Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Na Cichej kapitan stracił na znaczeniu

Przed laty by wyprowadzić niebieskich na boisko, trzeba było być tej klasy piłkarzem co Gerard Cieślik czy Teodor Peterek. Dziś kapitańska opaska przechodzi z rąk do rak jak niewiele znaczący gadżet.
W rundzie jesiennej Ruch miał aż czterech kapitanów. Honorowego wyróżnienia doświadczyli Krzysztof Pilarz, Michał Pulkowski, Rafał Grodzicki i Maciej Sadlok. - Za moich czasów taka rotacja była nie do pomyślenia. Na opaskę kapitańską trzeba było sobie zasłużyć. Najczęściej zakładał ją na ramię Ślązak związany z Ruchem na dobre i na złe - wspomina Eugeniusz Lerch, znakomity napastnik, który w roku 1960 świętował z Ruchem mistrzostwo Polski.

Zaufany człowiek

Lerch, który reprezentował chorzowski klub w 11 sezonach, zapewnia, że nigdy nie wyprowadził drużyny na boisko w oficjalnym meczu. - Miałem to szczęście, że byłem w drużynie, gdy kapitanem był jeszcze Gerard Cieślik. To był niezwykły prestiż. Byliśmy wpatrzeni w kapitana jak w obrazek. To on był naszym łącznikiem z trenerem, działaczami. Po prostu zaufany człowiek drużyny - podkreśla Lerch, który twierdzi, że był kapitanem Ruchu tylko w meczach towarzyskich. - To były epizody, nie ma o czym mówić. Dopiero po przeprowadzce do ROW-u Rybnik poczułem się kapitanem pełną gębą. Liderowałem drużynie przez siedem lat. Czasami nawet z trenerami o składzie na najbliższy mecz rozmawiałem - mówi Lerch.

Mariusz Śrutwa, który z kapitańską opaską pożegnał się w roku 2006, przypomina, że tytuł kapitana stracił na znaczeniu, gdy trenerem Ruchu został Marek Wleciałowski.

W 2005 roku szkoleniowiec zaproponował, żeby kapitanów było aż czterech. Oprócz Śrutwy ta funkcja miała też przypaść Grażvydasowi Mikulenasowi, Grzegorzowi Bonkowi i Wojciechowi Grzybowi. - Ten układ funkcjonował tylko w sparingach. Potem Grzesiek Bonk się zbuntował. Stwierdził, że kapitan może być tylko jeden, i zostało po staremu - mówi Śrutwa.

Co ciekawe, w 1999 roku Wleciałowski, jeszcze jako piłkarz, też dzielił się opaską. Za czasów trenera Edwarda Lorensa drugim kapitanem był Maciej Mizia.

- To był dziwny układ, bo z tego co pamiętam, to nosiliśmy opaskę na przemian do pierwszej porażki - wspomina Mizia.

Tylko Grzyb

Takiej rotacji jak w ostatnich latach na Cichej nie było jednak nigdy. Gdy z funkcji kapitana zrezygnował Grzyb, opaskę przejął Grzegorz Baran. Klub nie przedłużył z nim kontraktu, więc zastąpił go Pilarz, który właśnie żegna się z klubem.

- Gdy wchodziłem do drużyny, to o kapitańskiej opasce mogłem tylko pomarzyć. Dziś mam wrażenie, że kapitanem może być każdy. To dlatego, że w szatni brakuje charakternych chłopaków, którzy są dla kibiców kimś więcej niż tylko dobrymi piłkarzami. Bo kapitan to nie tylko osoba, która wyprowadza zespół na boisko. To lider, który świadczy o drużynie - podkreśla Śrutwa.

Lerch twierdzi, że ostatnim kapitanem chorzowskiej drużyny z krwi i kości był Grzyb. - W szatni Ruchu to dziś jedyny piłkarz, który zasługuje na to wyróżnienie - zgadza się Śrutwa.

Grzyb zrezygnował z opaski jesienią 2009 roku. Piłkarz nigdy nie chciał się na ten temat rozwodzić. W Ruchu brakowało wtedy pieniędzy, więc Grzyb musiał często wykłócać się z działaczami. Z nieoficjalnych informacji wynika, że w szatni słyszał, że nie jest dostatecznie stanowczy. Tymczasem w oczach działaczy był zbyt natarczywy. Ostatecznie zmęczony piłkarz podziękował za zaufanie drużyny i oddał opaskę.

- W oczach niektórych wciąż jestem kapitanem. W ten sposób zwracają się do mnie niektórzy koledzy, jeden z działaczy. Nawet dziennikarzom zdarza się mnie tak tytułować, chociaż to przecież nie jest prawda. Gdy z drużyny odszedł Grzesiek Baran, wróciło pytanie, czy nie zgodziłbym się znowu założyć opaski. Odmówiłem. Czy zmienię zdanie w przyszłości? Trudne pytanie Zimą ten temat na pewno wróci - mówi Grzyb.

Żona doszyła herb

Lerch: - Pamiętam czasy, gdy kapitana znakowało się plastrem. Trzeba było tylko uważać, żeby nie owinąć mu ręki zbyt mocno, bo krew mogła przestać dochodzić. Mnie najbardziej podobały się opaski z literą C. Szkoda, że dziś spotyka się takie coraz rzadziej. Trzeba jednak pamiętać, że opaska to coś więcej niż symbol.

Śrutwa zachował swoją ostatnią opaskę. - Zawsze miałem świadomość tego, że wyprowadzałem na boisko drużynę 14-krotnego mistrza Polski. Moja opaska była szczególna. Żona przyszyła do niej klubowy herb. Gdy odchodziłem z klubu, koledzy mi ją oddali. Myśleli podobnie jak ja - to nie jest przedmiot, który przechodzi z rąk do rąk. To powód do dumy, który ma swojego właściciela - kończy Śrutwa.

Zaczęło się od Soboty

Encyklopedia Ruchu Chorzów opublikowana przed wydawnictwo GiA podaje, że pierwszym kapitanem niebieskich był najprawdopodobniej Józef Sobota, zdobywca pierwszej ligowej bramki dla Ruchu.

Przez lata było to wyróżnienie zarezerwowane dla największych - Gerarda Wodarza, Teodora Peterka. Po wyzwoleniu pierwszym, który założył opaskę kapitana, był bramkarz Walter Brom. W 1950 roku kapitanem został Gerard Cieślik, a po nim także Eugeniusz Pohl, Antoni Nieroba czy Antoni Piechniczek. Kapitanami byli też dzisiejszy trener Ruchu Waldemar Fornalik oraz dyrektor Mirosław Mosór.

opr.tod