Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Działo się. Na stadionach Polski i świata. Superbohaterowie i antybohaterowie

Latem Sparta Praga nie puściła na zgrupowanie czeskiej młodzieżówki Vaclava Kadleca i Tomasa Pekharta (rzekomo rozłożonych wirusem), a na sparing chorwackich seniorów Manuela Pamicia (rzekomo miał kontuzjowane kolano). Wszyscy zagrali jednak w sparingu z Zenitem St. Petersburg, tyle że z cudzymi nazwiskami na koszulkach. Przebiegły plan wydał się, kiedy rywale opublikowali zdjęcia z meczu na stronie internetowej - o najciekawszych piłkarskich wydarzeniach mijającego roku pisze Rafał Stec.
Najefektowniejszy postęp

Grali tak beznadziejnie, że przeciwników wpędzali w zakłopotanie. Od zawsze leżeli na dnie rankingu FIFA, w międzypaństwowym meczu nigdy nie objęli nawet prowadzenia (przegrali wszystkie trzydzieści), a kiedy porażką 0:31 z Australią ustanowili rekord wszech czasów, federacja Oceania zmieniła reguły mundialowych eliminacji (zorganizowała prekwalifikacyjne gry między słabymi), żeby kuriozalnych spektakli uniknąć. Oto piłkarze Samoa Amerykańskiego - wysepek pływających na końcu świata i zaludnianych przez 55 tys. mieszkańców, ze stolicą w Pago Pago, w której maksymalna dopuszczalna prędkość na ulicach to 20 mil na godzinę.

Aż notorycznymi przegrywaczami zaopiekował się Thomas Rongen, trener juniorskiej kadry USA. Szok przeżył już pierwszego dnia, gdy do jego biura weszła atrakcyjna kobieta. - Pomyślałem, że jest kierownikiem drużyny albo masażystką, ale zapytałem, jaką pełni funkcję. Usłyszałem, że "środkowego obrońcy". Tak zetknąłem się z Fa'afafine, czyli przedstawicielem specyficznej dla kultury samoańskiej trzeciej płci - biologicznym mężczyzną, który czuje się kobietą. To tutaj powszechnie akceptowane, że na co dzień ubierasz się jak dziewczyna, randkujesz z chłopakami, a sport uprawiasz z mężczyznami. I jeszcze zostajesz najlepszym stoperem reprezentacji - opowiada Amerykanin. Na Johnny'ego "Jayiaha" Saeluę koledzy wołają po prostu "siostra".

Rongen pochodzi z Holandii, tam się wyuczył na trenera, jako swoich mistrzów wymienia Rinusa Michelsa i Johana Cruyffa. Na Samoa o 4.30 wsiadał w jedną z kilku na wyspie ciężarówek, zabierał ośmiu śpiących na podłodze - w jednym dużym pokoju, bez materaców - piłkarzy i zawoził na nadbrzeże, skąd wypływali na połów tuńczyka. Tak zarabiają na życie. Rongen zaordynował im prawdziwe zajęcia taktyczne, sesje medytacyjne i jogę; skrócił treningi, lecz uczynił je intensywniejszymi; nauczył odpoczywać; wyperswadował odruchowy defetyzm, który kazał im sądzić, że jeśli nie stracili dwucyfrowej liczby goli, to osiągnęli świetny wynik.

I piłkarze Samoa Amerykańskie wywołali sensację roku. Pokonali 2:1 Tonga, odnosząc bezprecedensowe, historyczne zwycięstwo. Potem zremisowali jeszcze z Wyspami Cooka, by dopiero w ostatniej kolejce preeliminacji ulec 0:1 Samoa (gospodarzom turnieju) i stracić szansę na awans. Bramkę stracili w 90. minucie, wcześniej sami trafili w słupek...

Przed decydującym starciem internetową witrynę federacji Oceanii rozgrzało 380 tys. kliknięć, 19-krotnie więcej niż w dotychczasowym rekordowym dniu. Z tamtej okrutnej chłosty australijskiej do dziś w podstawowej jedenastce przetrwał tylko bramkarz Nicky Salapu. Zwierza się, że po przyjęciu 31 goli nie umiał poradzić sobie ze wstydem i z rozpaczy zaczął pić. Uratował go prezent od dziewczyny - PlayStation. Teraz wreszcie wygrał w realu.

