Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Michał Listkiewicz dla Gazety: Nie widzę lepszego

Moją zaletą jest, że jestem przewidywalny. Nie zaskoczę ludzi wariactwem, rewolucyjnym pomysłem. Bardzo długo działam w sporcie, zawsze byłem typem organizatora. Organizowałem już mistrzostwa we własnej szkole. I wiem, że sport - a piłka w szczególności - nie znosi rewolucji - mówi prezes PZPN Michał Listkiewicz.


Rafał Stec: Nie głupio Panu po decyzji Trybunału Arbitrażowego przy PKOl anulującej decyzje PZPN w sprawie Szczakowianki?

Michał Listkiewicz: Uważam, że nie mamy sobie nic do zarzucenia. Nie zgadzam się ani z komentarzami prasowymi, że to moja porażka, ani z decyzją trybunału. Uważam, że nie pomoże w walce z nieprawidłowościami w polskiej piłce.

Ale wygląda to tak, jakby w związku pracowali ignoranci...

- Mam 100-procentowe zaufanie do przewodniczącego Wydziału Dyscypliny Adama Tompczyńskiego, wytrawnego prawnika i przew. NKO Eugeniusza Stanka. Czekamy na uzasadnienie tej decyzji, bo w przeszłości bywało już różnie. Zaanalizowaliśmy przypadki w innych dyscyplinach i np. w szachach zdarzyło się, że sprawę rozpatrzono ponownie i jeszcze zaostrzono karę, pewien klub odwołał się do sądu i wygrał, itd. Werdyktu trybunału nie chcę komentować, ale jestem rozczarowany i zaskoczony, bo dzień po naszej decyzji o ukaraniu Szczakowianki zadzwoniła z gratulacjami minister Łybacka, publicznie chwalił PZPN też wiceminister Giersz. Dlatego nie poddajemy się i po otrzymaniu uzasadnienia może się jeszcze wiele zdarzyć.

A ja i tak sobie myślę, że wszystko, co złe w polskiej piłce, to Pańska wina.

- Jeżeli przyjąć zasadę, że "jak reprezentacja wygrywa, prezes jest dobry, a jak przegrywa - zły", to ma Pan rację. A taki stereotyp funkcjonuje.

Stereotyp? W wywiadzie przed zwycięskimi wyborami na prezesa deklarował Pan, że zdaje sobie sprawę, iż będzie obwiniany za wiele spraw, na które nie ma wpływu, ale bierze Pan to brzemię na siebie...

- I jest tak, jak oczekiwałem. Teraz prezes jest fatalny, a jak awansowaliśmy do mistrzostw świata, to ludzie mnie na ulicy poklepywali po plecach. Nie wiedzą, na czym polega praca prezesa PZPN. Akurat najmniejszy wpływ mam na grę i wyniki reprezentacji. Ja tylko zapewniam odpowiednie warunki, czyli sprzęt, logistykę, hotele, przeloty, pieniądze. Na tym moja rola się kończy.

W każdej organizacji za całość odpowiada ten, kto jest na górze.

- Nie żalę się. Jednak tego, że nawet za problemy ligowe będę obwiniany, to się nie spodziewałem. Sędzia się pomylił, chuligani narozrabiali, Szczakowianka kupowała od Świtu - wszystko moja wina.

Oceniamy efekt - jak wygląda polski futbol.

- Tyle że przeważnie to widzi się złe rzeczy, a dobrych się nie dostrzega albo o nich szybko zapomina. To za mojej kadencji graliśmy w MŚ, z pięciu stadionów oświetlonych zrobiło się 16...

I to jest dużo? W innym wywiadzie chciał Pan, by w ciągu dwóch lat Polska zorganizowała mistrzostwa Europy juniorów.

- Chyba chciałem, żeby była gotowa?

Nie. Żeby zorganizowała.

- A to trochę przesadziłem. Może nie wiedziałem wtedy, że przyznaje się je co cztery lata. Ale w końcu je dostaliśmy. W 2006 roku odbędą się w Wielkopolsce.

Mówił Pan też wówczas, że trzeba kilku lat pracy, by bez narażania się na śmieszność wyrazić chęć zorganizowania dorosłych ME...

- No i wyraziliśmy chęć! [razem z Ukrainą - red.].

Chyba narażając się śmieszność...

- Jeśli tak, to jesteśmy śmieszni, mówiąc, że za dziesięć lat pojedziemy autostradami z Warszawy do Poznania czy Katowic.

