Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Przed włoskim finałem na Old Trafford. Lepsza strona calcio

Choć piłkarze Juventusu dominowali w Serie A, a w drodze do finału Ligi Mistrzów pobili ?galaktyczny" Real Madryt, to jednak trudno uznać, że ich szanse na zwycięstwo w bratobójczej grze z Milanem przekraczają znacząco 50 procent.


Gdyby do prognoz na środę szukać natchnienia wyłącznie w półfinałach - faworytem byłby Juventus. Sposób, w jaki piłkarze Lippiego zdmuchnęli z piedestału Real Madryt, był największym piłkarskim pokazem siły tego sezonu. W tym samym czasie Milan mordował się z Interem, a geniuszu w ciągu 180 minut pokazał nie więcej niż Juve w jednej akcji na stadionie Delle Alpi. Już w meczach ćwierćfinałowych drużyna z Turynu zrobiła wrażenie znacznie większe, gdy w dziesiątkę na Camp Nou wyeliminowała Barcelonę. Ale w I i II fazie grupowej to Milan zapowiadał się na największą (obok Realu) gwiazdę tegorocznych rozgrywek. Rozbijał Bayern, Deportivo, a potem także i Real (1:0 na San Siro), co sprawiło, że awans z grup miał zapewniony już na półmetku.

Juventus w II fazie grupowej męczył się bardzo. Dwa razy przegrał z Manchesterem (1:2 i 0:3), a drugie miejsce i awans dał mu dopiero gol w 90. minucie rewanżowego meczu z Deportivo. Wtedy wydawało się, że o ile grający rzetelnie i równo zespół Lippiego jest królem we Włoszech, o tyle na eksport bardziej nadaje się Milan - chimeryczny, ale specjalizujący się w grze z wielkimi firmami.

Trener Carlo Ancelotti cały sezon borykał się jednak z humorami swoich gwiazd, nie potrafiąc zmobilizować ich na mecze z Empoli czy Brescią. W Serie A Milan był więc jak Janosik: zabierał bogatym (z czterech ligowych meczów z Interem i Juve wygrał trzy), rozdawał biednym. I w ten sposób dość wcześnie stracił szanse na odebranie Juventusowi tytułu mistrzowskiego. Pozwolił się też wyprzedzić Interowi i jeśli nie wygra na Old Trafford, o prawo gry w następnej edycji Champions League będzie musiał się bić w eliminacjach.

Najbardziej nieprawdopodobne jest to, co stało się z Rivaldo. Kiedy przed sezonem Milan wziął go z Barcelony, nie płacąc grosza, wydawało się, że dokonał transakcji doskonałej. Brazylijczyk zdobył właśnie mistrzostwo świata, strzelając w azjatyckich finałach pięć goli. Tymczasem ostatnie miesiące to dla Rivaldo najbardziej upokarzający okres w karierze. W Mediolanie zrobili z niego gwiazdę drugiego planu.

Niepowodzenia Brazylijczyka we Włoszech to dla jego wielbicieli dowód, że w Serie A dla indywidualistów wciąż za mało jest miejsca. Wybitnych piłkarzy zjeżdżających tam ze wszystkich stron świata krępuje się w gorsetach taktycznych i nie pozwala zmienić miejscowego stylu, mentalności, motywacji, z których wynika pierwsze przykazanie calcio - "nie stracić".

Ale nie czas na krytykę włoskiej piłki, skoro finał Champions League to wewnętrzna sprawa klubów z Italii. Zwłaszcza że finaliści reprezentują wszystko, co najlepsze w Serie A. Ani w Juventusie, ani w Milanie, poszukując myśli przewodniej, nie zapomniano o włoskich korzeniach, ale oba zespoły z przodu atutów mają nie mniej niż w tyłach. Dlatego nie ma raczej szans, by na Old Trafford powtórzyła się szamotanina Milanu z Interem. W finale Serie A reprezentowana przez dwa najpiękniej grające w niej kluby pokaże światu znacznie lepszą twarz.

Być może na Old Trafford byłoby ciekawiej, gdyby w finale Champions League mierzyli się przedstawiciele dwóch różnych szkół futbolu. Ale wszystkie inne szkoły okazały się w konfrontacji z Włochami po prostu słabsze. Przynajmniej tym razem. Kluby Serie A długo zresztą czekały na swój czas. Włosi byli w finale ostatni raz w 1998 roku, Juventus przegrał wtedy z Realem 0:1. Teraz Juve ma kolejną szansę na trzeci Puchar Europy. Milan walczy o swój szósty triumf. Ostatni raz grał w finale LM osiem lat temu i też przegrał 0:1 - z Ajaksem Amsterdam.

Oba największe włoskie kluby szykują się więc do rewanżu. Uda się on tylko jednemu z nich. Maldini i Costacurta Puchar Europy zdobywali z Milanem aż po trzy razy. Już 14 lat temu z Gullitem, Rijkaardem i van Bastenem grali futbol XXI wieku. Teraz weterani nie muszą wyprzedzać epoki. Wystarczy ją zamknąć czwartym triumfem.

Juventus jest dziś jednak bardziej zintegrowany, ułożony, bardziej świadomy, że interes jednostki nie może być w drużynie na pierwszym miejscu. Gracze Lippiego wykazują więcej dyscypliny, rozsądku i charakteru, ale talentu mają tyle samo jedni i drudzy. A na taki mecz jak finał Champions League gwiazdy Milanu ręką machnąć nie mogą. Mrówczy wysiłek nie leży w ich naturze, ale błyszczeć na oczach piłkarskiego świata potrafią na pewno.