Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Rafał Stec: Co dalej z europejską piłką

Być może już za kilkanaście lat połowa piłkarzy reprezentacji Polski będzie pochodzić z Afryki, a mistrzostwo Europy zdobędzie drużyna bez ani jednego ?rdzennego? Europejczyka.
Pracownicy europejskich konsulatów w państwach Ameryki Południowej i Afryki są albo bardzo naiwni, albo niezbyt uczciwi. Konia z rzędem temu, kto inaczej wytłumaczy łatwość, z jaką dawali wiarę bajkom piłkarzy z Ameryki Południowej o przodkach, którzy przed wieloma laty rzekomo wyemigrowali z Europy na ich kontynent. Trudno uwierzyć, że przez kilka lat niczyich podejrzeń nie wzbudziło to, iż co drugi piłkarz starający się o wyjazd do Włoch czy Hiszpanii znajdował w swojej rodzinie europejskie korzenie.

Jedna Unia, ale co kraj, to obyczaj

O przypadkach posługiwania się fałszywymi paszportami agencje informowały już w ubiegłym roku. Mało kto pamięta, że do rozpętania afery przyczyniła się m.in. polska Straż Graniczna, która przy okazji jesiennego meczu Polonia - Udinese zatrzymała dwóch brazylijskich piłkarzy tego klubu - Warleya i Valentina Alberto. Teraz o fałszerstwo podejrzewa się nie tylko tych, dla których oszustwo było jedyną szansą na zdobycie miejsca w składzie drużyny z silnej ligi zachodniej. Takie nazwiska jak Veron (sąd nie rozstrzygnął jeszcze jego przypadku) czy znajdujący się w ścisłej czołówce najlepiej zarabiających piłkarzy globu Alvaro Recoba (musiał wrócić do Urugwaju) to absolutna ekstraklasa światowa.

Trudno jednak opędzić się od myśli, że UEFA sama sobie zgotowała ten los, rezygnując z wprowadzania jakichkolwiek limitów na wystawianie obcokrajowców spoza Unii w międzynarodowych rozgrywkach. Bo w świetle obecnie obowiązujących przepisów nic nie stoi na przeszkodzie, by w Lidze Mistrzów Juventus wystawił np. 11 Nigeryjczyków.

Te zasady są sprzeczne z przepisami rządzącymi rozgrywkami w krajach UE, w których ograniczenia są. Efekt? Po pierwsze, kluby muszą zatrudniać zawodników spoza wspólnej Europy, nie oglądając się na limity ligowe, by podołać coraz bardziej zaciętej konkurencji międzynarodowej. A jeśli już jakiś włoski klub ma w składzie siedmiu takich piłkarzy, trudno mu pogodzić się z koniecznością rezygnacji z kilku z nich w meczach Serie A. Wiceprezydent Milanu Galliani już minionego lata grzmiał, że limity są archaiczne i nie pasują do wyzwań globalizacji. Dlaczego? Bo mediolańczycy ostrzyli sobie zęby na obrońcę Dynama Kijów Kachę Kaładze. Byłby on jednak szóstym piłkarzem w klubie spoza UE, a do rozgrywek o mistrzostwo Włoch można zgłosić "tylko" pięciu.

Po drugie, przepisy w poszczególnych krajach różnią się od siebie, co stawia niektóre kluby w korzystniejszej sytuacji. W Primera Division na mecz można wystawić czterech "nie-Europejczyków", w Serie A tylko trzech. W Portugalii Brazylijczycy traktowani są jak rodzimi gracze, w Anglii piłkarz musi spełniać bardzo rygorystyczne warunki, m.in. być powoływany odpowiednio często do drużyny narodowej. Wiele zależy od związków zawodowych piłkarzy, które np. na Półwyspie Apenińskim jak lwy bronią interesów rodzimych graczy.

Piłkarze jak filmowcy

Pierwszym klubem, który odnosił wielkie sukcesy, opierając grę na obcokrajowcach, był obwołany drużyną XXI wieku Milan. W dużej mierze dzięki tercetowi Frank Rijkaard - Ruud Gullit - Marco van Basten na przełomie lat 80. i 90. nie miał w Europie konkurencji. Wtedy jednak z zagranicy ściągało się tylko uznane gwiazdy, nikt nie ryzykował sprowadzenia nikomu nieznanego Argentyńczyka, co do którego nie było pewności, jak szybko (może nigdy?) zaaklimatyzuje się w Europie.

Od kilku lat stopień kosmopolityzacji czołowych zespołów rośnie w postępie arytmetycznym. W 1995 roku finaliści Ligi Mistrzów w decydującym pojedynku o to trofeum wystawili czterech obcokrajowców, w 1996 - sześciu, w 1997 - siedmiu, w 1998 i 1999 - dziewięciu, w ostatniej edycji - jedenastu. Sposób myślenia futbolowych bossów zmienił się diametralnie. Tzw. skauci, czyli osoby odpowiedzialne w klubie za wyszukiwanie nastoletnich talentów, ze skrupulatnością poszukiwaczy złota przeszukują najdalsze zakątki Afryki i Ameryki Południowej.