Jak będziemy się przygotowywać do ME w tempie, w jakim budujemy autostrady, to rzeczywiście będziemy czekać sto lat.

- Zorganizowanie ME jest dużo prostsze. Skoro można je w Polsce zorganizować w siatkówce, koszykówce czy lekkiej atletyce, bo są obiekty, to dlaczego nie w futbolu?

Bo nie ma obiektów.

- Można je zbudować. Hal też kiedyś nie było. Irena Szewińska biegała po żużlowej bieżni, sam widziałem. Zbudowanie czterech-pięciu stadionów nie jest wielką filozofią. Oczywiście zakładając, że miasta będą tego chciały.

Na początku kadencji też Pan twierdził, że to żadna filozofia, że do 2002 roku będziemy mieć choć jeden stadion na europejskim poziomie.

- No i nie mamy. Wierzyłem w zapewnienia polityków, samorządowców, którzy dużo obiecywali, ale skończyło się na gadulstwie. Teraz coś się ruszyło w Warszawie, ale przecież minęły cztery lata.

Czyli politycy są głównymi winowajcami?

- Oczywiście. Nigdzie na świecie związek nie buduje stadionów. Nowoczesne hale sportowe w Polsce też zbudowało ministerstwo, rząd, a przede wszystkim miasto.

Może PZPN za słabo lobbował?

- Może. Ale żeby lobbować, trzeba mieć argumenty. Według przepisów połowę inwestycji musi sfinansować miasto.

Miejskie władze też trzeba namawiać...

- Może i u nich słabo lobbowaliśmy, nasze terenowe struktury za słabo dobijały się do władz lokalnych, by przekonać, że każde przyzwoite miasto powinno mieć ładny stadion.

Miasta nic nie robią, politycy też, lokalni działacze też. Na jakiej podstawie wierzyć, że w następnych czterech latach stanie już nie jeden, ale cztery-pięć stadionów?

- Trzy lata zmarnowano, a obecny rok przyniósł więcej konkretów. Z etapu gadulstwa przeszliśmy na etap ruchów prawnych, a mam nadzieję, że w przyszłym roku także inwestycyjnych. Coś się dzieje w Krakowie, powstaje nowa trybuna w Poznaniu.

Wszystko to mgliste, Pan mówił o gościnności jako głównym atucie...

- Powiedziałem, że dzisiaj możemy zaproponować tylko tradycyjną polską gościnność. Oczywiście za nią nikt nie da mistrzostw. Ale kiedy Portugalczycy zaczęli myśleć o ME, mieli półtora obiektu - rozpadający się Stadion Słońca w Lizbonie i "pół" stadionu w Porto. Wierzę w UEFA, bo gdyby działała wygodnicko, toby przyznała ME Hiszpanii zdolnej zorganizować turniej następnego dnia. Natomiast w Portugalii nie było nic, ale uwierzono, że będzie. Byłbym niepoważny, gdybym mówił, że już dziś możemy zrobić krok dalej. Krok dalej to rząd. Napisałem list do minister Łybackiej z prośbą o spotkanie, na którym chciałbym omówić szczegóły ukraińskiej propozycji. Żadnych deklaracji w imieniu rządu Ukraińcom nie składałem, tego mi nie wolno. Obiecałem, że przedstawię rządzącym ideę, która mnie się podoba, ale bez gwarancji rządowych nie da się nic zrobić.

Nie skończy się to tak jak z igrzyskami w Zakopanem?

- Nie. Igrzyska to sprawa bardziej skomplikowana, tam potrzebne są setki drogich, specjalistycznych obiektów, liczba uczestników jest nieporównywalna.

Wracając do odpowiedzialności prezesa, zirytowała mnie Pańska odpowiedź na pytanie, kto jest winny porażki w eliminacjach do ME - "Szwecja i Łotwa, bo zdobyły więcej punktów".

- Sport polega na tym, że ktoś wygrywa, inny przegrywa. Nie można wciąż szukać winnych.

Trzeba. Przegrani szukają sposobów na wyjście z kryzysu.