Więcej o wyczynie Samoa na blogu Rafała Steca ?

Polski przebój reprezentacyjny

Sekundy dzieliły piłkarzy od historycznego triumfu nad Niemcami, sekundy dzieliły też Franciszka Smudę od meczu mitu założycielskiego drużyny na Euro - to był tylko sparing, ale też chyba jedyny za jego kadencji, który podniósł nam poziom adrenaliny i miał potencjał, by stać się tym, czym dla Leo Beenhakkera stało się zdumiewające zwycięstwo nad Portugalią. Triumfem, do którego selekcjoner mógłby się odwoływać, budować na nim zaufanie kadrowiczów do swoich umiejętności, niemożliwe czynić możliwym. Choć bowiem Polacy tracili panowanie nad sytuacją, ilekroć Niemcy przyspieszali, to rywale pozostają chyba głównymi faworytami mistrzostw. A my razem z nimi pozostaniemy jedyną w świecie parą państw sąsiadów (odkrycie autorów encyklopedii Fuji), w której jeden nie zdołał nigdy pokonać drugiego...

Polski przebój klubowy

Najazd Legii na Moskwę. Wyeliminowanie Spartaka, ale też Gaziantepsporu, Rapidu Wiedeń i Hapoelu, zaskoczyło nas tym bardziej, że warszawianie w europucharach wypadali słabiej od innych czołowych polskich klubów (od blisko dekady nie umieli pokonać nikogo znacznego), a w poprzednim sezonie partaczyli na potęgę także w kraju.

Latem trener Skorża dostał wsparcie charyzmatycznego adiutanta. Michał Żewłakow (35 lat) to na murawie istny wicetrener, bez przerwy przemawiający do młodszych kolegów i chętnie przez nich słuchany. Dyryguje, organizuje, tłumaczy, ruga. Choć sam miewa wstydliwe wpadki, to wielu partnerów czyni wyraźnie lepszymi piłkarzami. Można się spodziewać, że nawet jeśli pewnego dnia kontrolę nad sytuacją straci Skorża, zapanuje nad nią Żewłakow. To transfer bezcenny, tak samo jak bezcenna w ataku jest inteligencja i pazerność na udział w każdej akcji Danijela Ljuboji (33 lata). Z tymi dwoma wieżami na obu krańcach boiska ewentualna niesubordynacja generała stojącego przy linii bocznej stała się zagrożeniem dla jego ludzi nieco mniejszym.

Polski trener nad trenerami

Śląsk Wrocław pod dowództwem Oresta Lenczyka zdobył w roku kalendarzowym 66 ligowych punktów, 10 więcej od Wisły i 11 więcej od Polonii oraz Legii. W europejskich pucharach wypadł przeciętnie, ale generalnie nie miał tylu koszmarnych wpadek, na ile piłkarzom pozwolił jego jedyny konkurent Maciej Skorża - warszawianie poszaleli międzynarodowo, lecz z 41 meczów ligi polskiej i Europejskiej 11 przegrali, a 9 zremisowali. I kiepsko wypadali w meczach prestiżowych - porażka derbowa z Lechem 0:1 wiosną i cudem utrzymane 0:0 jesienią. Dla klubu z ambicjami to nędza. Lenczyk dwukrotnie pobił też - dwukrotnie w Warszawie! - swego rywala, choć jego szefowie nie fundowali mu defensywnych pomocników za milion euro (Vrdoljak) ani najwyżej opłacanych ligowców (Ljuboja), nie pracują też w Śląsku reprezentanci Polski.

Polscy piłkarze nad piłkarzami

Ilekroć spojrzę na Roberta Lewandowskiego , zaczyna mi się roić, że na Euro 2012 coś tam nasi mogą jednak ugrać. Z futbolistą tej klasy nie jechaliśmy na żaden z nowożytnych wielkich turniejów. Na poprzednim Euro właściwie nie zabraliśmy napastnika, teraz wystawimy - jak na nasze standardy - giganta, o którym Włosi po sparingu z Polską pisali, że pojedynki z nim były fantastycznym testem dla ich młodego stopera Andrei Ranocchii.