"Afera paszportowa" - naturalna konsekwencja zmian w polityce kadrowej piłkarskich potęg - szybko może przeobrazić się w zjawisko normalne i powszechnie akceptowane. Kluby będą sprowadzać utalentowanych nastolatków ze wszystkich kontynentów, którzy po pewnym czasie uzyskają obywatelstwo UE w sposób zgodny z przepisami. Skoro drenaż mózgów, czyli sprowadzanie fachowców z innych krajów przez państwa wysoko rozwinięte, jest zjawiskiem jeśli nie błogosławionym (zwłaszcza dla tych, którzy specjalistów tracą), to na pewno zgodnym z prawem i powszechnym, to dlaczego nie ściągać uzdolnionych sportowców? Przecież sport przynosi dochody nie mniejsze niż branża komputerowa czy jakakolwiek inna. A każdy kraj w Unii wcześniej czy później przyzna obywatelstwo człowiekowi, który na jego terenie odpowiednio długo mieszka (tzw. zasiedzenie), założy rodzinę itp. We Włoszech np. wystarcza półroczny staż małżeński, by złożyć wniosek o przyznanie obywatelstwa. Utalentowani reżyserzy z Europy i Azji od lat wyjeżdżają do Hollywood i nikogo nie dziwi, że Lasse Hällstrom robi filmy amerykańskie, a nie szwedzkie.

Swojscy prekursorzy

W czasach political correctness nie wypada mówić o danej z góry wyższości jednej grupy nad inną w jakiejkolwiek dziedzinie. Nikt rozsądny nie będzie polemizował jednak z tezą, że Murzyni mają większe predyspozycje do biegów sprinterskich niż przedstawiciele innych ras, a ich dominacja w NBA czyni dyskusję pt. "Czy są lepsi od białych" bezsensowną. W futbolu nie ma tak wyraźnych różnic, ale wiadomo, że np. w Argentynie i Brazylii rodzi się nieproporcjonalnie dużo talentów. Przyczyny nie leżą oczywiście w genach, ale m.in. w tym, że uboższe od swoich europejskich rówieśników dzieciaki z Rio de Janeiro nie wybierają między futbolem a grami wideo, mają też marne szanse, by zafascynować się sportami zimowymi. No i mają jeszcze jeden, dla szperaczy z Europy bardzo istotny, atut - jako nastolatki są znacznie tańsi niż piłkarze porównywalnej klasy ze Starego Kontynentu.

Zresztą, gdyby nawet ta teza okazała się nieprawdziwa, wyszukiwanie uzdolnionych chłopców na plażach Copacabany zawsze będzie miało sens. Milanowi czy Interowi bardziej opłaci się wytrenować pięciu zdolnych Włochów i pięciu zdolnych Nigeryjczyków niż pięciu zdolnych i pięciu niezdolnych Włochów. Idąc tym tropem, trudno oczekiwać, by jakikolwiek selekcjoner reprezentacji "Azzurich" zrezygnował z wyróżniającego się Afrykanina tylko dlatego, że urodził się w Lagos, a na Półwyspie Apenińskim mieszka od kilku lat. Dlatego futbolu nie ominie zjawisko, które narodziło się jeszcze w czasach, kiedy nikt nie używał pojęcia globalizacja, a dziś obowiązuje we wszystkich dziedzinach - tak jak najzdolniejsi polscy informatycy lądują w Dolinie Krzemowej i pracują na produkt narodowy USA, tak najlepsi piłkarze spoza Europy będą grać nie tylko w klubach, ale i w reprezentacjach krajów Starego Kontynentu.

Prekursorów nie trzeba szukać daleko. Cierpiącą na chroniczny brak napastników reprezentację Polski uratował Emmanuel Olisadebe, jej rywal z eliminacji do MŚ - Norwegia - ma typowanego na gwiazdę Johna Carewa. Trochę innym przykładem jest Francja, która wielonarodowościową drużynę stworzyła dzięki posiadłościom postkolonialnym lub terytoriom zależnym. Jej przykład dowodzi jednak, że multietniczna mieszanka może przynieść sukcesy bezprecedensowe. Mistrzostwo świata i Europy zdobywali przede wszystkim niczym nieprzypominający potomków Galów: Lilian Thuram (pochodzący z Gwadelupy), Christian Karembeu (Nowa Kaledonia), Patrick Vieira (Senegal), Marcel Desailly (Ghana), Youri Djorkaeff (syn emigrantów z Armenii), David Trezeguet (Argentyna) i Zinedine Zidane (rodzice to Berberzy mieszkający kiedyś w Algierii). Czy ktokolwiek oprze się pokusie stworzenia podobnej drużyny?



Oczywiście w wielu wypadkach federacje spoza Europy będą się starały powoływać rodzimych piłkarzy robiących kariery za granicą do drużyn młodzieżowych. Ale ci coraz częściej nie mają ochoty pokonywać tysięcy kilometrów, by zagrać w reprezentacji. Swoim selekcjonerom odmawiali już m.in. Australijczyk Harry Kewell i Nigeryjczyk Nwankwo Kanu, który zrezygnował nawet z występu na igrzyskach w Sydney, a kilku jego kolegów namówiono do przylotu na antypody w ostatniej chwili.