- Niekoniecznie. Francuzi przegrali sromotnie MŚ, jakoś to przeżyli i teraz znowu grają dobrze. Po porażce w eliminacjach do Euro wykonałem kilka telefonów do zaprzyjaźnionych prezesów federacji, których reprezentacje też się nie zakwalifikowały. Wszędzie mówili "trudno, stało się, nie weszliśmy". Nawet belgijski prezes - a tam brak awansu jest większym ciosem, mają lepszy futbol od naszego - nie rozdzierał szat. Mogę tylko powiedzieć - to też pewnie pana zirytuje - że dołączyłem do szacownego grona, ponieważ nigdy nie awansowaliśmy, a prezesami w poprzednich podejściach byli tak wybitni ludzie jak ministrowie polskiego rządu, jak Kazimierz Górski, Edward Brzostowski. A trenerami, do których Paweł Janas dołączył, byli Antoni Piechniczek, Janusz Wójcik, Andrzej Strejlau, Henryk Apostel, Ryszard Kulesza.

Nic, tylko zacierać ręce. Ma Pan nadzieję, że te piękne tradycje będziemy kontynuować bez końca?

- Teraz to już Pan przesadza. Oczywiście martwi mnie, że nie udało mi się pokonać bariery niemożności. Ale co mam teraz robić? Płakać? Mleko się rozlało, trzeba zrobić wszystko, by zagrać w finałach MŚ. Szansa jest, bo mamy niezłe pokolenie piłkarzy, które w najbliższych latach zasili reprezentację. Jest dobry trener, który nie będzie pracował pod presją czasu, jak dotąd. Trzeba mu podziękować, że podjął się tej pracy w tak nienormalnych okolicznościach.

Podziękować? To Pan przesadza...

- To miejmy choć szacunek i uznanie dla jego decyzji. Mógł powiedzieć: "Teraz, po porażce z Łotwą? Niech pan szuka innego". Teraz będzie sporo czasu i tak jak Engel wykorzystał po mistrzowsku dziesięć miesięcy - nie zważając, że mu liczono minuty bez bramki, pytano, kiedy wreszcie go zwolnimy - tak Janas będzie miał pełen komfort.

Boniek niewinny, Janas niewinny. To dlaczego przegraliśmy eliminacje?

- Po prostu nasi piłkarze nie grają najlepiej. Gdyby grali tak jak przed mundialem, kiedy pełnili kluczowe funkcje w zagranicznych klubach, byłoby inaczej. A jak jest? Niech pan przejrzy sportowe strony gazet - "grał 90 minut", "wyróżnił się w przegranym meczu" itp. Upajamy się naprawdę małymi rzeczami.

Prawdziwe powody do radości też są. Nasze kluby eliminują z pucharów kluby włoskie, angielskie, niemieckie, holenderskie. To może nawet czasem wyższy poziom niż grupowi rywale kadry...

- Ale w Lidze Mistrzów nas nie ma od lat, a Dynamo Kijów czy praska Sparta są stale. Nie przekonuje mnie pan. Jesteśmy w najlepszym razie europejskim średniakiem. Biorąc pod uwagę wyszkolenie, warunki, w jakich zawodnicy trenują, budżety klubowe. Polska piłka przez wiele, wiele lat nie będzie w stanie rywalizować z niemiecką czy angielską.

Nie czuje się Pan temu trochę winny?

- Nie mam wpływu na to, że najwyższy budżet polskiego klubu odpowiada budżetowi z dołów drugiej Bundesligi. Jeśli budżet MU, bo kiedyś to obliczyłem dokładnie, jest wyższy niż budżet całej naszej piłki, czyli PZPN, wszystkich okręgowych związków i wszystkich klubów.

Czyli obywatel 36-milionowego kraju wchodzącego do Unii nie ma prawa marzyć, by polski futbol był choćby przyzwoity?

- Ma. Moim zdaniem dziś możemy coś osiągnąć z reprezentacją, gdzie budżet ma mniejsze znaczenie. Po pierwsze, pieniądze przeznaczane na kadry są zbliżone. Po drugie, piłkarze nie grają w reprezentacji dla kasy.

Na stadiony Pan nie ma wpływu, na kluby nie, na reprezentację też nie. To co prezes robi?

- Na stadiony mam wpływ.

Zwalał Pan winę na polityków i samorządowców.

- Oni są potrzebni, by powstał wspaniały, wielki obiekt. Ale gdyby nie twarde wymogi licencyjne, nie byłoby oświetlenia, krzesełek, zadaszenia, monitoringu, który mają dziś wszystkie pierwszoligowe stadiony. Tylko reprezentacyjnego stadionu brakuje. Tak jak z drogami. Jest sporo dróg bez dziur, bezpiecznych, ale autostrady to nie są.

