Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Jerzy Dudek dla Gazety: Przełożymy egzekucję!

Nawet jeśli wygramy ze Szwecją, to egzekucja zostanie tylko odłożona. Bo to jest nasz pierwszy mecz o życie. Każdy następny będzie o podobną stawkę, przesunie tylko ogłoszenie wyroku o kilka tygodni - mówi Gazecie bramkarz reprezentacji Polski Jerzy Dudek


Robert Błoński: Jak się Pan czuje przed najważniejszym meczem reprezentacji od mundialu?

Jerzy Dudek: (długa chwila zastanowienia) Pachwina tydzień odpoczęła, ale boję się jeszcze ćwiczyć na maksa, żeby nie strzeliło do końca. We Wronkach, gdzie od poniedziałku zaczyna się zgrupowanie, jest dobra siłownia. Zobaczymy, czy jest aparat do wzmacniania mięśni przywodzicieli. Jeśli nie, zrobię to swoimi metodami przećwiczonymi w Anglii. Na razie nie kopię stojącej piłki....

Co to za aparat, o którym Pan mówi?

- Do uciskania mięśni przywodzicieli. Im są mocniejsze, tym lepiej. Nowoczesny futbol polega właśnie na tym, by bramkarz potrafił dobrze przyjąć piłkę zagraną od kolegi i jeszcze ją daleko podać... To jeden z moich atutów, który stosowałem już w Holandii. Tyle, że tam mogliśmy sobie pozwolić na grę w "dziada" z rywalem i podania na kilka metrów do obrońcy. A w Anglii jest to wykluczone, nie praktykowane. Każdą piłkę trzeba wybijać daleko, daleko...

To jak jest z tym Pana zdrowiem?

- Dobrze nigdy nie było... Już nie pamiętam meczu, żeby nic mnie nie bolało. Teraz jest tak samo. Boli mnie. Ale nie chodzi o pachwinę. Jeszcze nie powiem, z czym mam problemy. Nie chcę szumu wokół siebie. Ze Szwecją jednak zagram, podejmę wielkie ryzyko, nie odpuszczę. Boli mnie coś innego niż pachwina, ale nie poddam się.

O zdrowiu nie chce Pan mówić. Co zatem z Pana formą?

- Odpoczywałem aktywnie. Fakt, nie miałem żadnych bramkarskich zajęć, ale biegałem po taśmie w siłowni i jeździłem na stacjonarnym rowerze. Byliśmy z żoną i synem na wakacjach w Tunezji, wyłączyłem się ze świata zewnętrznego, nie miałem telefonu....

Wylegiwał się Pan na plaży?

- Nie. Woda była za zimna, a i pogoda nie taka, jak powinna. Ale odpocząłem, kilka procent baterii zostało znowu naładowane. Choć po powrocie, po badaniach, okazało się, że poziom zmęczenia i tak jest wysoki. Ale nie miałem zamiaru popełnić błędów z poprzednich sezonów. Rok temu po meczach w Premier League przyjechałem na zgrupowanie kadry. Z jednego reżimu wpadłem w drugi... Organizm nie wytrzymał, dlatego teraz zrobiłem sobie przerwę. Od poniedziałku ćwiczyłem indywidualnie w Knurowie. Wszystko po to, bym tutaj, w Wiśle, nie miał zakwasów po dwóch treningach.

Miesiąc nie grał Pan w piłkę...

- Ale tego w ogóle mi nie brakuje. Spotkanie z Kazachstanem to będzie dobre przetarcie przed pojedynkiem w Sztokholmie. Ja poczuję swoją pozycję na boisku, piłkę...

Niedawno Liverpool przedłużył kontrakt z Kirklandem...

- To dla mnie nie ma znaczenia. Rok temu nową umowę podpisałem m.in. ja, Hyypia, Riise czy Smicer. Tam nie czeka się do ostatniej chwili. Teraz była kolej Chrisa.

Czy rzeczywiście jesteście tak wielkimi kolegami?

- Tak. Z tym jego bronieniem w kadrze Anglii to był... wielki kit. Owszem, Chris jest uznawany za następcę Seamana, ale w tym przypadku chodziło o pieniądze. Chodzi o to, że płatność za niego rozłożona była w ratach. Pierwsza wpłata do Coventry wynosiła, dajmy na to, dwa miliony funtów. Kolejne dwa Liverpool miał dodać po dwóch latach, ale tylko wtedy, gdy Chris zagra odpowiednią liczbę meczów, następna rata - znowu po jakimś okresie. Moja przerwa w grze po meczu z Manchesterem to był zbieg moich fatalnych błędów, do których się przyznaję, ale i terminu płatności drugiej raty z Kirklanda....

