Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Plusy i minusy zakończonego sezonu

Polska liga wreszcie dorobiła się kilku gwiazd, mistrza klasy - jak wierzymy - europejskiej, a zaczęła pozbywać bankrutów. Czy to objawy upragnionej normalności?


W erze telewizyjnych transmisji z najsilniejszych lig europejskich dla wielu kibiców ekstraklasa się nie skończyła, lecz "na szczęście się skończyła". Albo udają, że kochają piłkę, albo tłumaczy ich troska o jej stan. Bowiem nawet gdyby przyszły mistrz nie pobił wiosną Parmy i Schalke i nie napędził stracha Lazio, miniony sezon miał

trochę plusów

Jest mistrz bezdyskusyjny. Została nim Wisła Kraków i nikt nie zadręcza się wątpliwościami, czy o Ligę Mistrzów będzie się bić zespół rokujący największe nadzieje na awans. W Krakowie grają najlepsi piłkarze, na jej ławce siedzi najlepszy trener, pieniędzy nie żałuje bajecznie - jak na polskie warunki - bogaty właściciel, a co najważniejsze, bo w naszych realiach unikalne - sukces przyniosły lata konsekwentnej pracy i dalekowzroczna strategia, która w dodatku mierzy w coś więcej niż krajowe triumfy. Od dawna wiadomo, że obecność naszej piłki klubowej w Europie może dać nam tylko model czeski, norweski czy ukraiński. Czyli hegemonia drużyny tak silnej, że przyciągnie najlepszych graczy innych klubów, a własnych zniechęci do byle transferu zagranicznego.

I tak się stało. Trudno sobie dziś wyobrazić, by jakikolwiek ligowiec odmówił Wiśle, a gwiazdy - poza Kosowskim - nie palą się do wyjazdu. Najlepszy dowód, że myślenie o przyszłości popłaca, to dublet krakowian, który w "erze Cupiała" zdobyli po raz pierwszy.

Było ciekawie, bowiem mimo bezdyskusyjnej przewagi krakowian walka o tytuł pozostawała nierozstrzygnięta niemal do końca. Nie dlatego, że Wisła głupio gubiła punkty, ale dzięki budującej postawie rywali. Odra udowodniła, że polscy piłkarze z nie najwyższej półki potrafią grać "na tak", bezkompromisowo, atrakcyjnie, i to się opłaca. Dospel - że nawet finansowa mizeria może działać stymulująco, a entuzjazm podparty solidną pracą wystarczy, by zawstydzić pławiących się w luksusach (patrz Amica).

O Groclinie piszę osobno - przecież stał się drugą siłą w polskiej piłce. Pilnie jej potrzebujemy, ponieważ - trzymając się wariantu optymistycznego - dzięki ewentualnym występom Wisły już wkrótce do boju o Champions League mogą stanąć dwie polskie drużyny, co jest następnym etapem wspomnianego "modelu czeskiego". Kiedyś praska Sparta pociągnęła za sobą Slavię, a moskiewski Spartak lokalnego rywala - Lokomotiw. Polska jest tego bliższa niż się może wydawać: jeśli w następnym sezonie wyprzedzi w klubowym rankingu UEFA Austrię i Izrael, za dwa lata o LM zagra także wicemistrz kraju.

Dochowaliśmy się wreszcie snajperów z prawdziwego zdarzenia, dzięki czemu rywalizacja o tytuł króla strzelców była pasjonująca. Choć triumf Stanko Svitlicy z Legii, napastnika wolnego jak budowa stołecznego metra, może być dla wielu przygnębiającym świadectwem poziomu rozgrywek, to jednak po wojnie tylko dwukrotnie zdarzyło się (1948 i 1993), by co najmniej trzech piłkarzy strzeliło w sezonie ponad 20 goli. Serbowi można wytykać wady, ale zdobywać bramki to on potrafi, także z rzutów wolnych i karnych (nie pomylił się ani razu).

Są snajperzy, są i gwiazdy. Maciej Żurawski, Marcin Kuźba i Andrzej Niedzielan gonili Svitlicę nieskutecznie, ale ich obecność to i tak wręcz nowa jakość w polskiej lidze. Co prawda Ruud van Nistelrooy wciąż prezentuje dla nich umiejętności cyrkowe, jednak wszyscy zyskali status gwiazd. Żurawski był bliski obrony tytułu, co nie udało się nikomu od 11 lat, bowiem wszyscy natychmiast wyjeżdżali, nie zastanawiając się, czy przenosiny do na przykład ligi belgijskiej są sportowym awansem. Kuźba zrobił wyłom w grupie wracających z nieudanych saksów, którzy zgodnie marnowali talenty i ginęli w ligowej szarzyźnie. Wreszcie Niedzielan nie wyjechał w przerwie zimowej, jak niemal każdy, kto w ostatnich latach błysnął w rundzie jesiennej.