Czyli największy sukces to te stadiony?

- Nie. Awans reprezentacji do MŚ.

Czyli prezes nie może odpowiadać za złe wyniki reprezentacji, ale sukcesy to Pan przypisuje sobie...

- Bo z tego jestem rozliczany. Choć oczywiście gdyby liga była zdezorganizowana, sędziowie skorumpowani, na stadionach grasowali bandyci, byłoby źle. Uważam jednak, że związek funkcjonuje dobrze.

Wyniki są ważniejsze niż "dobre funkcjonowanie" związku.

- Wiem, nikogo nie obchodzi, że porozwiązywaliśmy sprawy transferowe, kontraktowe, że odizolowaliśmy sędziów od klubów, że budżet związku jest stabilny i nie grozi nam, że zabraknie np. na wyjazd reprezentacji. A pamiętam czasy, gdy nie było na pensje dla pracowników. Jesteśmy jedynym obok motorowego związkiem sportowym niedotowanym przez państwo. Wynoszący około 28 milionów złotych budżet musimy sobie sami wypracować. Nie mamy tak jak siatkarze czy koszykarze, których szkolenie, zgrupowania, wyjazdy opłacają podatnicy. Wracając do pytania - jeśli pan tak stawia sprawę, to wychodzę na remis, bo największą porażką jest brak awansu do ME.

Nie chcę "stawiać sprawy". Jestem ciekawy, za co według Pana mamy oceniać prezesa.

- Skoro się zdecydowałem, by zostać prezesem, to uznałem pewne reguły gry. Przyjmuję więc, że moim sukcesem był udział w mundialu, choć wiem, że więcej zasług mieli trener i zawodnicy. A moją porażką brak awansu na ME. Są jednak i inne osiągnięcia, np. wdrożenie systemu licencyjnego, które mimo wszystko się udało, i to lepiej niż w wielu innych krajach.

Są kuriozalne przypadki jak Widzew, Polonia.

- Widzew to przypadek osobny, tam są problemy właścicielskie. Ale gra, jakoś spłaca długi, przecież wielkie kluby też mają problemy finansowe. A co do Polonii, to można oczywiście powiedzieć "z takim stadionem wynocha z ligi", ale daliśmy im szansę i dzięki temu światła świecą. Tak jak w Polkowicach, Łęcznej. To nasz sukces. Podobnie jak kontrakt z Canal+, bo w naszej części Europy nie ma drugiej ligi, której telewizja płaciłaby tyle pieniędzy i tak perfekcyjnie ją pokazywała.

To już chyba zasługa Canal+...

- Oczywiście, ale znaleźliśmy takiego partnera. Choć to tak jak z kadrą - jest i sukces, i porażka, bo nie dopilnowaliśmy, by pieniądze wydawane były z sensem. Większość z nich została przejedzona. Na długi wobec piłkarzy, transfery, natomiast bardzo mało zainwestowano w szkolenie młodzieży i infrastrukturę. Dopiero teraz postawiliśmy twarde warunki, ale przyznaję, że za późno.

To wychodzi z Pana taki prezes "na zero"...

- Mniej więcej tak.

A twierdzi Pan, że jest najlepszym kandydatem. Lepszy byłby ktoś na plusie.

- Noo, obejmując całość, jednak wychodzę lekko na plus. Przecież jak odejdę, to nikt tych stadionowych krzesełek, jupiterów czy monitoringu nie rozmontuje.

Wróćmy do reprezentacji. To okropne, jak demoralizuje Pan selekcjonerów reprezentacji. Na początku kadencji Bońka głośno Pan mówił, że pozostanie na stanowisku, nawet jeśli nie awansuje do ME, a przed kończącym eliminacje spotkaniem z Węgrami - że tylko kompromitacja mogłaby odebrać posadę Janasowi.

- To nie demoralizujące, lecz motywujące. Zwalnianie trenera po jednym czy dwóch meczach jest głupotą.

Całe eliminacje to nie jeden mecz...

- Można przegrać i przegrać. W sposób haniebny, czyli rywalizując z San Marino, lub jednym punktem, bo Łotysze wygrali ostatni mecz, którego wygrać nie powinni.

Czyli przegraliśmy z godnością?