Lewandowski wszechstronnieje, niekiedy sprawia wrażenie, iż staje się lepszy z meczu na mecz. I nadal utrzymuje skuteczność znaną ze Znicza Pruszków czy Lecha Poznań, choć skala wyzwań rośnie. W 50 meczach Bundesligi strzelił 20 goli. To daje średnią 0,40 bramki na kolejkę. Żaden Polak takiej na niemieckich trawach nie miał. Za nim są: Jan Furtok (188/60, czyli 0,32 bramki na mecz), Ebi Smolarek (81/25, czyli 0,31 bramki na mecz), Andrzej Juskowiak (184/56, czyli 0,3 bramki na mecz). Cała jesień Lewandowskiego w Borussii Dortmund i reprezentacji Polski to 31 meczów, 19 goli, 9 asyst. Mamy autentyczną gwiazdę.

Na miano polskiego gracza roku zasługuje też jednak jego kolega z Borussii. O ile bowiem Lewandowski wciąż nie mieści się nawet w dwudziestce czołowych napastników w Europie, o tyle Łukasz Piszczek w wersji A.D. 2011 mieścił się na swojej pozycji w pierwszej dziesiątce. Ostatnio zaczął popełniać błędy, ale np. fachowy "Kicker" nadal widzi w nim najlepszego prawego obrońcę Bundesligi (nasz rodak został nim już w sezonie poprzednim). W tym stuleciu tylko jednego Polaka brali pod uwagę zagraniczni autorzy zestawień klasyfikujących piłkarzy w poważnych rozgrywkach - Artura Boruca wyeksponowanego kiedyś na europejskie podium przez "La Gazzettę dello Sport". Piszczek raczej mu nie dorówna, ale wśród rodaków pozostaje przypadkiem wybitnie niezwyczajnym. Choć jaśniej świecą gwiazdy Lewandowskiego czy Szczęsnego, to właśnie on w kontynentalnej hierarchii wspiął się najwyżej.

Najsmutniejsze pożegnanie

Legijny skrzydłowy Manu, przez trenera Skorżę reklamowany jako wirtuoz zdolny wpędzać trybuny w ekstazę, odleciał do ligi chińskiej bez uroczystej oprawy, prawie niezauważenie. Taki już los dotyka artystów nierozumianych, wyprzedzających epokę. Manu nie potrzebował piłki, by grać; Manu w każdym meczu demonstrował oryginalny, ożywczy performance, w którym piłka była jego śmiertelnym wrogiem, bo albo majtała się złośliwie między nogami, albo krzywo odbijała się od stopy. Był w awangardzie, był jak genialny malarz abstrakcjonista gardzący panoszącym się wokół malarstwem figuratywnym, akceptowalny tylko w muzeach sztuki nowoczesnej. Niestety, nasza konserwatysta widownia go odrzuciła, więc od stycznia będzie tworzył dla pekińskiego Guo'an - mamy kolejny dowód, że Chiny się modernizują.

Cudowne dziecko

Jako 13-latek Souleymane Coulibaly uciekł z Wybrzeża Kości Słoniowej przed wojną domową, dołączył do ojca (który poślubił Włoszkę), zaczął trenować w Sienie. Międzynarodową karierę rozpoczął na mundialu 17-latków - choć jego drużyna odpadła w 1/8 finału, strzelił dziewięć z jej dziesięciu goli (jednego Australii, cztery Danii, trzy Brazylii, jednego Francji) i został najskuteczniejszym piłkarzem turnieju. A przy okazji rekordzistą - taki sam snajperski dorobek miał kiedyś Florent Sinama Pongolle, ale pracował na niego w sześciu spotkaniach.

Jesienią Coulibaly zdobywał już bramki dla Tottenhamu, w nazywanych młodzieżową Ligą Mistrzów rozgrywkach NextGen Series. 26 grudnia skończy 17 lat.