Obcokrajowcy jako kluczowi gracze to także nowość. Svitlica, Kalu Uche czy Mauro Cantoro zburzyli regułę sprowadzania piłkarzy, na których skorzystali tylko transferowi pośrednicy. Choć widzewskimi losami Miodraga Andjelkovicia (reklamowany jako "najlepszy technik polskiej ligi") powinny zająć się cierpiące na twórczą niemoc kabarety...

Prowizorka wreszcie nie popłaca, dzięki czemu "normalnie" zrobiło się też na dnie tabeli. Kibice Pogoni i KSZO rozpaczają, ale z punktu widzenia tzw. interesu polskiej piłki dobrze się dzieje, że z elity wypadają bankruci. Jest nadzieja, że unikniemy tak ponurych spektakli, jak porażka szczecinian z Górnikiem 0:9. Losy zespołów, które statystowały w lidze (czytaj: kompromitowały ją, walkower w ostatniej kolejce to wstyd, a mógł przesądzić o spadku Garbarni...), przypominają, że plusy - odwrotnie niż w tropiącym absurdy "Misiu" - nie powinny

przesłonić minusów.

Największe rozczarowanie to klęska obrońcy trofeum. Kibic spoza stolicy najczęściej za Legią nie przepada, więc pewnie zaciera ręce. Niech jednak pamięta, że stabilność to jedyny sposób, by do Europy weszła także nasza piłka. A warszawianie idealnie wpisali się w trend marnowania tytułów mistrzowskich - najpierw wyprzedali czołowych graczy, jakby rezygnowali z walki o Ligę Mistrzów, a później okazało się, że finansowo i tak ledwie zipią. Jak losy Wisły czy Pogoni zwiastują powrót do normalności, tak sytuacja, w której klub dysponujący jednym z najlepiej rozpoznawalnych znaków firmowych w całym polskim sporcie nie płaci piłkarzom, normalna na pewno nie jest.

Warszawska klapa wpisuje się w jeszcze jedną tendencję - upadku piłki w dużych miastach. Pierwszą ligę stracił Szczecin, wczoraj dołączył do niej Ruch, zyskały Polkowice. Oczywiście, nie ma co się gniewać na Wronki, Grodzisk czy Jaworzno, że osiągnęły sukces. Powtarzam jednak - polski futbol potrzebuje przede wszystkim stabilności, dlatego rosnące w siłę prowincjonalne klubiki to zjawisko niepokojące. Niepokojące, bo brakuje im fundamentów gwarantujących spokojną przyszłość. Mogą urozmaicać ligę, ale jej potęgi raczej nie zbudują. Istnieniu Legii czy Widzewa nic nie grozi, mali zależą od kaprysu właścicieli nie zawsze zaliczających się do fanatyków piłki (pamiętamy efemerydy w rodzaju Miliardera Pniewy). Dlatego szkoda, że ekstraklasy nie ma w Trójmieście, Wrocławiu czy Szczecinie. Szkoda też, że działacze w klubach z tradycjami nie potrafią przyciągnąć inwestorów. Dlaczego Drzymała wybrał Grodzisk, a nie Poznań?

Kompromitują się działacze klubowi, skompromitował się też PZPN. Jesienią - nieudolnymi próbami wyjaśnienia, kto jest liderem ekstraklasy; przez cały rok - przepisami zabraniającymi prowadzić trenerom więcej niż jeden klub w sezonie. Wszyscy je obchodzą i nic dziwnego, bo przeczą zdrowemu rozsądkowi (może nawet prawu pracy?). Cel był szczytny, bo zatrudnianiem na trzy kolejki prezesi odzierali trenerów z godności, ale pomysł - kompletnie chybiony. Nonsensowne regulacje nie przeorają świadomości działaczy mentalnie tkwiących w poprzedniej epoce. I to jest naczelny problem polskiej ligi, która - mimo wszystko - zaczęła zdradzać objawy powrotu do normalności.