- Uważam, że tak. Poza porażkami ze Szwecją będącą dziś znacznie lepszym zespołem, to my we wszystkich spotkaniach mieliśmy przewagę. Nawet w nieszczęsnym pojedynku z Łotwą, w którym mieliśmy po prostu pecha.

Takie analizy nigdy nie będą motywujące, jeśli będziemy szukać plusów w każdej porażce. Na początku roku celem było wyjście z najsłabszej grupy w historii eliminacji, a nie budowa drużyny...

- Może i tak. Ale moim zdaniem trener nie może pracować w stresie, jak taki jeden z ligi, który po każdej zmianie z niepewną miną spoglądał na prezesa robiącego notatki. Musi mieć zaufanie przełożonego. I Janas je ma.

No właśnie. Wierzy Pan głęboko w potęgę polskiej myśli szkoleniowej, nigdy nie chciał słyszeć o zatrudnieniu obcokrajowca. A co "polska myśl" - poza incydentalnym sukcesem Engela - w ostatnich latach osiągnęła? Przecież prowadzącego Wisłę Henryka Kasperczaka trudno do niej zaliczyć...

- No, w końcu grał w reprezentacji Polski i przy panu Kazimierzu się uczył...

Rozmawiajmy serio.

- Więc powiem, że nie wystarczy, by szkoleniowiec był zagraniczny. To niczego nie przesądza.

Nie odpowiedział Pan na pytanie o sukcesy "polskiej myśli szkoleniowej".

- Jeśli chodzi o szkolenie młodzieży, to nie ma lepszej na kontynencie, ponieważ to my wygrywamy większość mistrzostw Europy, to nas pytają, czy Globisz mógłby pojechać na wykłady, czy Zamilski mógłby im dać kilka rad.

Mierzy Pan klasę trenera liczbą zaproszeń na wykłady? To brzmi jak kiepski dowcip.

- Dlaczego? Jeśli federacja angielska zaprasza naszych szkoleniowców na wykłady dla angielskich, nawet w kategorii juniorów, to jest dla mnie przyjemne.

Ale dla kibiców nie. Oni widzą wyniki poważnych drużyn...

- Trener obcokrajowiec też nie gwarantuje wyników. Dam panu przykład. Wybitny fachowiec Nevio Scala rzucony do Szachtara Donieck za ogromne pieniądze został stamtąd wypędzony w haniebnych okolicznościach.

Nie apeluję o zatrudnianie Scali. Zastanawiam się tylko, czy prezes PZPN wykorzystuje wszystkie możliwości pomocy reprezentacji, czy pewnych wariantów nie odrzuca zbyt szybko, odbierając jej jedną z szans.

- Przecież wszyscy wiedzą, że rozmawiałem z trenerem Liczką. Dziś mogę już ujawnić, że spotkaliśmy się konspiracyjnie w polskiej części Cieszyna, w restauracji Myśliwska. I byłem dość bliski związania się z tym trenerem. Był jednym z głównych kandydatów.

Gdzie Pan jeszcze szukał?

- Rozmawiałem z prezesem jugosłowiańskiej federacji Stojkoviciem, prosiłem, by zarekomendował mi kilku trenerów. Zrobił to, trochę pomagał Zbigniew Boniek. Tak czy owak nie zgadzam się z filozofią "Gazety", że trener zagraniczny będzie panaceum na bolączki polskiej piłki.

Nigdy czegoś takiego nie napisaliśmy...

- ...widocznie źle odczytałem...

...chcieliśmy natomiast, by uczciwie przeanalizować wszystkie warianty, a nie wykonywać pozorowane ruchy. Pan mówi o pojedynczym przypadku Scali, ja mogę przytoczyć przykłady bardziej przekonujące. Jak Turcja, w której błyskawiczny rozwój w górę futbolu rozpoczęło m.in. masowe ściąganie trenerów niemieckich, w ich ślady poszli Grecy, którzy z trenerem Rehagelem awansowali do ME.

- Nawet wiem, jak osiągnął sukces - wyrzucił czterech najlepszych graczy, oczyścił atmosferę, a teraz sami błagają, by wziął ich na mistrzostwa Europy. Ale np. Panathinaikos? Sprowadził szkoleniowca z Izraela i poniósł porażkę.

Pan wciąż wynajduje jednostkowe przypadki, a ja mówię o całym wizerunku piłki w tych krajach, który się poprawił w stopniu do niedawna niewyobrażalnym dla samych Greków i Turków.

