Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Rozmowa z trenerem Orestem Lenczykiem: Stary, jak ty dajesz radę w tym sporcie

W naszej lidze przede wszystkim liczy się przygotowanie, dopiero później umiejętności. A jak ma się graczy przeciętnych, muszą oni być rewelacyjnie przygotowani - tak trener Śląska tłumaczy fenomen drużyny, która nie przegrała jedenastu kolejnych meczów - mówi Sport.pl Orest Lenczyk.
68-letni Orest Lenczyk przejął drużynę po Ryszardzie Tarasiewiczu, z którym wrocławianie byli po ośmiu kolejkach na przedostatnim miejscu z czterema punktami. Od tego czasu Śląsk wygrał pięć meczów, zremisował sześć. Awansował na ósme miejsce, ma sześć punktów straty do miejsca premiowanego pucharami.

Przemysław Iwańczyk: Pana Śląsk nie przegrał 11 meczów z rzędu, w piątek pokonał Legię...

Orest Lenczyk: Bo sędzia się pomylił. Druga bramka padła przecież ze spalonego, ale arbiter prawdopodobnie tak był zauroczony akcją, że ją przepuścił. Bo musi pan przyznać, że akcja była przednia. Taka pomyłka to jednak zupełnie co innego niż na przykład niesłuszne podyktowanie karnego, czego ostatnio doświadczyliśmy [w meczu z Jagiellonią].

Wciąż jesteśmy bez porażki, a przecież start rundy zawsze jest wielką niewiadomą. Na odprawie przed Legią w punkcie pierwszym mówiłem: "zróbcie wszystko, by nie przegrać 0:4, 0:5". Bo niby czemu taki wynik miałby nie paść... Co prawda graliśmy dobrze z Cracovią i Jagiellonią, ale mieliśmy kłopot ze zdobywaniem goli. Legia za to podeptała w derbach Polonię. No i w Warszawie zaczęło się źle, od bardzo ładnego gola Borysiuka. Początek był czarny, ale się udało...

Myśli pan, że teraz z Lechią będzie nam łatwo?

Myślę, że jest pan defetystą: przestrzega pan piłkarzy przed porażką 0:5, mówi pan, że się udało, że w następnym meczu nie będzie łatwo...

- Jestem realistą, bo wiem, jakich mam piłkarzy. Pan nie był na żadnym treningu Lenczyka, a ja jestem na każdym...

Serb Vuk Sotirović odszedł właśnie ze Śląska do Jagiellonii, obrażając przy tym pana w mediach jak nikt dotąd...

- Nie będę rozmawiał na jego temat! Pomyje, jakie na mnie wylał, to zbyt poważna rzecz, bym załatwiał ją poprzez wywiad w gazecie. Proszę nie grzebać w tej sprawie.

Ma pan problem z piłkarzami spoza Polski? W podstawowej jedenastce Śląska obcokrajowcem jest tylko bramkarz ze Słowacji.

- Proszę zadzwonić do Honduranina Costlego, który grał w GKS Bełchatów, czy mam problem z obcokrajowcami, czy ma o mnie dobre zdanie. Bo ja mam o nim dobre... Ma pan inne pytania niż o Sotirovicia i obcokrajowców?

Po co panu ta trenerka, nerwy, klub, który musi się bronić przed spadkiem? Jeszcze niedawno mówił pan, że teraz już ma co robić - zajmować się rodziną, wnuki bawić...

- Jeszcze nie umieram, choć tylu pańskich kolegów skopało mnie z powodu wieku. Ubolewają pewnie, że nie jestem dotąd na łożu Abrahama. Mam 68 lat i parę dni, a piszą, że mam 69. Gdybym był 18-latkiem, dodany rok nie robiłby mi różnicy, a tak jest to zwykłe czepialstwo. Aleksa Fergusona albo Fabia Capello też się tak czepiają? Nie słyszałem...

Śląsk to dla pana 21. posada w samodzielnej trenerskiej karierze. Co panem kieruje, by brać kolejną robotę? Potrzebuje pan adrenaliny?

- Pomylił pan adrenalinę z raphacholinem... Nie biorę go z powodu kłopotów z gastryką, ale profilaktycznie rzeczywiście zażywam.

Ardenaliny wywołanej futbolem czy pan nie potrzebuje?

- Trenerka to mój zawód. Adrenalinę można mieć, kiedy pracuje się na dachach w USA, co przed laty robiłem. Pan pewnie tego nie robił, więc nawet nie wie, jakie to uczucie.

Jeśli ten wywiad ma być ze mną, chciałbym w nim przeczytać o Śląsku, a nie o Lenczyku...

Ale to pan jest najbarwniejszą postacią tego klubu.

- Barwnych trenerów proszę szukać nie w siedzibie klubu, ale na Podwalu [tam mieści się wrocławska prokuratura zajmująca się korupcją w polskiej piłce]. Jestem normalnym człowiekiem w Śląsku.

Wziął pan zespół pod kreską i pod pana ręką nie przegrał jedenastu meczów. Podobnie było w innych klubach. Ma pan sposób na wyciąganie z kłopotów?

- Moim zdaniem pracuję normalnie. Mam plany, mikrocykle, wiem, co robić. Później reszta zależy od piłkarzy.

Ale na co kładzie pan nacisk - przygotowanie fizyczne, taktyczne, czy motywację?

- Jeśli zawodnicy nie przegrywają, a od czasu do czasu uda im się coś wygrać, znaczy, że trener im nie przeszkadza. Choć wielu jest takich, którym przeszkadza trener - podrzucają mu świnię albo stwarzają atmosferę, że nieprzegranie jedenastu meczów jest nic niewarte.

Co do motywacji - nie mam szalika Mourinho, nie występuję w telewizji jako ekspert, a psychologię studiowałem tylko przez trzy lata.

W zimie starałem się tak przygotować zespół, żeby wiosną nie bili go w lidze, żeby sprostał przede wszystkim w meczach, w których nie jest faworytem. Z Legią był kolejny sprawdzian. Udany. Dodam, że po pierwszym meczu z Cracovią straciłem dwóch piłkarzy, po Jagiellonii kolejnych, z Legią już w 39. minucie wypadł mi Sztylka. A my wciąż bez porażki...

W polskiej lidze przede wszystkim liczy się przygotowanie, dopiero później umiejętności. A gdy ma się graczy przeciętnych, muszą oni być rewelacyjnie przygotowani. I tylko tacy mogą pomóc.

Porozmawiajmy o lidze. Jak pan ocenia coraz większy przypływ obcokrajowców do ekstraklasy?

- Być może narażę się tym, którzy zarabiają na transferach ogromne pieniądze, ale ja, jeśli korzystam z obcokrajowców, to tylko z takich, którzy są lepsi od Polaków. Czy we wtorek w zaległym meczu Śląska z Jagiellonią grali u rywala obcokrajowcy [siedmiu]? Czy byli lepsi od Polaków grających w Śląsku [było 1:1 po wątpliwym karnym dla Jagiellonii]? Ma pan odpowiedź, choć nie wiem, jakie zdanie na ten temat mają ci, którzy tych graczy sprowadzali.

Hubnik z Legii, Rudnevs z Lecha, Melikson z Wisły, Gasparik z Górnika to źli piłkarze?

- Chce pan powiedzieć, że to wyjątki potwierdzające regułę? Jeszcze o Kriwcu pan zapomniał, którego chciałem sprowadzić do Cracovii, ale uprzedził nas Lech. Kiedyś byli Roger, Edson, Vuković, Cantoro, Uche, Mihajlović, których dziennikarze także uznawali za gwiazdy. A jak żaden z polskich zespołów nie wchodził, tak nie wchodzi do grupowej fazy Ligi Mistrzów. Kadra od wielu miesięcy szykuje się do Euro 2012 i zupełnie olewamy naszych piłkarzy, sprowadzając masę obcokrajowców. Dlatego ciekaw jestem, jeśli oczywiście dożyję, jak za pięć lat będzie wyglądała nasza reprezentacja.

O polskich trenerach chciałbym porozmawiać. Afera korupcyjna przetrzebiła to środowisko.

- Czuję się zażenowany, kiedy kolejni jeżdżą do Wrocławia i po opowiedzeniu wszystkiego, co robili, liczą na odpuszczenie grzechów. Lepiej, żeby to środowisko jeszcze bardziej się skurczyło, bo może zostaliby tylko ci, którzy naprawdę powinni pracować w zawodzie. Ubolewa pan nad jakąś trenerską sławą, która tam się znalazła? Ubolewa pan nad jakąś sędziowską sławą, która tam zakończyła karierę? Nie uważa pan, że po wielu meczach następni powinni tam trafić? Mogę dać panu nazwiska dziesięciu arbitrów, o których na początku ich kariery myślałem: ekstra, tacy właśnie powinni sędziować. Minęły dwa, trzy lata i koniec. Wchłonęli ich ci, którzy rozdzielają mecze wśród sędziów, decydują, kto jest obserwatorem.

Wróćmy do trenerów. Marcin Sasal, szkoleniowiec Korony Kielce, mówił ostatnio "Rzeczpospolitej", że widzi wśród trenerów starszego pokolenia...

- ...samych złodziei.

Nie, zawistników.

- Że ja niby mam być zawistny? Z trenerem Probierzem się ostatnio przywitałem, szczerze pogratulowałem mu sukcesów, dodając, że to wielka sprawa wyprzedzić wszystkich wielkich tej ligi. Dodałem przy tym, że po okresie wzlotu, w następnym roku przychodzi spadek.

Zapytam Sasala, kiedy Korona będzie grała we Wrocławiu, czy mnie też ma za zawistnika. Zresztą kogo innego miał mieć na myśli? Nie róbmy jaj, chodziło o mnie, przecież nie o Andrzeja Strejlaua.

Za którego polskiego trenera by pan poręczył, powiedział, że to zdolny facet, który osiągnie sukces?

- Tylko za Strejlaua. O innych nie mogę się wypowiadać, bo jestem domatorem, kocham rodzinę i nie pokazuję się na stadionach, wśród VIP-ów, nie pcham się do mediów. Przez całe życie nie piłem też i nie paliłem, więc na różnych kursokonferencjach stałem z boku, ale widziałem, co się dzieje. Miał rację mój znajomy, który zapytał mnie kiedyś: "stary, co ty robisz w tym sporcie, jak ty dajesz tam radę?".

I powiem panu, że nie daję sobie rady. To znaczy daję, ale tylko w tym, co dla mnie jest najważniejsze - trening, prowadzenie drużyny, mecz. Szkoda, że interesuje to tylko niektórych futbolowych decydentów.

Wy, dziennikarze, też potraficie płakać tylko za niektórymi trenerami. Obsadzacie ich w czołówce rankingu jako kandydatów na zajmowane przez kogoś stanowisko. Z góry umiem przewidzieć, jakie nazwiska wtedy padną. To nie w porządku, te wszystkie powiązania medialne z niektórymi trenerami...

A piłkarzy ma pan ulubionych?

- Pomijając umiejętności, bo to fundament, życie trenerskie nauczyło mnie nie sięgać po piłkarzy, którzy nieustannie spadają z ligi bądź definitywnie z niej spadli, bo ich psychofizyka nie pozwala im przekroczyć pewnej bariery. Zawsze chcę wokół siebie ludzi, którym wystarczy podpowiedzieć, a nie mówić, co mają zrobić. Ludzi, którzy taktykę rozumieją, a nie wracają za każdym razem do abecadła.

Przeraża mnie, że wielu piłkarzy, którzy robili wielkie postępy, szli w dobrym kierunku, byli na pierwszych stronach gazet, tak szybko straciło szybkość, wytrzymałość i dynamikę. Oni wcale nie zapomnieli, jak gra się w piłkę, ale utrata cech fizycznych spowodowała, że przestali istnieć jako piłkarze. W Bełchatowie nawet trzech-czterech z nich było w kadrze i nagle to wszystko się rozsypało. Matusiak, Garguła, Nowak, Fonfara, a w innych klubach kolejni.

Nad tym się zastanówmy, dlaczego Polska piłka traci nieprawdopodobną liczbę dobrych piłkarzy. Na ich miejsce przyjeżdżają wcale nie lepsi, ale lepiej przygotowani. Pan wymienił Hubnika i innych, ale np. Ślusarski - dobrze przygotowany - jest na nasze warunki większą postacią.

Matusiak zapowiadał się na europejską gwiazdę...

- Jest mi go autentycznie szkoda, bo najbardziej cenię piłkarzy inteligentnych na boisku. Śmiano się z niego w Cracovii, że gra słabo, że goli nie strzela, ale nikt nie zauważył, że dwóch, trzech rywali ciągle musiało mieć go na oku, dzięki czemu inni mieli szansę gry.

Ale do Cracovii woleli sprowadzić malutkiego Holendra. Rywale podeptali go, poobijali, nie ma zawodnika. Sprowadzajmy dalej: piłkarzy, trenerów, menedżerów, sponsorów, wszystkich. Polskiej reprezentacji szybko nie będzie, tak jak już nie ma tej koszykarskiej.

Matusiak nie był łatwy do prowadzenia. A z Małeckim dałby pan sobie radę?

- Absolutnie tak. Co tam jest do okiełznania? Ma chłopak charakter, który na boisku daje ogromne korzyści drużynie. Prowokują go, stąd niektóre zachowania. Nie wyobrażam sobie, by z takim się nie dogadać. Jeśli Małecki chciałby przyjść do Śląska, chętnie się dołożę.

Wielu takich gagatków wziąłby pan?

- Miałem ich wielu. Przecież piłka nożna to nie jest elitarna dyscyplina. Większość postawiła na ten sport, zaniedbując inne sprawy, np. wykształcenie. Do nich trzeba podchodzić indywidualnie - na boisku i poza nim.

Ale ze Sotiroviciem się pan nie dogadał...

- Jest różnica między krnąbrnością a chamstwem poniżej pasa.

Rozmawiam z panem na raty - krótko przed meczem i już po meczu z Legią. Najpierw słyszałem trenera Lenczyka, który może zaraz wybuchnąć, po zwycięstwie jest pan niezwykle miły.

- Może dlatego, że siedzi obok mnie żona, a ja nie chcę, by dowiedziała się, jak przebiegają rozmowy o piłce. Zresztą gdybym był nietaktowny, zaraz by mnie zganiła. Wie pan, jak ma się piekło w pracy, to trzeba mieć wersal w domu. Proszę wybaczyć, jesteśmy w restauracji, zupa mi stygnie, do widzenia...