Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Dariusz Wołowski: Król umierać ani myśli

Wisła Kraków jest w naszej piłce wyjątkiem do tego stopnia, że jej porażki z przeciętnym Anderlechtem przeżyliśmy boleśniej niż całe wcześniejsze sześć lat niepowodzeń polskich klubów w walce o Champions League. Mistrz Polski przegrał, na dodatek wydawał się rozbity. "Umarł król, niech żyje król" - napisaliśmy nawet w "Gazecie" przed meczami I rundy Pucharu UEFA, sugerując, że wodzirejem w polskiej piłce klubowej będzie teraz Groclin.

Nie tak łatwo. No bo kto wciąż gra w naszej lidze najpiękniej, najpłynniej, najlepiej prowadzi atak pozycyjny, najdłużej potrafi utrzymać się przy piłce? Kto, wygrywając nawet 4:0, do ostatnich chwil bije się o piątą bramkę? Wisła Kraków. Tak było w niedzielę w meczu z Dospelem.

Na dodatek odradzający się mistrz Polski (bez Kosowskiego, Kuźby, Uche, a nawet bez kontuzjowanych Głowackiego i Cantoro) przełamuje stereotypy. Zawsze uchodził za zespół dobry, ale miękki. Pamiętacie mecz z Legią w Warszawie? Porażka 1:4 miała być początkiem końca mistrza, tymczasem łatwiej otrząsnął się on po klęsce z Legią niż Legia po triumfie nad nim. Dziś Wisłę i Legię dzieli w tabeli 5 pkt. No więc jeśli komuś brakuje charakteru, to raczej nie mistrzowi Polski.

Wisła się nie daje, i dobrze. Bo rozwój piłki klubowej nie ma polegać na tym, żeby jeden dobry zespół zastępował drugi, ale na tym, żeby tych dobrych przybywało. Gdybyśmy dziś mieli w lidze pięć klubów takich jak Wisła, pięć jak Groclin, pięć jak Legia i Amica, to liga mogłaby nawet liczyć 20 drużyn, jak w Hiszpanii czy Anglii, i nikt by z tego powodu nie narzekał.

W każdym razie król nie umarł. Na całe szczęście.