- W Turcji przede wszystkim poprawił się dzięki pomocy państwa, oddłużaniu klubów, zwalnianiu piłkarzy z podatków etc. Tam każdy niekulawy młody człowiek garnie się do piłki, na wsi rodziny zmuszają dzieciaki do trenowania futbolu, bo wiedzą, że za kilka lat, nawet grając w drugiej lidze, utrzyma ich wszystkich.

Wszystko rozumiem, ale finanse to atut mniej więcej tak istotny jak trener. Sam Pan opowiada o Rehagelu, który nie był ani do nikogo uprzedzony, ani nikogo nie traktował jak świętą krowę...

- To rzeczywiście dobry przykład, bo miejscowy fachowiec pewnych rzeczy by się nie odważył zrobić. Dlatego podkreślam - nigdy nie twierdziłem, że wykluczam obcokrajowca. Liczka był jednym z moich faworytów, choć np. nie podobało mi się to, że chciał ściągnąć całą swoją ekipę, do piątego masażysty włącznie. Kiedyś widziałem to w Katarze - przyjeżdżali tam Brazylijczycy, pierwszy trener, asystent, kierownik drużyny, cała ciżba niepotrzebnych pasibrzuchów.

A jednak polskim szkoleniowcom wystawił Pan bardzo surową ocenę, do sukcesów zaliczając jedynie wyniki juniorów.

- Rzeczywiście, przykre, że nasi trenerzy nie pracują w liczących się krajach, jak Jugosłowianie Czesi, Skandynawowie. A my Syria [Wójcik - red.], Sudan [Łazarek -red.], nawet tak wybitny trener jak Antek Piechniczek skończył w Arabii Saudyjskiej, Emiratach Arabskich. Nasze najwyższe osiągnięcie to Kasperczak w w Tunezji, niezłym zespole, choć nie wybitnym.

Kasperczak to nie jest polski trener...

- Uważa an, że jak wygrywa, to już nie polski? Dziwna metoda.

Spędził całą karierę za granicą, z ducha i wykształcenia jest zagranicznym.

- Trochę racji w tym jest. Dlatego zgadzam się, jeden zagraniczny trener, owszem, ale powinien być otoczony Polakami, którzy będą się przy okazji od niego uczyć. Żeby nie było jak w Katarze.

Podoba się Panu 14-zespołowa pierwsza liga?

- Na dzisiejsze czasy tak, przy mizerii finansowej w klubach. Gasimy pożary co chwilę.

26 meczów to bardzo mało, zwłaszcza że niewiele klubów gra w pucharach, szybko odpadają etc...

- Zgadzam się, że nasi piłkarze za mało grają. Walne zgromadzenie w przyszłym roku może to zmienić.

Co Pan zaproponuje?

- Oprę się na opinii klubów i wydziału szkolenia.

Ale ma Pan chyba swoją opinię?

- Powinno być więcej meczów. Tyle wiem. Ale widząc, co się dzieje ze stadionami, że w drugiej lidze pojawiło się kilka bardzo dobrze zorganizowanych, stabilnych, bliższy jestem do powrotu do 16.

Uzależnia Pan liczbę pierwszoligowców raczej od zaplecza organizacyjno-finansowego niż klasy sportowej?

- Tak. Ale jedno napędza drugie. Jak klub będzie miał stałe dochody, niezły stadion, to i piłkarze się znajdą. Liczka twierdził, że Polska generalnie ma bardziej utalentowanych i więcej piłkarzy niż Czechy, natomiast ma gorszy system selekcji i szkolenia.

Za ten system to już Pan odpowiada.

- Tak. Dlatego właśnie go zmieniamy, dlatego tworzymy - na co mamy zielone światło od Ministerstwa Edukacji - 16 ośrodków szkolenia młodzieży w 16 województwach, które będą tak samo wyposażone - internat, trzy boiska trawiaste, jedno sztuczne, oświetlone. Pracować będą tam trenerzy PZPN, bo do tej pory w terenie szkolą miejscowi, na których nie mamy wpływu. Możemy powiedzieć, że coś źle robią, ale nic więcej. Chcemy więc - i znaleźliśmy na to pieniądze - by to byli nasi ludzie, jak będą źle pracowali, to ich zwolnimy. Nie ukrywam, że ukradliśmy ten pomysł Francuzom. Chcemy, by szkolenie było wszędzie takie samo, tzn. jeśli w Zielonej Górze przez dziesięć dni pracuje się nad wytrzymałością, to w Białymstoku też.

