Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Po półfinałowych meczach Ligi Mistrzów. Lekcja włoskiego

Po meczach Milanu z Interem świat chylił głowę przed skutecznością Włochów, ale narzekał na brak wrażeń estetycznych. Po spotkaniu Juventusu z Realem nawet Hiszpanie przyznają, że włoska umiejętność rozłożenia sił w ataku i obronie powinna być wzorem


Słynne już słowa Marcello Lippiego, że gra się w piłkę nie po to, żeby się podobać, brzmiały wiarygodnie po ćwierćfinałach z Barceloną. Wtedy Juventus zaimponował przede wszystkim konsekwencją, gdy na Camp Nou w dziesiątkę bronił dostępu do własnej bramki, a w dogrywce jedna akcja dała mu zwycięstwo. W środę Juve pobił Real Madryt, który po ćwierćfinałowych meczach z Manchesterem wydawał się zespołem z innej bajki.

Już w pierwszym meczu na Santiago Bernabeu, choć zagrał ostrożnie, Juventus przekonał się, że Real nie jest wcale poza zasięgiem. W środę zrobił z tej wiedzy użytek. Niejeden kibic spodziewał się zwycięstwa mistrza Włoch, ale szokiem była ofensywna, piękna, odważna gra, wobec której "galaktyczny" Real z Ronaldo, Zidane'em, Figo i Raulem był bezbronny.

Dla stopera Hierro wizyta na delle Alpi musiała być przeżyciem traumatycznym. Zawinił przy każdym z goli, przy drugim symbolicznie padł na kolana przed Alessandro Del Piero, co i tak nie pomogło. Powie ktoś, że Hierro zawalił nie pierwszy raz. Tyle że po raz pierwszy skutki jego kiksów były tak bolesne. Wcześniej Real potrafił odrabiać to, co spaprała obrona. Teraz było inaczej. Włoskie przesłanie wysłane Hiszpanom brzmiało dosadnie: "Nie da się budować zespołu, akceptując takie dysproporcje w ataku i obronie". W Juve nie ma lepszych i gorszych. Gorsi lądują na ławce rezerwowych lub szukają innego pracodawcy.

Znacznie mniej zachwytu dostarczył pierwszy półfinał. Kiedy się okazało, że dojdzie w nim do derbów Mediolanu, znawcy włoskiej piłki natychmiast ogłosili, że o tym, kto zagra w finale, zdecydować może jeden błąd. Właśnie błąd, a nie na przykład udana akcja. Ta opinia pozostawiła w psychice graczy Milanu i Interu tak trwały ślad, że przez 180 minut rywalizacji nie mogli wydostać się spod wpływu motywacji negatywnej. Jedni i drudzy starali się nie dać wygrać lokalnemu rywalowi, a nie próbować wygrać samemu. Unikali błędów takim nakładem sił, że nie wystarczyło ich już właściwie na normalną grę. Dlatego w tym półfinale Champions League i błędów było mało, i gry niewiele. Nadzwyczajne emocje wywołało tylko ostatnie siedem minut dwumeczu.

Awansował Milan, choć tak jak Inter zdobył tylko jedną bramkę. Gdyby we wtorek to on był gospodarzem, w finale byłby Inter. A przecież mogło tak być, bo "gospodarz" to w przypadku obu klubów z San Siro pojęcie względne. Czy więc sukces Milanu to przypadek polegający na tym, że we właściwym meczu został uznany przez UEFA za gospodarza? Nie. Milan był zespołem lepszym i w finale jest zasłużenie. Nie sztuka być jednak lepszym od Interu, sztuka go wyeliminować. Od Interu lepsza była też Valencia i Barcelona, a w Champions League ich już dawno nie ma. Dlatego osiągnięcie Milanu nie jest czymś, czego mógł dokonać każdy.

"Im gorzej, tym lepiej" - mogą powiedzieć sobie fani Serie A. Po raz pierwszy w historii w finale Pucharu Europy zmierzą się dwa kluby z Włoch. A przecież zanosiło się na bardzo ciężki sezon. Opóźniono start Serie A ze względu na strajk biedniejszych klubów. Osiem z nich nie podpisało na czas umów telewizyjnych i zagroziło, że nie przystąpi do rozgrywek. Silniejsze kluby złożyły się na pomoc dla nich i liga ruszyła. Kryzys przysłużył się jednak najsilniejszym. Od lat Serie A uchodziła za najrówniejszą z europejskich lig. Każdy zespół stać było na gwiazdy i każdy je miał. Recesja to zmieniła, a najdrożsi gracze stali się dostępni tylko dla Interu, Milanu czy Juve. To doprowadziło do koncentracji sił w zespołach reprezentujących Serie A w Champions League.



Poza tym Włosi przystępowali do walki w pucharach z niespotykanym głodem sukcesu. Po latach wielkich triumfów przeżyli nienotowany wcześniej kryzys. Finał Champions League Manchester United - Bayern Monachium w 1999 roku był pierwszym w historii Ligi Mistrzów - czyli od 1992 roku - bez udziału Włochów. I to nie był wyjątek, ale początek czarnej serii. Kluby Serie A popadły w taki kryzys, że w ubiegłym roku nie było ich nawet w ćwierćfinale. Wszyscy uznali wtedy, że ich miejsce w Europie zajęła Hiszpania. Sportowa ambicja Włochów musiała być mocno podrażniona. I właśnie w sezonie, który miał być dla niej tak trudny, Serie A upomniała się o swoje miejsce w Europie.