Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Piłkarska kadra przed meczem ze Szwecją

Patrząc na kondycję naszej piłki, pewne jest jedno: kadra Janasa może wygrać w Sztokholmie tylko przypadkiem, wbrew logice. Na sukces w całych eliminacjach szanse są jednak małe, bo przypadkiem można wygrać raz.
Od mundialu w Korei minął prawie rok i czas przyznać, że występ na mistrzostwach to nie był dla polskiej piłki spodziewany kop w górę. Ani dla drużyny narodowej, ani dla każdego z graczy z osobna. Trudno wyobrazić sobie lepszą promocję i potwierdzenie własnej wartości niż występ w mistrzostwach, a jednak w 11 miesięcy po nich drużyna narodowa utkwiła w czarnej dziurze. I wciąż zdaje się być na równi pochyłej. Warto to sobie powiedzieć nawet w chwili, gdy obowiązuje urzędowy optymizm przed meczem ze Szwecją.

Po mundialu w kadrze dwa razy zmieniał się trener, ale piłkarze pozostali w zasadzie ci sami. Wciąż nie ma wśród nich gwiazd, co jednak nie znaczy, że ambicją naszą nie może być solidna gra. Od 1986 roku w polskiej piłce indywidualności jest coraz mniej, a jednak możliwe było wygranie eliminacji ostatnich mistrzostw świata, bo Jerzy Engel i jego piłkarze wykonali kawał ciężkiej pracy. Szkoda, że na eliminacjach się to zakończyło.

Ile brakuje nam do solidności, będziemy mogli przekonać się w Sztokholmie. Szwedzcy piłkarze to rywale, których siła nie bierze się przecież z łaski Bożej. To nie nadzwyczajny talent do piłki sprawił, że są twardym orzechem do zgryzienia dla wszystkich. Szwedzka piłka solidnością i dobrą organizacją stoi, a więc cechami, które są efektem pracy. Kadra Szwecji mogłaby być dla Polski wzorem do naśladowania i to bez względu na wynik spotkania 11 czerwca. Jeden mecz można wygrać przypadkiem, ale o klasie zespołu świadczą wyniki całych eliminacji, lub lepiej kilku kolejnych.

Pamiętam, że przed mistrzostwami w Korei Jerzy Dudek mówił, że wyjazd do Azji będzie miał znaczenie, jeśli pójdzie za nim podróż do Portugalii (Euro 2004), czy Niemiec (MŚ 2006). Inaczej start w Korei zmieni się w epizod. Potwierdzi, że sukces drużyny Engela nie był przełomem, ale wyjątkiem od ponurej reguły. Niestety, dziś na to właśnie wygląda. Drużyna narodowa to wciąż jeden wielki eksperyment, w którym nawet o nieliczne pewne punkty spokojni być nie możemy. Jednym z nich był stoper Jacek Bąk, u którego niewiadomą był stan zdrowia. Teraz okazuje się, że wbrew jego woli Janas przerabia go na pomocnika. W 31. roku życia. Ale to nie powinno szokować. Eksperymenty przed najważniejszym wydarzeniem są niewskazane wszędzie tam, gdzie mechanizm jest zdrowy i działa dobrze. A tego o polskiej kadrze powiedzieć nie można. Dlatego roszady z Bąkiem - abstrahując od ich celowości - są przykładem rozpaczliwych poszukiwań trenera, który nie bardzo wie, na czym stoi.

Janasa usprawiedliwia forma piłkarzy. Po mundialu, który miał być dla nich zawodowym awansem, sytuacja się jeszcze pogorszyła. Właśnie z Bundesligi spadło siedmiu Polaków z czego Wichniarek i Krzynówek są w kadrze na Szwecję. Jest i Kryszałowicz, którego wkład w awans Eintrachtu jest tak duży, że musi zmienić klub. Nie mam wątpliwości, że ci trzej gracze mają dość talentu, by grać w I lidze, ale ich kłopoty to chyba nie jest dowód, że osiągnęli właśnie szczyt kariery.

Dla przeciwwagi pojawiła się koncepcja stawiania na piłkarzy krajowych. Trudno mieć pretensje póki dotyczy ona graczy Wisły Kraków, którzy w meczach z Parmą, Schalke i Lazio pokazali, ile są warci.

Ale inni?

"Kto to? Gdzie on gra?" - to pytania, które coraz częściej padają przy okazji eksperymentów trenerów kadry. I to nie jest wcale dowód, że kibice nie orientują się w tej delikatnej materii, jaką jest polska piłka. To potwierdzenie, że status reprezentanta się zdewaluował, a ostatnio już niemal osiągnął dno. Indywidualności w naszej piłce można policzyć na palcach u jednej ręki, a wokół morze przeciętniaków, z których potencjalnie każdy może dostać szansę gry w kadrze. I dostaje, tylko nic z tego nie wynika. Bo co dała reprezentacji przygoda Surmy, Wasilewskiego, Majewskiego, Bieniuka, Sznaucnera, Lasockiego i kilku innych? Za awans do reprezentacji wystarczy dziś dobre słowo prezesa PZPN (bramkarz Nalepa) albo cztery gole w lidze szwedzkiej (napastnik Sypniewski). Ten drugi zresztą Janasowi odmówił.

Ale jeszcze gorsze, że trener, żeby mieć lepszą prasę, zaczął jej ulegać. Gdy jedna z gazet sportowych zajmująca się promocją ekstraklasy rozpoczęła akcję pod hasłem: "W naszej lidze jest wielu fajnych chłopaków", trener zaczął korzystać z jej rad pełnymi garściami. Nie wiadomo więc nawet, czy jest to drużyna Janasa.

Nawet życzliwość przed ważnym meczem nie zmieni faktu, że z tego wszystkiego wyłania się obraz chaosu i niemocy. Trudno dopatrzyć się w pracy trenera planowego działania. Powstaje poważne podejrzenie, że go w ogóle nie ma. Jeśli budowa drużyny narodowej odbywa się na tak zwany nos szkoleniowca, to znaczy, że brakuje mu pomysłów racjonalnych. A te przecież dają znacznie większą szansę na sukces.

Janas już przy nominacji postanowił robić wszystko odwrotnie niż Boniek (na przykład nie chodzi na mecze ligowe, a jeśli już to nie na te, gdzie grają kadrowicze). Zapomniał jednak, że to wcale nie musi zagwarantować mu odmiennych efektów. Gdybyśmy z przegranych uczyli się tak łatwo, kryzys w polskiej piłce skończyłby się już dawno. Porażki uczą i rozwijają silnych. Słabi się do nich przyzwyczajają. I to jest przypadek większości polskich trenerów, którzy bardziej niż w solidną pracę, stworzenie systemu szkolenia wierzą w pojawienie się talentów na miarę Lubańskiego i Deyny. Dopóki to się nie zmieni, nasza piłka skazana będzie na przypadek. I epizody.