Najfajniejsza drużyna

Wiosną uciszyli na San Siro Milan (4:4), pokonali Inter (3:1) i Juventus (2:1) oraz oba kluby genueńskie (4:2 i 2:0), na wyjazdach roznosili Cesenę (3:0), Cagliari (4:0) i Palermo (szokujące 7:0). Ten ostatni triumf - wyższego Serie A nie widziała od 1950 roku - byłby zapewne jeszcze okazalszy, gdyby trener Francesco Guidolin nie polecił po przerwie piłkarzom zaprzestać znęcania się nad przeciwnikiem, wówczas już uszczuplonym o dwóch graczy wyrzuconych z boiska.

Udinese awansowało do kwalifikacji LM, latem sprzedało gwiazdę (Alexis Sanchez) i innych ważnych graczy (Inler, Zapata), by jesienią utrzymać tempo z wiosny - na własnym boisku goli właściwie nie traci, na San Siro znów zatrzymało i Milan (1:1), i Inter (1:0), mieć najszczelniejszą defensywę w Serie A, znów włączyć się do walki o tytuł. Gdyby im się jakimś cudem udało, stutysięczne Udine stałoby się najmniejszym mistrzowskim miastem we Włoszech po wojnie.

Transparenty z pomysłem

"Milionerzy w życiu. Łachmaniarze na boisku" - kibice z Marsylii informują, co myślą o marnej formie piłkarzy.

Najdłuższa piłkarska wojna

I najkrwawsza. Niemal wszystkie z siedmiu tegorocznych El Clasico zapaskudziły skandale - były brutalne faule, czerwone kartki, bijatyki, oskarżenia o rasizm, chamskie perory José Mourinho. Rywalizację bezdyskusyjnie wygrała też Barcelona i jeśli po jej triumfie jesiennym obyło się bez awantur, to być może również dlatego, że ludzie Realu poczuli się zrezygnowani, ostatecznie uznając wyższość rywala. Skoro pokonał ich nawet wtedy, gdy po 20 sekundach objęli prowadzenie - a królewscy wygrali wcześniej 72 kolejne mecze, w których pierwsi zdobywali bramkę...

Prześladowcy Mourinho

Wojna na szczycie trwa od lat - Barca kontra drużyny, którym szefuje portugalski trener. Gdyby katalońska supergrupa nie istniała, miałby już zapewne w dorobku trzy Puchary Europy - a może wręcz cztery, bo wyeliminowała jego Chelsea także wiosną 2006 roku, kiedy zmierzała po swój pierwszy współczesny triumf. Gdyby Barca nie istniała, miałby też Mourinho mistrzostwo zdobyte w czwartym kraju (do dwóch wziętych w Portugalii, dwóch w Anglii i dwóch we Włoszech dołożyłby jedno w Hiszpanii). I w zawrotnym tempie mknąłby po tytuł trenera wszech czasów. Gdyby tylko Barca nie istniała...

Ale Barca też wolałaby, żeby nie istniał Mourinho. Wówczas jej tegoroczny sukces w Pucharze Europy byłby prawdopodobnie trzecim z rzędu i dokonałaby wyczynu niewidzianego od połowy lat 70.

Największa ściema

Latem Sparta Praga nie puściła na zgrupowanie czeskiej młodzieżówki Vaclava Kadleca i Tomasa Pekharta (rzekomo rozłożonych wirusem), a na sparing chorwackich seniorów Manuela Pamicia (rzekomo miał kontuzjowane kolano). Wszyscy zagrali jednak w sparingu z Zenitem St. Petersburg, tyle że z cudzymi nazwiskami na koszulkach. Przebiegły plan wydał się, kiedy rywale opublikowali zdjęcia z meczu na stronie internetowej.

Dobrowolne wygnanie za 20 mln

Tyle rocznie (w euro) zarabia Samuel Eto'o, który przyjął ofertę Anży Machaczkała. Klub z Dagestanu, jednego z najbiedniejszych regionów kaukaskich, stał się niewyobrażalnie bogaty (właściciel Sulejman Kerimow dysponuje majątkiem zbliżonym do majątku Silvia Berlusconiego), ale sportowo odstaje na razie nawet od europejskiej klasy średniej. Ze względów bezpieczeństwa (czytaj: zagrożenie terrorystyczne) jego piłkarze trenują w Moskwie, a do położonej nad Morzem Kaspijskim Machaczkały latają tylko, by rozgrywać mecze u siebie, na niewielkim, 16-tysięcznym stadionie. Czyli nigdzie. Zwłaszcza z perspektywy najlepszego być może napastnika na świecie.

Trenerski gapa

Piłkarze RPA nie awansowali na Puchar Narodów Afryki, bo ich szef Pitso Mosimane - ani żaden z jego współpracowników i zwierzchników - nie przeczytał regulaminu eliminacji. Sądził, że w kończącym je meczu z Sierra Leone do awansu wystarczy remis, więc takiemu celowi podporządkował taktykę. Uważał, że przy równej liczbie punktów o kolejności w tabeli decyduje stosunek bramek, a przepisy mówiły, że decyduje bilans bezpośrednich meczów. Jego podwładni wymordowali bezbramkową nudę, po czym wpadli w hucznie manifestowaną na boisku euforię.

Niestety, wyprzedził ich Niger. Wściekły selekcjoner rozprawił się z regulaminem. - Afryka to dżungla, moi przyjaciele - rzucił filozoficznie. - Europejskie i południowoamerykańskie przepisy są lepsze, bo tam wszystko działa płynnie. W Afryce gra się ciężko - dodał. Dla porządku dodajmy, że w eliminacjach Euro 2012 obowiązywały identyczne zasady. A z tzw. kronikarskiego obowiązku - że Mosimane wciąż prowadzi kadrę. Afryka to faktycznie dżungla.

Klęska globtrotera

Jeden z najstarszych aktywnych trenerów świata, 74-letni Otto Pfister, pracował wszędzie. W klubach z Liechtensteinu, Szwajcarii, Egiptu, Tunezji, Libanu i Sudanu, a także z seniorskimi bądź juniorskimi reprezentacjami Rwandy, Górnej Wolty (dawna nazwa Burkiny Faso), Senegalu, Wybrzeża Kości Słoniowej, Zairu (dawna nazwa Konga), Ghany, Bangladeszu, Kamerunu, Arabii Saudyjskiej i Togo. Z Ghaną nie tylko wygrał mistrzostwa świata 17-latków, ale oddziaływał na tamtejszych młodzież jak dyktator mody - też zaczęła, jak on, zawieszać spodnie nie w pasie, lecz na biodrach.

W tym roku Pfister wylądował na Trynidadzie i Tobago. Niestety, z kadrą, którą Leo Beenhakker poprowadził niedawno na mundial (to najmniejszy reprezentowany na nim kraj w historii), poniósł bolesną porażkę. Eliminacje do MŚ w 2014 roku ledwie się rozpoczęły, a jego piłkarze już poprzegrywali z różnymi Gujanami i Bermudami. I odpadli. Niemiec posadę zachował, na emeryturę się nie wybiera.

Marketingowy majstersztyk

Manchester United wpuścił logo firmy DHL na koszulki... treningowe. Nikt na to wcześniej nie wpadł, fachury z Old Trafford wynegocjowały 40 mln funtów za czteroletnią umowę. I według raportu agencji Brand Finance ich klub stał się szóstą najbardziej rozpoznawalną marką na planecie - wyżej są tylko Google, Apple, BBC, Dyson i Facebook.

Mistrzowie Anglii planują też ponoć rzucić wyzwanie Facebookowi. Według "Marketing Magazine" wynajęli agencję, która ma stworzyć ich własny portal społecznościowy - stawiają sobie za cel przyciągnięcie pół miliarda (!) fanów, bo z badań wynika, że ich potencjalna widownia sięga 660 mln osób. Nie potrzebują za pośrednika Facebooka, chcą na tłumie zarabiać sami - kibiców mają nęcić ekskluzywnymi materiałami wideo z udziałem gwiazd boiska, można też się spodziewać, że zlecą piłkarzom, by przenieśli tam swoje konta z konkurencyjnych portali (zajrzyjcie, jak intensywnie udziela się na Twitterze Rio Ferdinand).

Marketingowcy MU są nienasyceni, pewnie wielu czytelników widziało reklamówkę Casillero del Diablo, wina od chilijskiego producenta będącego jednym z 20 "oficjalnych partnerów" klubu. Kiedy Wilkinson Sword umieścił diabelskie logo na swojej maszynce do golenia, w dwa tygodnie sprzedał ich w Japonii 1,6 mln. Za MU nadążają tylko korporacje hiszpańskie - Real Madryt oraz Barcelona, która przygotowuje właśnie inwazję na miliardowy rynek indyjski, na urok piłki nożnej wciąż nieczuły.

Wymienione kluby zyskują powoli w futbolowym biznesie pozycję zbliżoną do zajmowanej przez koncerny Coca-Cola i PepsiCo na rynku napojów gazowanych. Tworzą triumwirat rywalizujący w osobnej, wyższej lidze, co widać także na Facebooku. I Barcelona, i Real, i Manchester Utd mają tam ponad 20 mln fanów, podczas gdy konkurenci - od Arsenalu, Chelsea i Liverpoolu, przez monachijski Bayern, po Inter, Juventus czy Milan - nie są w stanie dobić nawet do 10 mln.

Maradona wie swoje

25-lecie pracy w MU Aleksa Fergusona uczcił chyba najoryginalniej. "Uważa się go za ważnego trenera tylko dlatego, że zawsze miał pod sobą wielkich graczy" - ogłosił Argentyńczyk, którzy jako selekcjoner też miał pod sobą wielkich graczy, ale za ważnego trenera nikt go nie uważa.

Inwazja Kataru trwa

A nawet się nasila. W tym roku państewko znad Zatoki Perskiej dostało mundial w 2022 roku, jego bogacze zwiększyli wpływy w europejskiej piłce (wleźli na święte dotąd koszulki Barcelony, ich Paris Saint Germain prze ku mistrzostwu Francji, w Afryce wciągają młode talenty w projekt Football Dream etc.), ich klub wygrał azjatycką Ligę Mistrzów. Każde z tych wydarzeń prowokowało kontrowersje - wybory gospodarza MŚ odbyły się w cieniu oskarżeń o łapówkarstwo, Katalończycy umową z Qatar Foundation złamali odwieczną tradycję niesprzedawania swoich barw, drużynie Al Sadd sprzyjało niesłychane szczęście. Do LM została zaproszona dzięki dyskwalifikacji klubów wietnamskich. Z grupy wyszła pomimo ledwie dwóch zwycięstw w sześciu meczach. W ćwierćfinale dwukrotnie przegrała z irańskim Sepahan, ale rywale zostali obłożeni walkowerem za wystawienie nieuprawnionego piłkarza. W półfinale strzelili gola, kiedy faworyzowany zespół z Suwon spodziewał się, że oddadzą mu piłkę wybitą ze względu na kontuzję koreańskiego gracza (dostał w głowę, krwawił) - wybuchła karczemna awantura ozdabiana ciosami taekwondo i duszeniem rywali ręcznikami. Finał wygrali dopiero w rzutach karnych i zdobyli trofeum jako pierwszy katarski klub od 1989 roku.

Upadek Brazylii

Po ubiegłorocznej klapie mundialowej przyszła klapa na Copa America - tam też "Canarinhos" odpadli w ćwierćfinale, nie potrafiąc pokonać Wenezueli ani Paragwaju. Z tym ostatnim remisowali dwukrotnie, by w decydującym starciu zmarnować wszystkie cztery (!) wykonywane rzuty karne. Dlatego w rankingu FIFA spadli najniżej w historii - bujają się między piątym a siódmym miejscem. A może to normalne, że reprezentacja upada, jeśli sparingpartnerów dobiera jej agencja marketingowa (Kentaro, objazdowy cyrk nosi nazwę Brazil World Tour) akceptująca wszystkich, którzy słono zapłacą? W tym roku i tak się poprawiło - pięciokrotni mistrzowie świata rzadziej grali z rywalami komicznie egzotycznymi, nie powtórzyło im się też kuriozum ciut starsze - rozgrywanie meczu z argentyńskimi sąsiadami w Katarze.

