Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Jacek Bednarz: Szukam okazji dla Legii

Na razie nie wydarzyło się nic więcej oprócz tego, że rekomendowani przeze mnie piłkarze wzbudzili zainteresowanie Legii, ale nawet nie wiem, czy ktoś pojedzie ich obejrzeć - mówi były piłkarz, rzecznik i dyrektor Legii.
Robert Błoński: Kilka tygodni temu dostał pan zadanie znaleźć wartościowych piłkarzy do Legii. Udało się? Klub potrzebuje środkowego obrońcy, skutecznego napastnika i skrzydłowego.

Jacek Bednarz: Moją rolą jest doradzenie, a nie szukanie. Legia ma od tego ludzi z dyrektorem sportowym Markiem Jóźwiakiem na czele. Mam swoje pomysły, rekomendowałem trzech-czterech zawodników, którzy moim zdaniem wzmocniliby Legię. Nie wiem, czy zostaną zaakceptowani.

Z pana rekomendacji do Legii przyjechali ostatnio napastnicy Maicon z Brazylii i Bośniak Fajić?

- Nie. We wrześniu zachęcałem klub, żeby przyjrzał się Fajiciowi. Ale to nie jest to zawodnik, którego trzeba od razu kupić. Młody, wysoki, potrafiący strzelać gole - wystarczy, żeby go zobaczyć. Na pewno od razu nie byłby wzmocnieniem. Celem Legii jest mistrzostwo Polski, potrzebuje wzmocnień, a nie uzupełnień.

Polecani przez pana piłkarze byliby wzmocnieniem?

- Uważam, że tak.

Jak pan ich szukał?

- Na podstawie wielu rozmów, obserwacji i kontaktów. Prochu nie wymyślam. Futbolowym agentem jestem od dawna, wcześniej byłem dyrektorem sportowym Legii i Wisły, znajdowanie piłkarzy nie jest dla mnie nowością. Wielu piłkarzy oglądałem osobiście. Kontaktami wspieram się przede wszystkim wtedy, gdy zawodnik gra daleko od Polski.

Rekomenduje pan ich dyrektorowi sportowemu?

- Tak, Marek jest pierwszą osobą, która słyszy ode mnie nazwisko.

Słyszałem, że po nieudanych ostatnich transferach o rekomendację osobiście prosił pana właściciel klubu Mariusz Walter. Pamiętał pana transfery do Wisły, m.in. Marcelo i juniora Diaza oraz sprowadzenie do Legii Fabiańskiego, Janczyka, Muchy, Outtary czy Szałachowskiego.

- Nazwiska trafiają także do władz klubu. Wszystko, o czym wie Marek, wie również właściciel.

Jaki jest dalszy los tych rekomendacji?

- Nie do końca wiem. Klub decyduje, jak chce skorzystać z informacji. Jeśli uzna je za interesujące, ktoś pewnie pojedzie obejrzeć zawodników albo ja dostarczę materiały z ich występami. Mojej roli nie należy przeceniać. Czy rady się przydały, zobaczymy pod koniec lutego, kiedy skończy się czas zmiany klubów. Jeśli Legia zdecyduje się na transfer któregoś z zawodników, to jego przeprowadzenie nie będzie kłopotliwe. Może pochłonąć dużo czasu.

Dostał pan od Legii informację: potrzebujemy piłkarzy na takie pozycje i mamy tyle pieniędzy do wydania czy też ma pan znaleźć zawodników, a później będzie czas, by się zastanowić, czy ich kupić. Szuka pan młodych czy doświadczonych?

- Najpierw klub powiedział, kogo potrzebuje. Zaraz potem, ile może na niego wydać. W takich ramach się poruszam. Legia potrzebuje zawodników, którzy od razu poprawią jej jakość. Będę namawiał klub, żeby pozwolił mi znaleźć okazję. W naszej lidze, przy ograniczonych możliwościach budżetowych, jesteśmy skazani na takie właśnie okazje. Brazylijski obrońca Marcelo przeszedł z Santosu do Wisły za darmo, a po dwóch sezonach PSV kupiło go za duże pieniądze [3,5 mln euro]. Marcelo był okazją. Z reguły są nimi młodzi, tani piłkarze, którym trzeba dać szansę i zaczekać, czy będzie to strzał w dziesiątkę.

W Legii model "okazji" się nie sprawdził. W ostatnich latach testowano piłkarzy ze wszystkich stron świata, zdało je dwóch z blisko 30. Wyglądało to na szukanie po omacku, okazja się nie trafiła.

- Z faktami trudno dyskutować. Nie udało się znaleźć nikogo na miarę oczekiwań. Zawodnicy przyjeżdżają do Polski z różnych miejsc i na początku różnie się zachowują. Testy nie są najlepszym ze sposobów decydowania o transferze. Ale lepszego za bardzo nie ma. Jeżdżenie na miejsce i oglądanie piłkarza w miejscu, którym on gra, jest wskazane. Tyle że co innego zobaczy skaut, co innego dyrektor sportowy, a jeszcze co innego trener, który odpowiada za wynik i grę zespołu.

Szuka pan piłkarzy tylko za granicą?

- Tak. Bo tylko oni mogą podnieść poziom naszej ligi. Klasowych polskich zawodników jest zbyt mało. Jesteśmy skazani na graczy zagranicznych, ale dobrych. Trzeba jeździć, oglądać ich i czasem zapraszać do nas na testy.

Wspomniani Fajić i Maicon przyjechali do Warszawy na przełomie listopada i grudnia. Wierzy pan, że w zaspach i na mrozie pokazali wszystko, co potrafią?

- Nie. Ale przy okazji trenerzy ich poznali, porozmawiali z nimi, lekarze zbadali. Jeśli się okazało, że mają dobrą wydolność i niezłą szybkość, to ze swoim potencjałem fizycznym mogą się rozwinąć.

Pana piłkarze są wyłącznie z Europy?

- Nie. Znalezienie bramkostrzelnego napastnika jest trudne. Ci, którzy mnie interesowali, kosztowali niesamowicie dużo. Spoza Europy są tańsi.

Obowiązuje pana zasada lojalności? Jeśli rekomenduje pan do Legii, to już nigdzie indziej?

- Nie mam ograniczeń. Niektórych jednak w pierwszej kolejności polecam Legii. Swoją działalność prowadzę nie tylko w Polsce.

Ma pan pewność, że jeśli Legia będzie chciała któregoś z zawodników, to i on, i jego klub będą zainteresowani transferem?

- W kilku przypadkach mam takie gwarancje. W innych przekazuję tylko informację, że jest to zawodnik, jakiego Legia potrzebuje, który spełnia wszystkie kryteria. Nie znaczy to, że wszystkich tych graczy i ich agentów znam osobiście. Ale każdego piłkarza widziałem na boisku przynajmniej kilka razy. Na razie jednak nic więcej się nie wydarzyło oprócz tego, że wzbudzili zainteresowanie na Łazienkowskiej. Czy ktoś pojedzie ich obejrzeć? Nie wiem. Ale na wszelki wypadek szykuję kolejne rekomendacje. W grudniu będzie ich więcej niż w listopadzie.