Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Christmas Truces, czyli cicha noc futbolu

Bramki robili z hełmów, płaszczy, patyków. Piłki z tego, co znaleźli w okopach. Chęć gry była jednym z pierwszych odruchów, gdy w Boże Narodzenie na chwilę uciekli od piekła. Jedna z najpiękniejszych sportowych bajek kończy właśnie 100 lat
Pomnik stoi od kilkunastu dni i jest bardzo skromny: mała piłka na niewysokim słupie. Piłka wygląda jak ubłocona, słup jak pordzewiały i rozłupany. Wokół są pola, lasy, cmentarze i pomniki wojenne Flandrii. Jeśli rzeczywiście się zdarzyło, że żołnierze między zasiekami I wojny światowej zagrali tutaj w piłkę z wrogami z przeciwnej strony okopów, to grali na zamarzniętym błocie ziemi niczyjej, w ciężkich butach, na kawałku pola najmniej podziurawionym pociskami. Brudni, niewyspani, zmęczeni. Bez sędziego, to oczywiste, ale czasem i bez reguł. Nie po kilkunastu w drużynie, ale nawet kilkudziesięciu.

Kibice, poruszeni wspomnieniami weteranów o tamtych meczach, od dawna składali szaliki właśnie tutaj, w Ploegsteert. Niedaleko dzisiejszego pomnika, pod prostym niskim krzyżem. Postawionym w 85. rocznicę Christmas Truces, bożonarodzeniowych rozejmów z pierwszego roku I wojny światowej. Ploegsteert leży około dziesięć kilometrów od Ypres, niedaleko granicy Belgii z Francją. Tu podczas pierwszej wojny światowej bronili zajętych pozycji Brytyjczycy. Ploeg to może znaczyć po flamandzku: drużyna. Ale może też: pług. Brytyjczycy nazywali to miejsce po swojemu: Plug Street.

Z piłką w okopie

Całkiem możliwe, że najsłynniejszy mecz Brytyjczyków z Niemcami - czy raczej Tommych z Fritzami, bo tak o sobie mówili - odbył się nie tutaj, a w Wulverghem, sześć kilometrów na północny zachód. Jeśli się odbył. Ale symbolem pozostało Ploegsteert. Tutaj UEFA odsłoniła ten wspomniany pomnik na setną rocznicę, na tutejszym polu była specjalna ceremonia z udziałem Michela Platiniego, tu się odbyła uroczysta rekonstrukcja wydarzeń sprzed stu lat. Oprócz UEFA o pamięć zadbali głównie Brytyjczycy. Premier League koło Ypres zorganizowała międzynarodowy turniej młodzieżowy, z reprezentacjami krajów, które wtedy miały swoich żołnierzy na miejscowym froncie. A kluby z Wielkiej Brytanii organizowały swoje ceremonie, by upamiętnić tę, jak ją nazwano, "Cichą noc futbolu". I wspomnieć swoich poległych z tamtej wojny.

Było kogo i co wspominać. Z pięciu tysięcy ówczesnych brytyjskich piłkarzy na front zaciągnęły się aż dwa tysiące, czasem całymi drużynami. Z dzisiejszego Leyton Orient, wówczas zwanego Clapton Orient, na froncie wylądowało 40 piłkarzy i pracowników klubu. Szkoci z Hearts of Midlothian wysłali do walki całą drużynę, dając przykład innym. Chelsea przez lata była nazywana nie "The Blues", ale "The Pensioners", od słynnego domu opieki dla weteranów, stojącego niedaleko Stamford Bridge. Po okopach pierwszej wojny krążyły legendy o oddziałach rzucających przed siebie piłkę, gdy zaczynały szturm. O dowódcach obiecujących specjalną nagrodę dla tych, którzy "zagrają w piłkę w okopie wroga". Ale przede wszystkim krążyły legendy o tych meczach: brytyjsko-niemieckich, spontanicznych, w zmarzniętym błocie, w Boże Narodzenie 1914. Po odśpiewaniu kolęd, złożeniu sobie życzeń. Dziś jest tych legend tyle, że można pomyśleć iż w Boże Narodzenie 2014 wojna w okopach Flandrii i Francji stanęła na chwilę głównie po to, żeby można było pograć w piłkę.

"Gdybym tego sam nie widział, to bym nie uwierzył"

W tegorocznej świątecznej reklamie Sainsbury's, długiej, nakręconej z rozmachem, całej poświęconej bożonarodzeniowym rozejmom sprzed stu lat, kopie się piłkę. Z piłką w ręce wspominał tamte wydarzenia premier David Cameron. W sportowe obchody włączył się książę William, był niedawno na odsłonięciu pomnika-piłki w Stafford (ten pomnik to piłka upleciona z drutu, a w środku są dwie dłonie w uścisku). Im więcej czasu mija, tym więcej piłki w Christmas Truces. W rocznicowym filmie UEFA tamten bożonarodzeniowy rozejm zamienia się właściwie w piłkarską opowieść wigilijną, o tym jak sport łączy. Bobby Charlton, Didier Deschamps. Wayne Rooney, Paul Breitner, Hugo Lloris, Bastian Schweinsteiger i inni byli i obecni słynni piłkarze czytają w tym filmie fragmenty pamiętników żołnierzy i listów z okopów. Walijczyk z Realu Madryt Gareth Bale odczytuje taki fragment: "Gdybym nie widział na własne oczy, jak Boże Narodzenie podziałało na te dwie linie okopów, nigdy bym w to nie uwierzył".