Może wreszcie reprezentacje wszystkich kategorii wiekowych będą grały tym samym systemem?

- Walczę o to.

Co to znaczy "walczę"? Nie można pewnych rzeczy nakazać? To po co Wydział Szkolenia?

- Rzeczywiście, mam trochę żalu do WS, że to idzie zbyt wolno, bo przecież można było wziąć trenerów i powiedzieć np.: "panowie, macie wszyscy grać trójką w obronie", nawet kosztem porażki U-15 z Rumunią 0:3.

Takie to proste, a Pan ma do WS tylko "lekki żal"!? Może potrzeba więcej zdecydowania?

- Może tak, może jestem za miękki. Ale ja od zawsze byłem zwolennikiem gier zespołowych, nie znosiłem indywidualnych. Dlatego wolę dzielić zadania. Jeżeli uznałem, że wiceprezes Henryk Apostel jest najbardziej kompetentny do spraw szkoleniowych, to wierzę, że z obowiązków wywiązuje się dobrze. Wyrażam oczywiście opinie, ale przecież nigdy nie byłem trenerem.

To ma Pan w końcu głębokie przeświadczenie, że jednolity system dla wszystkich grup wiekowych jest niezbędny, czy nie?

- Oczywiście. Przypominam to pionowi szkolenia, ale przekonują, że to nie takie proste, że 15-latków nie można obarczać takimi zadaniami taktycznymi jak 18-latka.

Przecież można pewne rzeczy wprowadzać wolniej, stopniowo. Niech się Pan nie wykręca szczegółami...

- Dobrze, wytłumaczmy to tak, że jestem w tej sprawie trochę za miękki.

Może ta miękkość, uległość to zbyt poważna wada jak na prezesa?

- Może za łatwo mnie przekonać. Ale ja uważam, że przyszły szef PZPN powinien być bardziej ambasadorem i politykiem, reprezentować związek na zewnątrz, w strukturach międzynarodowych, wobec rządu polskiego i innych organizacji, mieć masę czasu na lobbing, chodzenie po samorządowcach, a nie zajmować się codzienną działalnością jak teraz. Mój poprzednik Marian Dziurowicz lubił ręczne sterowanie, lubił decydować, czy sprzątaczką będzie pani Wiesia, czy pani Krysia, ale to paranoja. Wiceprezesem szkoleniowym powinien być za to człowiek z całościową koncepcją, którą będzie sam realizował.

Widzi Pan kandydata?

- Henryk Apostel byłby idealnym dyrektorem sportowym wszystkich reprezentacji narodowych, ponieważ ma ogromną wiedzę trenerską. Wiem, że jego rozmowy z Janasem czy Klejndinstem dużo im dały. Mam nadzieję, że się Heniu na mnie nie obrazi, nie zwolnię go do ostatniego dnia prezesury. Natomiast co do wiceprezesa, to myślę o Antku Piechniczku, który jest świetnym pedagogiem, wykłada na uczelni, umie przekazywać wiedzę. To idealny człowiek odpowiedzialny za koncepcję.

Jeśli zostanie Pan prezesem ambasadorem, to już nikt nie zmusi pionu szkolenia, by wprowadził jednolitą taktykę w zespołach juniorskich...

- Zostawmy to szkoleniowcom. Chyba nikt się nie odważy powiedzieć, że znamy się lepiej na szkoleniu od Apostela, Strejlaua, Piechniczka, Jezierskiego, Kuleszy czy Lenczyka. To wybitni ludzie, którzy osiągnęli bardzo wiele.

Co osiągnął trener Apostel?

- Z Lechem był mistrzem Polski, walczył o Ligę Mistrzów w słynnych meczach z Barceloną, z reprezentacją było średnio, ale z Francją czy Rumunią osiągał niezłe rezultaty. Zresztą, niech pan zaproponuje lepszych.

Ja nie chcę być prezesem.

- Mnie się wydaje, że w PZPN-ie za mało dynamicznie wchodzi młode pokolenie, to komputerowo-internetowe. Wyjątkiem jest Edek Klejndinst, który pracuje głównie na komputerze, przywozi różne programy, dokształca się itd. Natomiast Wydział Szkolenia przekształcił się w trochę w Radę Starszych, ogromnych autorytetów, a do młodych trenerów nie trafiają. Niedawno ktoś się skarżył, że młodzi szkoleniowcy na kursie nie kupowali książek, nie brali nawet tych za darmo. Ale ci faceci pewnie już nie wiedzą, jak się czyta książki, przecież to pokolenie CD-Romów. Musi dojść do tego, że każdy trener reprezentacji młodzieżowej ma komputerowy program szkolenia drużyny i pracuje z dzieciakami przy monitorze, a nie tablicy z kredą w ręku.

Dlaczego tak się Pan upiera, by wybory odbyły się dopiero w grudniu przyszłego roku, pół roku po upływie kadencji?

- Mi jest wszystko jedno, ale nie mogę zmusić prezesów związków wojewódzkich do przyspieszenia swoich wyborów. Jeżeli w Bydgoszczy kadencja upływa w lipcu, to ja nie mam prawa powiedzieć "skróć o pół roku, bo my musimy swoje przeprowadzić".

Nie ma Pan siły perswazji?

- Mógłbym spróbować, ale dbam o finanse, a na przełomie listopada i grudnia będziemy obchodzić 80-lecie związku, więc byłoby chyba rozrzutnością organizowanie najpierw zjazdu - 200 ludzi musi zjeść, trzeba zwrócić im koszty podróży, diety - a potem tych samych ludzi ściągać na jubileusz. A świętować trzeba, to tak jak z rocznicą ślubu - żona nie uzna tłumaczenia o pustej kasie.

Jak Pan będzie przekonywał teren?

- Argumentami. Nie będę przekupywał, nie ma zresztą czym. Marchewką będzie tych 16 ośrodków młodzieżowych. Jeśli ludzie zobaczą, że już wkrótce w każdym województwie powstanie kompleks szkoleniowy z boiskami, zapleczem internatowym, socjalnym i trenerami zatrudnionymi za nasze pieniądze, to chyba niezła marchewka.

Boi się Pan jakiegoś rywala?

- Nie widzę lepszego, ale to nie świadczy o mojej megalomanii. Po prostu nie czuję się gorszy od kandydatów, o których mówi się dzisiaj w mediach - panów Nurowskiego, Stanka, Piechniczka. Moją przewagą jest pozycja międzynarodowa. Niektórzy mówią, że konsumuję ją dla siebie, bo sobie jeżdżę w różne miejsca, wszyscy mnie znają i poklepują, ale dzięki moim staraniom udało się uzyskać około dwóch milionów euro pomocy - na wakacje piłkarskie dla dzieci, na turniej Wielgusa, na odbudowę stadionów zalanych przed powódź.

Boniek?

- Wydaje mi się, że on sam tego nie chce, bo nigdy nie będzie typem urzędnika, którego się da przykuć do biurka.

Sam Pan mówi, że potrzebujemy prezesa ambasadora, który nie będzie przykuty do biurka.

- Ale on ambasadorowania też nienawidzi. Jest w komisji FIFA, parę razy byłem z nim na posiedzeniach i widziałem, jak się męczy. Nienawidzi zebrań, rautów, bankietów, oficjałek.

Czyli wszystkiego, co Pan uwielbia...

- Tak. Nawet mówił, że podziwia, jak znoszę te same przemówienia, te same gęby, te same krawaty. Zbyszek to są drożdże polskiej piłki. Jeśli do wypieku dołożymy za dużo drożdży, to ciasto wypadnie z brytfanny, a jeśli nie damy drożdży, to dostaniemy niejadalny zakalec. Jest potrzebny, z tego, co słyszałem, to przymierza się do rządzenia ligą polską. Niepokoję się, że PALP jest w tyle organizacyjnie w stosunku do innych krajów, a także polskich lig siatkówki czy koszykówki. Nie ma sponsora tytularnego, a mają go na Węgrzech, w Rosji, Bułgarii. Zbyszek byłby idealny, bo nie znam nikogo, kto lepiej się czuje w negocjacjach.

Hasło wyborcze?

- Niech mi pan podpowie... Moją zaletą jest, że jestem przewidywalny. Nie zaskoczę ludzi wariactwem, rewolucyjnym pomysłem. Bardzo długo działam w sporcie, zawsze byłem typem organizatora. Organizowałem już mistrzostwa we własnej szkole. I wiem, że sport - a piłka w szczególności - nie znosi rewolucji.