Czy chce Pan grać w reprezentacji? Ostatnio Pana nie było na meczu w Belgii...

- To, że "Dudek olewa kadrę" to są krzywdzące oceny. Ja nie mogę się bronić. Bo jak? Sądem? Nie ma sensu. A grać nie mogłem, mam dowody, czarno na białym. Chciałem być w poniedziałek w Brukseli, bo wieczorem był samolot do Brukseli. Chciałem przywieźć zdjęcia rentgenowskie, opinie lekarzy. Ale po sobotnim meczu lekarz kategorycznie mi zabronił, powiedział, że podróż pogorszy sytuację. A ja pomyślałem, że nie warto jechać na wycieczkę. To samo było z Olisadebe...

Jacek Bąk zachował się jak profesjonalista. Do Belgii przyjechał, mimo zatrucia.

- Jak profesjonalista? Nie sądzę. Powinien zostać w domu, wyleczyć się i zagrać w sobotę, w meczu ligowym. A tak, nie przydał się ani w kadrze, ani w klubie... Uwagi dotyczące zawodników kadry są niepotrzebne, ja nie komentuję zachowania kolegów, niech oni nie mówią za mnie. Olemu wierzę, że jest chory. Chce strzelać gole dla Polski tak samo mocno, jak ja pragnę ich nie wpuszczać.

Czy w Anglii czuje Pan presję? Czy są głosy "nie jedź na kadrę, wiesz kto ci płaci"?

- Oczywiście. To normalka. W zespole był zawodnik, który wyjechał na kadrę i doznał kontuzji. Trzy tygodnie się leczył, tydzień trenował i znowu dostał powołanie. Wrócił z urazem. I tak trzy razy z rzędu. Wyjazd, kontuzja, leczenie, trening, mecz kadry i znowu kontuzja... To odbija się na reszcie. To jest problem, dlatego UEFA zmniejsza liczbę meczów towarzyskich. Zapewniam, że nie chodzi o pieniądze. Teraz w kadrze dostajemy po cztery tysiące euro. Były czasy, że graliśmy za dziesięć tysięcy dolarów i problemy były te same...

Ten sezon miał Pan w Anglii gorszy niż poprzedni. Opinie może zmienić mecz na Rasundzie.

- To nie był udany rok dla mnie i mojej drużyny. Ale w Sztokholmie nie gra Liverpool, tylko reprezentacja Polski. To mecz jedyny w swoim rodzaju. Nie traktuję go jako przedłużenie sezonu czy też gry, która pozwoli mi zapomnieć o tym, co było, czy jeszcze bardziej się wypromować. To gra o nasze życie.

A nie ma Pan wrażenia, że przed tym najważniejszym meczem reprezentacja przypomina pospolite ruszenie? Jest w niej każdy, kto potrafi kopnąć piłkę...

- Mam. Ale dlaczego jest taka sytuacja? Bo brak nam konsekwencji. Czy wyciągnęliśmy wnioski z tego, co było? Z nieudanych mistrzostw świata? Nie. Przed mundialem zawaliliśmy ostatnie kilka miesięcy, bo baliśmy się o zdrowie w meczach towarzyskich. Nikt niepotrzebnie nie chciał się narażać, oszczędzał się, bo wiedział, że i tak jedzie do Azji.

Na przygotowanie do najważniejszych meczów mieliśmy półtora miesiąca. I bezpieczniki się nam przepaliły... Awans był wielkim sukcesem, konsekwencji zabrakło w prowadzeniu zespołu. Dlaczego wyrzucono trenera Engela? Krytyka powinna spaść na wszystkich: piłkarzy, trenerów i działaczy. Ale ofiara była tylko jedna. Później zaczął płacić jego zespół. Nie mówię, że trenera Engela wyrzucono niesłusznie, ale wszystko mogło być inaczej.

Jak?

- Tak jak teraz.

Awans, czyli sukces, zaszkodził wszystkim. Ale po burzy zawsze jest słońce. Lot z Azji był baaaardzo długi. Sporo rozmawialiśmy. Ja nie byłem tym samym Dudkiem, co przed wylotem. To samo Tomek Hajto, Piotrek Świerczewski i inni. Dostaliśmy porządną lekcję życia i futbolu.