Chaotycznego obrazu dopełnia skandal z planem gier na najbliższym, brazylijskim mundialu. Planem podporządkowanym wojenkom działaczy i polityków. - To absurd. Czy oni nie rozumieją, jakie znaczenie ma dla nas ten stadion? - wściekał się Mario Zagallo po szokujących wieściach, że na turnieju w 2014 gospodarze tylko jeden mecz - finałowy - mają szansę rozegrać na Maracanie, monumentalnej ikonie tamtejszego futbolu.

Najbardziej porywczy prezes

Maurizio Zamparini zatrudnił trenera Stefano Piolego po zakończeniu ubiegłego sezonu, by zwolnić go jeszcze przed rozpoczęciem bieżącego. "Piłkarze go nie słuchali, musiałem interweniować - wytłumaczył właściciel Palermo, który zapragnął zatrudnić Delio Rossiego. Trener zwolniony przez Zampariniego już dwukrotnie trzeci raz naciągnąć się nie dał.

Portugalskie łby do interesów

Chelsea musiała wyłożyć 15 mln euro, by wyjąć z FC Porto Andre Villasa Boasa . I uczyniła go najdroższym trenerem świata. Poprzednim rekordzistą był inny Portugalczyk José Mourinho, rok wcześniej podebrany Interowi Mediolan przez Real Madryt za 8 mln. Najdroższy piłkarz w historii? Oczywiście Portugalczyk, kupiony za 95 mln Cristiano Ronaldo. A najskuteczniejszy i w tej chwili już chyba również najsławniejszy agent, czyli pośrednik w handlu futbolowym żywym towarem? Portugalczyk Jorge Mendes.

Wpływy niewielkiej nacji z kąta kontynentu wciąż rosną, co widać i na/przy boiskach, i w transferach - nikt nie ubija lepszych interesów, nikt nie sprzedaje tylu graczy za dziesiątki milionów. W tym roku opchnęli Radamela Falcao za 40 mln, Fabio Coentrao za 30 mln, Davida Luiza też za 30 mln. W 2010 Angela Di Marię za 33 mln, Ramiresa za 22 mln, Bruno Alvesa za 20 mln. W 2009 Lisandro Lopeza za 24 mln i Lucho Gonzaleza za 20 mln. W 2008 Ricardo Quaresmę za 24 mln i Jose Bosingwę za 20,5 mln. W 2007 Andersona za 31,5 mln, Pepe za 30 mln, Naniego za 25 mln i Simao Sabrosa 20 mln. Podróż w przeszłość można by ciągnąć, ale chyba już widać, w czym rzecz - w połowie przypadków kupujący grubo przepłacał, notorycznie przeceniani są zwłaszcza portugalscy obrońcy. W 2012 roku Portugalczycy znów się obłowią - na eksporcie Joao Moutinho i Nicolasa Gaitana. Mój typ: po 30 mln euro od Chelsea i Manchesteru Utd. A jest jeszcze napastnik Hulk, wart jeszcze więcej...

Korupcja po turecku

Jeśli wszystkie zarzucane mu przestępstwa zostaną udowodnione, Aziz Yildirim, prezes najpotężniejszego ostatnio w kraju Fenerbahce, zostanie skazany na 156 lat więzienia. Za łapówki miały wygrywać także Besiktas i Trabzonspor, a nieobecność na ławie oskarżonych działaczy czwartego ligowego potentata Turcy tłumaczą sobie tym, że Galatasaray grało w 2010 roku tak kiepsko, że nawet korupcja by im nie pomogła. Na aferę zareagował już parlament - przegłosował ustawę zmniejszającą maksymalną karę za ustawienie meczu z 12 do 3 lat pozbawienia wolności.

Spojrzenie w przyszłość

"Za sto lat ludzie będą szaleć na punkcie Szachtara Donieck tak samo, jak teraz wielbią Barcelonę" - wyprognozowała podczas party na 75-lecie ukraińskiego klubu Milla Jovovich, aktorka i modelka urodzona w Kijowie.

Podyskutuj o podsumowaniu roku na blogu Rafała Steca