Zdjęcie, którego nie ma

I jeśli chodzi o futbol, to wielu nie wierzy. Historycy nie kwestionują, że żołnierze grali na froncie. W swoich oddziałach. Jest przecież słynne zdjęcie z grupą uganiającą się za piłką, z żołnierzami skaczącymi do główki. Ale w mecze Brytyjczyków z Niemcami podczas Christmas Truces niektórzy badacze powątpiewają. Nawet w ten najsłynniejszy, z Wulverghem, ze zwycięstwem Fryców 3:2. Mimo zapisków w pamiętnikach m.in. Niemca Johannesa Niemanna, wspomnień brytyjskiego szeregowego Erniego Williamsa, listów z frontu, w których się to 3:2 powtarza, notek w brytyjskiej prasie z tamtych dni. Uważają, że dowodów jest za mało, że wspomnienia mogą być zawodne, że wiele osób może przekazywać tę samą frontową legendę. Zwłaszcza że wersje są różne. W jednej piłkę na pewno przynieśli Niemcy, w innej Brytyjczycy, bo jednemu z nich rodzina przysłała taki prezent. W jednej bramkami były sterty płaszczy, w innej hełmy. Jedni wspominają coś rzeczywiście przypominającego mecz, inni - jak Ernie Williams - wielką kopaninę, do której mogło ruszyć nawet kilkuset żołnierzy. Niemann wspomina, że mecz, który oglądał, skończył się wspólnym pozowaniem Brytyjczyków i Niemców do zdjęcia. Problem w tym, że nikt tego zdjęcia nie widział.

Kapral Hitler pyta: W piłkę? Honoru nie macie?

Tak czy owak, piłki na pewno w tamte święta poszły w ruch. I nie w jednym, a wielu miejscach wzdłuż frontu zachodniego. Więc i rozejmowych meczów, do których dołączyli żołnierze wroga, też mogło być więcej. To nie był oficjalny rozejm. To był czas, gdy szeregowi zrobili wbrew swoim generałom i wymusili taką przerwę, a ich lokalni dowódcy zgodzili się przymknąć na to oko. Takie rozejmy udało się osiągnąć na kilkudziesięciu odcinkach frontu w samej Flandrii, we Francji. I na różnych warunkach. W jednym miejscu od Wigilii, gdzieś indziej od Bożego Narodzenia. Gdzieś na 24 godziny, gdzieś na 48 godzin, gdzieś aż do Nowego Roku. A bywały miejsca, gdzie się nie udało nawet na chwilę. Gdzie posłańcy ginęli, bo druga strona rozejmu nie chciała. Są listy o grze w piłkę, ale są i takie w których brytyjscy żołnierze opisują, jak Niemców wychodzących z okopów z kolędą na ustach zgarniali serią strzałów, bo Fritze tylko na to zasługiwali. W Boże Narodzenie tamtego roku w okolicach Ploegsteert zginęło ponad 250 żołnierzy. Kapral Adolf Hitler, który święta 1914 r. spędził, chroniąc się w podziemiach opactwa koło Ypres, kolegów opowiadających o tym, że zagrali w piłkę z Brytyjczykami, miał pytać: - Podczas wojny? Czy wy nie macie choć krzty niemieckiego honoru?

