Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Boisko Arki wrogiem... Arki

- Największy problem ze sztuczną nawierzchnią w Gdyni może mieć... drużyna z Gdyni - zauważył trener Ruchu Waldemar Fornalik
- No. Przyjechaliśmy, wygraliśmy, wracamy, zapominamy - rzucił po meczu obrońca Ruchu Wojciech Grzyb, a zapomnieć chciał o sztucznej murawie. - Od poniedziałku interesuje nas już tylko naturalna trawka.

W Gdyni po raz pierwszy w historii polskiej piłki rozegrano mecz na sztucznej nawierzchni. Zamieszanie było z tym ogromne, bo część klubów była przeciwna grze na takiej murawie, a PZPN nie wiedział, jak ten problem rozwiązać (kto ma wydać zgodę).

Już w pierwszym meczu upadła jednak teoria rywali, że sztuczna murawa będzie atutem drużyny z Gdyni.

- Owszem, murawa jest inna, piłka inaczej się na niej odbija, ale wystarczy kilka czy kilkanaście minut, żeby się do niej przyzwyczaić - oceniał Fornalik.

Ruch przez cały tydzień przed meczem w Gdyni trenował na sztucznej nawierzchni.

- Ale to było boisko zupełnie innej jakości. Dlatego na wszelki wypadek odbyliśmy jeszcze trening w Gdyni i to nam wystarczyło - dodał trener Ruchu.

Zdaniem Fornalika i jego piłkarzy największy problem z grą na Narodowym Stadionie Rugby w Gdyni będą mieli nie rywale Arki, ale sama Arka.

- Murawa, jak na sztuczną, jest niezła, choć i tak ciężko wykonuje się na niej skręty, brakuje naturalnego poślizgu. Stawy skokowe i kolanowe są mocno obciążone, łatwiej więc o kontuzję. Dlatego współczuję piłkarzom Arki, że będą tu grać i trenować całą wiosnę. Choć akurat po tym meczu na kolano narzekał nasz piłkarz Artur Sobiech. Coś sobie zrobił z kolanem i mówił, że to właśnie przez to boisko - powiedział Grzyb.

- Gra na takiej murawie to znacznie większe obciążenie dla piłkarzy i Arka będzie musiała sobie z tym radzić. Poza tym, to będzie trudne - w weekend grasz na sztucznej murawie, a w następny już na naturalnej nawierzchni. Arce może być ciężko, aby się do tego przyzwyczaić - dodaje Fornalik.

- Sztuczna murawa nie miała żadnego wpływu na naszą porażkę z Ruchem, głupotą byłoby mówić, że przegraliśmy, bo boisko nie było naturalne. My tam się cieszymy, że mogliśmy zostać w Gdyni, zamiast jechać grać do innego miasta, np. tak popularnego ostatnio Sosnowca - ocenił obrońca Arki Maciej Szmatiuk.

A trener Arki Dariusz Pasieka dodał: - Nie rozumiałem tego szumu, że sztuczna nawierzchnia może być naszym sprzymierzeńcem. OK, mecz ekstraklasy na takim boisku to zupełna nowość, ale przecież wszystkie drużyny grały i trenowały kiedyś na sztucznych murawach. To normalka.

Ruch wygrał w Gdyni, bo był zabójczo skuteczny. W pierwszej połowie Arka miała cztery-pięć 100 proc. okazji, ale to Ruch prowadził. Dwie świetne okazje zmarnował Przemysław Trytko, trzy Joel Tshibamba, a Ljubomir Ljubenov trafił piłką w słupek. To wszystko w pierwszych 45 minutach! Po przerwie Arka grała już beznadziejne, a Ruch nie miał litości.

Fatalny mecz zagrał Andrzej Bledzewski, który przy dwóch pierwszych bramkach odbijał piłkę tak, że spadała ono prosto na nogę piłkarzy Ruchu.

- Co kopnęli w stronę naszej bramki, to im wpadło - ocenił Szmatiuk.

- Wypunktowali nas jak bokser na ringu - dodał Pasieka. - A Bledzewski? Owszem, popełnił błędy, ale zrobili je też obrońcy, którzy zapomnieli o asekuracji.

Mówi Marcin Budziński

Maciej Korolczuk: Nie tak sobie wyobrażaliście inaugurację rundy wiosennej w Gdyni.

Marcin Budziński: Myśleliśmy, że jesteśmy w stanie wygrać z Ruchem. Byliśmy mocno zmotywowani, żeby odbić się od dołu tabeli, ale niestety się nie udało. Mecz nie ułożył się po naszej myśli. Mieliśmy sytuacje, których nie wykorzystaliśmy, a Ruch nie miał z tym problemów.

Co działo się w przerwie w szatni?

- Trener motywował nas mówiąc, że jesteśmy w stanie wygrać. Musimy tylko wykorzystać sytuacje, jakie stworzyliśmy. Oczywiście to, co było złe, skrytykował i poprawił.

Z trybun mecz wyglądał momentami tak, że Arka grała w piłkę, a Ruch strzelał bramki.

- Z boiska to wyglądało identycznie. Mieliśmy wrażenie, że kontrolujemy przebieg meczu, a tu jeden strzał, dobitka i gol, drugi strzał, dobitka i gol. I zrobiło się 0:2. Fizycznie wyglądaliśmy dobrze, wręcz lepiej od Ruchu, który pod koniec oddychał rękawami.

Grał pan na optymalnej dla siebie pozycji defensywnego pomocnika. Wydaje się, że wygrał pan rywalizację z Adrianem Mrowcem, ale dobra współpraca z Bartoszem Ławą układała się tylko w pierwszej połowie.

- Pierwsza połowa wyglądała przyzwoicie, w drugiej było gorzej. Ale moja pozycja nie jest pewna. Rywalizacja trwa. W następnym meczu mogę nie grać. Każdy się stara. Wszyscy będziemy pracowali na efekt końcowy.

Rozmawiał Maciej Korolczuk