Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Ekstraklasa w Sport.pl. Samotność napastnika - dlaczego Nicki Bille Nielsen jest bezsilny

W sobotnim klasyku ekstraklasy (2:0) Aleksandar Prijović miał dwa razy większy wpływ na ataki Legii Warszawa niż Nicki Bille Nielsen na ofensywę Lecha Poznań. To po części wynika ze słabości Duńczyka, ale też pokazuje problemy mistrzów Polski z konstruowaniem akcji.
- To my decydowaliśmy, gdzie była piłka - lakonicznie podsumował sobotnie spotkanie Artur Jędrzejczyk i w zasadzie dotknął sedna sprawy. Mimo mniejszego posiadania piłki przez Legię, to ona miała nad nią kontrolę. A Lech, choć grał ofensywnie, oddał tylko trzy celne strzały.

Po meczu sporo krytyki za taką indolencję w ataku poznańskiego zespołu spadło na barki jedynego napastnika w jedenastce Lecha - Nickiego Bille Nielsena. Przegrywał pojedynki z Igorem Lewczukiem i Michałem Pazdanem, nie przedryblował ich ani razu, a co gorsza - nie stwarzał sytuacji kolegom. Słowem: cały jego wysiłek był bezowocny.

Duńczyk do zespołu mistrza Polski trafił w zimie. Po pierwsze jako zupełne przeciwieństwo Denisa Thomalli - pogrążonego w melancholii i nieskuteczności napastnika. Nielsen jest ekstremalnie ekstrawertyczny, pełen pasji. Po drugie zaś, 28-latek miał wypełnić lukę, która w składzie Lecha powstała w lecie, wraz z odejściem Zaura Sadajewa.

Czeczen był napastnikiem, który uwypuklał atuty innych. Był punktem odniesienia dla reszty zespołu - robił miejsce pomocnikom i skrzydłowym, ściągał na siebie uwagę obrońców.

Jeśli Sadajewa zawsze wszędzie było pełno (w finale Pucharu Polski w zeszłym roku miał aż 10 prób dryblingu), to Nielsen w sobotę był tam, gdzie widziała go Legia. Ale to nie tylko wina Duńczyka.

Nielsen dostał ledwie 29 podań (5 proc. wszystkich zagrań Lecha), a jego odpowiednik w Legii - Aleksandar Prijović - 39, czyli 15 proc. podań warszawskiego zespołu. Szwajcar uczestniczył w 34 atakach Legii, Duńczyk w ledwie 17. Nielsenowi pozostała zatem tylko walka wręcz z obrońcami wicemistrza Polski. I tę walkę Duńczyk przegrał.



Osamotnienie Nielsena pokazują liczby, ale i grafiki - średnie pozycje wszystkich zawodników. Gdy w lipcu zeszłego roku na rozpoczęcie sezonu Lech mierzył się z Legią w Superpucharze Polski, wysunięty napastnik Lecha - w tej roli zagrał Marcin Robak - tak samo skupiał na sobie ofensywę całego zespołu. A w sobotę Nielsen do każdego z kolegów miał bardzo daleko.

Samotność Nielsena była głównym skutkiem problemów Lecha z ofensywą, które zaczęły się w zasadzie pod bramką Jasmina Buricia. Duńczyk nie dostawał podań, bo mistrzowie Polski zmuszeni byli do rozgrywania piłki na własnej połowie. Żeby z niej wyjść, pod obrońców schodził i Łukasz Trałka, i Abdul Aziz Tetteh. Ofensywnych piłkarzy zostawiali samym sobie - który z nich wygrał pojedynek z legionistą, ten stwarzał przewagę. Lecz obrońcy warszawskiego zespołu byli silniejsi.

Legia nie bawiła się w subtelności. Prijović najwięcej podań otrzymał od Adama Hlouszka - lewego obrońcy. A Lech unikał długich podań do Nielsena, próbował przebić się przez pressing Legii krótkimi zagraniami. Najczęściej nieskutecznie.

Problemy Lecha z ofensywą wynikały więc i ze słabości Nielsena, i z kłopotów całego zespołu z rozgrywaniem akcji. To może być efekt niedawnej kontuzji napastnika, a jeszcze przecież było to dopiero trzecie spotkanie Duńczyka w ekstraklasie. Ale Nielsen od początku miał być zawodnikiem, który wpłynie na zespół już na starcie. To udało się z Termaliką, ale gdy pojawił się rywal stawiający większy opór, Duńczyk stał się kompletnie bezzębny.



Kto jest lepszym napastnikiem?