Dowództwo przysyła choinki

Wojna trwała od pięciu miesięcy. Liczba ofiar szła już w setki tysięcy. Podupadły nadzieje na szybki koniec, na jakąś rozstrzygającą ofensywę. Słabła wiara w przewagi własnej armii, w geniusz dowódców, we wszystkich tych, którzy mówili: przed świętami będziecie w domach, jako bohaterowie. Wojna utknęła w okopach, ciągnących się już na kilkaset kilometrów, od Morza Północnego po granice Szwajcarii. W niektórych miejscach walczące strony były w tak bliskim klinczu, że żołnierze mogli się usłyszeć z okopów. Grudniowe dni w wielu oddziałach upływały na szarżach, które dowódcy zarządzali tylko po to, by się wykazać. Bez przemyślanego planu, z wieloma ofiarami, bez czasu na pogrzebanie poległych kolegów. Tak nadeszło pierwsze Boże Narodzenie wojny. Pojawiały się w tym czasie głośne apele o świąteczne rozejmy, do przerwania walk i uszanowania tych dni wzywał m.in. papież Benedykt XV. Ale wojskowi tego nie posłuchali, niektórzy dowódcy zagrozili żołnierzom karami, jeśli do rozejmów dojdzie. A niemieckie dowództwo - Niemcy akurat byli skłonni papieskiego apelu posłuchać - by podnieść morale przysłało do okopów tysiące małych choinek. I wbrew intencjom generałów, te choinki, przystrojone świeczkami, stały się jednym z symboli Christmas Truces. Czasem od tego się właśnie zaczynało sondowanie przeciwnika w sprawie rozejmu: od wystawienia choinki ponad okop. A gdzieś indziej od odśpiewanej kolędy. Na "Stille Nacht" z niemieckiego okopu Brytyjczycy odpowiadali ze swoich okopów dźwiękami "Silent Night", bili brawo, albo krzyczeli do Niemców, by śpiewali jeszcze. Czasem, jak to opisał porucznik Kurt Zehmisch w dzienniku, odnalezionym cztery lata temu przez jego syna na strychu rodzinnego domu (cytuje ten dziennik Michael Jürgs w książce "Der Kleine Frieden im Grossen Krieg"), wystarczył gwizd. Brytyjczycy odpowiedzieli gwizdem, Niemcy nabrali odwagi, by się wychylić z okopu i za chwilę wysłannicy ściskali sobie dłonie na ziemi niczyjej, składali życzenia i obiecywali nie strzelać podczas świąt.



"We good! We no shoot!"

Zwykle to właśnie Niemcy sondowali pierwsi. Przede wszystkim tam, gdzie się biły oddziały żołnierzy z Saksonii czy Bawarii, katolików najmocniej przywiązanych do wigilijnych tradycji. A Brytyjczycy, walczący na obcej ziemi, reagowali na te próby dużo życzliwiej niż miejscowe oddziały z tej części frontu: Belgowie, Francuzi. Dlatego Christmas Truces pozostały opowieścią o rozejmach przede wszystkim niemiecko-brytyjskich. Wielu niemieckich żołnierzy znało Anglię, było tam za pracą, poznało choć trochę język. Porucznik Zehmisch wspomina żołnierza Möckla ze swojej kompanii, który pierwszy zawołał do przeciwników po angielsku i zaczął rozmowy o przerwaniu ognia. Zehmisch opisuje i innych żołnierzy, którzy przed wojną pracowali jako taksówkarze czy golibrody w Anglii. Niektórych do powrotu zmusiła dopiero wojna, niektórzy zostawili w Anglii rodziny. Niektórzy grali na Wyspach w piłkę, albo chodzili na mecze. Tacy jak oni w różnych miejscach frontu krzyczeli z okopów kaleczonym angielskim np.: "We good! We no shoot!", albo wystawiali tabliczki z podobnymi napisami. A gdy już obie strony przełamywały obawy przed zasadzką i spotykały się na ziemi niczyjej, mogły razem pokpić z Prusaków, którzy ich do tej wojennej awantury popchnęli. Żołnierze składali sobie życzenia, dawali prezenty. Czasem papierosy czy piwo, czasem po prostu guzik od munduru na pamiątkę. Rozmawiali, pokazywali sobie fotografie dziewczyn, które musieli zostawić dla wojny, śpiewali. I, chcemy wierzyć, grali razem w piłkę. Nawet gdy piłki nie było i trzeba było kopać zwinięte szmaty, pudełko po marmoladzie albo zwój słomy. A wszystkim tym wpędzali w popłoch swoich generałów.

Powrót do zabijania

Generalskie obawy okazały się jednak na wyrost. Żołnierze wcześniej czy później wrócili do zabijania się nawzajem. Dowódcy zadbali, by świąteczne rozejmy już się nie powtórzyły. Jedni grozili za to karami śmierci, inni - jak Brytyjczycy - serwowali na następne Boże Narodzenia wzmożony ostrzał artyleryjski, albo starali się nie dopuszczać, by żołnierze tkwili zbyt długo w tych samych okopach i mieli okazję lepiej poznać wroga. Niemcy ledwie kilka miesięcy po Christmas Truces zaczęli w tych okolicach ataki chemiczne, wojna stawała się coraz bardziej nieludzka.

Tym większy jest dziś sentyment do tego, co się w tamte święta 1914 roku stało. A z nim - coraz silniejsze przekonanie, że jednak udało się wtedy zagrać w piłkę ponad podziałami. Póki na jakimś strychu nie znajdzie się choćby pomeczowe zdjęcie opisane przez Niemanna, pewności że to się zdarzyło, nie będzie. Ale wiemy, że mogło się zdarzyć, i chcemy wierzyć że tak było. Jakby na to nie patrzeć, to już jest zwycięstwo sportu.

Brytyjczycy i Niemcy upamiętniają "bożonarodzeniowy rozejm" [ZDJĘCIA]


Więcej o: