Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Wichniarek dla Gazety: Też umiem płakać jak Oli

- Olisadebe nie wykorzystał trzech idealnych sytuacji z Węgrami, ale wszyscy mu wybaczyli, bo popłakał się pod prysznicem. Ja, za jedną niewykorzystaną okazję z Łotwą, zostałem skrytykowany tak, jak chyba żaden polski piłkarz w historii - żali się ?Gazecie" Artur Wichniarek.


Od nowego sezonu Artur Wichniarek przechodzi z Arminii Bielefeld do Herthy Berlin. W ostatnim sezonie strzelił 12 goli, ale jego klub spadł z Bundesligi. W piątek Wichniarka czeka towarzyski mecz reprezentacji z Kazachstanem, w następną środowy spotkanie eliminacji mistrzostw Europy ze Szwecją.

Robert Błoński: Spodziewał się Pan powołania do kadry?

Artur Wichniarek: Koncentrowałem się na finiszu Bundesligi i... czekałem. Przyszło, więc jestem bardzo zadowolony.

W 13 meczach zdobył Pan dwie bramki. Denerwują już Pana pytania o nieskuteczność w reprezentacji?

- Nie. Sam je sobie zadaję, ale nie mogę znaleźć odpowiedzi.

Słyszałem tłumaczenia: "nie strzelam, bo nie mam sytuacji".

- Bo tak jest. Z Belgią nie miałem ani jednego dobrego podania. A to jedno, po którym nie trafiłem w piłkę nie było za dobre. Poza tym nie zmienia to faktu, że okazji stwarzamy za mało. W Brukseli grałem źle, jak cała drużyna.

Może problem leży w psychice?

- Na pewno też. Jesteśmy uzależnieni od gry pomocników i, co prawda rzadziej, także obrońców. Jeśli oni czegoś nie wypracują, nam ciężko zabłysnąć. Mało jest teraz, nie mówiąc o Polsce, ale i na świecie napastników, którzy wrócą na środek boiska, odbiorą piłkę, miną trzech-czterech przeciwników i strzelą gola. Nie wymagajmy, żebyśmy my to robili.

Ale w przeciętnym klubie też nie miał Pan zbyt dobrych pomocników, a jednak zdobył 12 bramek.

- Inaczej gra mi się w klubie, inaczej w kadrze. W Arminii wszyscy mieli do mnie zaufanie, mogłem popełnić jeden, drugi błąd, a i tak na mnie stawiano, do mnie podawano piłkę. W kadrze tego nie ma, jestem jednym z wielu, nie mam pewnego miejsca w składzie... Może receptą byłoby nieprzejmowanie się? Tak, jak w klubie...

Ale ja czuję się trochę skrzywdzony. Emmanuel Olisadebe nie wykorzystał trzech idealnych sytuacji w meczu z Węgrami. Wszyscy mu wybaczyli, rozgrzeszyli bo się popłakał pod prysznicem. Ja, za jedną niewykorzystaną okazję w spotkaniu z Łotwą, zostałem skrytykowany tak, jak chyba żaden polski piłkarz w historii. Obiektywnie patrząc, to trzeba chyba rozliczać zawodników nie za to, że ktoś kogoś lubi, tylko, jak gra. Czy płacz ma być receptą na rozgrzeszenie?

Nie ma Pan wrażenia, że kadra to zbieranina? Przez ostatni rok w reprezentacji wystąpiło 37 graczy. W Belgii był Pan kapitanem, choć grał dopiero po raz 13. w kadrze. Nie było nikogo z większą liczbą meczów.

- Może nie zbieranina, ale problemem tej reprezentacji jest za duża rotacja w składzie. Co mecz, to inna drużyna i może dlatego tak ciężko przypomnieć sobie ostatni dobry występ polskiej reprezentacji. Bycie kapitanem to był zaszczyt...

Olisadebe nie było w Belgii, nie ma teraz.

- Bo jest kontuzjowany. Nie chcę go oceniać. Jacek Bąk też był chory, ale przyjechał do Belgii. Próbował trenować, nie mógł, wrócił. To jest poważne podejście, pokazuje kto jest zawodowcem, kto nie. Na Zachodzie takie praktyki są normalne, zawodnik z urazem jedzie na zgrupowanie i lekarz kadry podejmuje decyzję.

