy pan.

Słabe Wi-Fi, niepuszyste ręczniki, morska woda w basenie... Jak turyści oceniają hotel, w którym zamieszkają Polacy na Euro 2016?