Ale atmosfera w tamtej kadrze nie popsuła się w Azji, tylko znacznie wcześniej...

- Tak. Engel za bardzo uwierzył tym, co ten awans wywalczyli. Powiedział, że selekcja skończona. Uważał, że niesprawiedliwe będzie, jeśli awans wywalczyli jedni, a pojadą inni. Niech Pan przypomni sobie, jak był krytykowany, gdy zrezygnował z jednego z nas, Tomka Iwana. Ta decyzja popsuła wszystko, najbardziej atmosferę wewnątrz drużyny...

Już w kwietniu, dwa miesiące przed mundialem, była licytacja numerów na koszulkach....

- Tak. Od tego się zaczęło. Wszystko miało odbyć się po cichu, spokojnie. Mieliśmy, trochę dla żartów, wylicytować numery, zapłacić po tysiąc złotych na zbożny cel i cześć. Tymczasem ktoś, pan B., zrobił sobie reklamę. Sprawa natychmiast przedostała się do mediów i wszystko obróciło się przeciwko nam. Najlepiej by było, gdybyśmy niczego nie licytowali. Bo trener, poddany presji, tuż przed wylotem wywalił Iwana. Powstał problem...

Który jest do dziś. Bo teraz Polska znowu gra o wszystko...

- Powtórzyliśmy błędy z lat 90. Po mundialu powstało pytanie, czy tworzyć zespół na następny mundial, czy powalczyć o awans do ME. Wygrała druga opcja. Przyszedł nowy trener, zaczął szukać innych zawodników. Sprawdzał, sprawdzał i... wrócił do poprzedniej koncepcji. Okazało się, że nie ma lepszych od tych starszych zawodników.

Przed meczem ze Szwecją będziecie ze sobą dwa tygodnie. Nie za długo?

- Nie. Przed mundialem byliśmy razem półtora miesiąca i bezpieczniki się nam przepaliły. Pomysł zgrupowania z żonami był znakomity. Jesteśmy na luzie, ale jednocześnie czujemy, że zbliża się coś ważnego. We Wronkach też nie będzie czasu na nudę. Zbieramy się w poniedziałek wieczorem, we wtorek obejrzymy ligowy mecz Amiki bądź Lecha w Poznaniu, w środę będzie spokój, zawodnicy z polskiej ligi będą mieć czas na wyleczenie wszystkich dolegliwości. W czwartek rozruch przed meczem, w piątek sparing z Kazachstanem. Potem głosujemy za wejściem do UE. I jedziemy do Szwecji.

Mamy tam szanse? Kadra wygląda jak zbieranina...

- Tak krawiec kraje, jak mu materiału staje. Nic więcej nie mogę powiedzieć.

Co Pan sądzi o Pawle Janasie?

- Dobry trener, ma kontakt z nami. Jak Engel.

Boniek nie miał?

- Był wielką gwiazdą, jego autorytet przygasił nas. Nie mieliśmy własnej inwencji, bo wiedzieliśmy, że największa gwiazda świeci nad nami. To nas przytłumiło. Zrozumiałem, dlaczego wielcy piłkarze rzadko są wielkimi trenerami. Szacunek do niego, jego osiągnięć był większy od własnej inicjatywy...

Proszę powiedzieć, czy gol puszczony w meczu z Łotwą to był Pana błąd?

- Umiem przyznać się do pomyłek. Ale tej bramki nie zawaliłem. Łotysz oszukał mnie i jeszcze kilku kolegów. "Pociągnął" z dużego palca. Zrobiłem ruch w lewo, a piłka poleciała w prawo. Nie zdążyłem nic skorygować... To, czy bym bronił prawą, czy lewą ręką, nie miało żadnego znaczenia. Strzał był nie do obrony.

Mecz ze Szwecją to okazja do rehabilitacji.

- Ja tego tak nie traktuję. Nawet jeśli wygramy w Sztokholmie, to egzekucja zostanie tylko odłożona. Bo to jest nasz pierwszy mecz o życie. Każdy następny będzie o podobną stawkę, przesunie tylko ogłoszenie wyroku o kilka tygodni. Jak przegramy, o wygraniu grupy możemy zapomnieć, zostanie walka o drugie miejsce. Dlatego chciałbym, żebyśmy wszyscy potraktowali to spotkanie nie w kategoriach indywidualnych, bo - oczywiście - każdy z nas ma coś komuś do udowodnienia, ale zespołowych. To mecz przedłużający nasze nadzieje.