Czyli Pan, nawet z "urwaną" nogą by przyjechał?

- Z "urwaną" nie. Najpierw porozmawiałbym z trenerem, powiedział, jaka jest sytuacja, ile będę miał przerwy. Jeśli okazałoby się, że mój występ jest wykluczony, nie jechałbym. Ale, gdyby były jakieś wątpliwości, stawiłbym się na kontrolę u lekarza kadry.

Są jeszcze szanse na awans do ME?

- Tak. Wszyscy odpowiadamy, za to co było na początku. Jesteśmy w dołku i na razie do Portugalii jest nam pod górę. I to dosyć stromo. Ale, jeśli wygramy w Sztokholmie, może być z górki. Jesteśmy w stanie podjąć z nimi walkę.

Jest Pan zmęczony sezonem?

- Był ciężki, rozegrałem 30-40 meczów. Ale na zgrupowaniu w Wiśle nie wykonywaliśmy katorżniczej pracy. Trener wyszedł z dobrego założenia, zorganizował aktywny wypoczynek. Poza tym był grill, trochę śmiechu.

Przeprowadził się Pan już do Berlina?

- A skąd. Byłem tam pół dnia, panował jeden wielki chaos. Na szczęście mam tam kolegę, który pilnuje. Na tyle zaufanego, że mogłem go z tym wszystkim zostawić. Firma przeprowadzkowa dwa dni pakowała moje rzeczy w Bielefeld. Tyle samo trwa rozpakowywanie. A ja musiałem jechać do Polski.

Gdzie Pan mieszka?

- W dzielnicy Gruenewald, kilka minut od centrum.

W Bielefeld miał Pan domek.

- A w Berlinie mieszkanie w bloku dla ośmiu rodzin. Tak wybrała żona. Nie chciała domku, stwierdziła, że to bardziej niebezpieczne miejsce. Wolała uniknąć sytuacji, że będzie w domu sama.

Co Pan sądzi o transferze Frediego Bobicia?

- Wiem, że przyszedł do Herthy, ale kiedy negocjowano ze mną, nie było o nim mowy, nie wiedziałem, że będziemy grać razem. Nie znam go osobiście, ale mam nadzieję, że zdążę poznać. Możemy grać razem. To dobry piłkarz, nie jest boiskowym egoistą.

Jak Pana partner z ataku Arminii, Diabang?

- Właśnie. Myślę, że w paru sytuacjach by do mnie podał... I ja i Fredi umiemy strzelać gole. Rywalizacja w klubie będzie spora, ale mnie to nie przeszkadza.

Arminia spadła, choć w pewnym momencie była w tabeli dziesiąta...

- To, co zrobiliśmy, to mistrzostwo świata. Zagraliśmy dobrze z Schalke czy Dortmundem, a z Cottbus punktów nie wywalczyliśmy. Żal mi, szczególnie jak patrzyłem na niektórych kolegów. Moja przyszłość była ustalona, wiedziałem, co ze mną będzie. Ale, jak widziałem sposób podejścia niektórych do najważniejszych meczów, to dziwiłem się. Uważam, że wielu mogło dać z siebie zdecydowanie więcej. Pamiętam, jak wygraliśmy 2:1 z TSV i na parę kolejek przed końcem mieliśmy sześć punktów przewagi nad strefą spadkową. Wydawało się, że jesteśmy uratowani. Z wielu uszło powietrze, zdekoncentrowaliśmy się. Potem straciliśmy parę punktów, najgroźniejsi rywale odrobili straty, a my nie byliśmy w stanie się podnieść, wdała się nerwówka.

Klub dużo stracił?

- Za grę w II Bundeslidze dostaje się o około 50-60 procent pieniędzy mniej niż w I. To spory cios, może nastąpić masowa wyprzedaż zawodników.

Polacy, Maciej Murawski i Daniel Bogusz zostaną?

- Chyba tak. Obaj mają jeszcze roczne kontrakty. Nie grali wiosną za wiele, więc może być im ciężko zmienić klub. Ale II Bundesliga to nie wstyd. Ja grałem w niej dwa lata. Strzelałem bramki, potwierdziłem skuteczność po awansie i teraz jestem w jednym z czołowych klubów Bundesligi.