Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

23 lata minęły... Kotlet a la Lechia

- Jesteśmy na obozie, siedzimy przy stole, a Maniek mówi: może ktoś kotleta weźmie, bo już nie mogę? Byłem pierwszy, kotlet był na moim talerzu. A Maniek rzucił: panie Kotlecik, ależ pan szybki. I tak już zostało
Zanim trafił do Lechii, był kierowcą miejskich autobusów w Gdańsku. W 1986 r. kolega, który woził już piłkarzy, namówił go na przeprowadzkę. Marek Janowski, czyli "Kotlet", jest związany z Lechią już od 23 lat.

Wygrana bitwa o kotleta

Nadal siedział za kółkiem, ale teraz przemierzał Polskę i woził na mecze piłkarzy oraz drużynę rugbistów. "Kotletem" został w górach.

- Pojechałem z Lechią na obóz. Siedzimy przy stole, a Maniek [trener Marian Geszke] mówi: może ktoś kotleta weźmie, bo już nie mogę?

W górę poszły ręce uzbrojone w widelce.

- Byłem pierwszy, kotlet wylądował na moim talerzu. A Maniek rzucił: panie Kotlecik, ależ pan szybki. I tak już zostało.

W Lechii się nie przelewało, a klubowy autokar popadał w ruinę.

- Kartofli się nie wozi autobusem, ale ludzi. Rzuciłem więc to w diabły. Szukałem pracy, aż kierownik Marek Bąk mnie zaczepił i mówi: Marek chodź do magazynu. No to poszedłem i do teraz jest to moje królestwo.

W magazynie jest porządek. Koszulki, dresy, ochraniacze, piłki - wszystko podpisane i równiutko poukładane na półkach. Mimo że jest już po sezonie, ruch jak w ulu, do magazynu co chwilę wpadają piłkarze - a to po pompkę, a to po czapeczkę, a to po... pepsi.

- Nie wiem dlaczego, ale pan ma najlepszą - mówi bramkarz Lechii Paweł Kapsa i wychodzi uśmiechnięty z butelką napoju w ręce.

Skrzydełko czy nóżka?

W menu "Kotleta" zostały już tylko napoje, ale kiedyś głośno było o jego kulinarnych zdolnościach. A wszystko zaczęło się od kiszenia ogórków.

- Kolega wręcz zasypał mnie ogórkami. Byłem zły, bo na co mi tyle ogórków? Ale on zobaczył w kącie wiadro i mówi: weź i zakiś. I już niedługo potem pół drużyny zajadało się ogórkami. Potem pracownicy klubu zaczęli wpadać niby przypadkowo: panie Mareczku, są jeszcze ogóreczki? O, widzę, że są, to się poczęstuję... Poszła taka fama, że pytał o nie nawet mój kolega z Ameryki. A jak ktoś przyszedł na stadion, to najpierw wpadał na małosolnego, a dopiero potem szedł załatwiać swoje sprawy - wspomina Janowski.

Ogórki były jednak tylko przystawką. W starych pomieszczeniach były różne zakamarki. W jednym z nich stanął palnik gazowy i tak powstała słynna "kuchnia Kotleta".

- Często słyszałem: panie Marku, ma pan tutaj pieniążki, kup pan co trzeba. No to szedłem do sklepu, kupowałem mięsko, peklowałem i wrzucałem na patelnię. Obiad dla drużyny był gotowy. Kotleciki mielone, kurczaczek, boczek z cebulką - nie ma problemu. Wielu piłkarzy i trenerów się u mnie stołowało - mówi "Kotlet". - A kiedyś, gdy mnie akurat nie było, to Jurek Jastrzębowski tak zgłodniał, że zdesperowany wyjadł mi wszystkie jajka. Zganiał to potem na chłopaków.

- Nie pamiętam tego, ale i tak bym się nie przyznał - śmieje się Jastrzębowski, były trener Lechii, a obecnie Bałtyku Gdynia. - Ale do tego, jak bardzo smakowały mi zrobione przez niego szaszłyki czy skrzydełka, to już mogę się przyznać. Palce lizać, a przyrządzał to na zwykłym palniku od herbaty - wspomina Jastrzębowski.

Tajemnica szafki Zieńczuka

Teraz, kiedy w Gdańsku jest ekstraklasa, a pomieszczenia za trybuną są wyremontowane, "kuchnia Kotleta" została zamknięta.

- Zakaz gotowania i kiszenia. Trochę szkoda - mówi z żalem "Kotlet", ale nie narzeka na brak obowiązków.

W magazynie jest mnóstwo roboty. Zwłaszcza, że niektórzy piłkarze nie wiedzą, co to porządek.

- Najgorszy był Marek Zieńczuk. O Jezuniu, ten to był dopiero bałaganiarz. Jak się jego szafkę otworzyło, to szło się załamać. Czego tam nie było. Nagle wypadało z niej z dziesięć używanych ręczników - mówi "Kotlet".

W pracy zetknął się z wieloma trenerami, setkami piłkarzy. Różnymi charakterami na boisku i w życiu codziennym. No i z nietypowymi zachowaniami.

- Tomek Dawidowski brał krzesło pod prysznic, puszczał ciepłą wodę i siedział na nim przez godzinę. To była jego... odnowa biologiczna, bo saunę mamy dopiero od niedawna - mówi Janowski.

Dobry psikus nie jest zły

Piłkarze od czasu do czasu robią mu kawały.

- Włożą mi ciężarki do pojemników na sprzęt, zaczają się za drzwiami i patrzą, co ja z tym zrobię. Ale nigdy się nie gniewam. To przyjemna praca. Człowiek nie ma już 18 lat, ale cały czas przebywa z młodzieżą. Dzięki temu czuję się dużo młodszy, podtrzymuje mnie to na duchu - mówi 56-letni magazynier.

Ale Janowski padł też ofiarą makabrycznego żartu. Wokół stadionu codziennie kręciło się kilka bezdomnych, małych kotów. Kiedy nagle znikły, w obieg został puszczona plotka, że odpowiada za to "Kotlet".

- Kotki przygarnęli rodzice chłopców, którzy trenowali na Lechii. Ale "Duży" [Robert Sierpiński, były piłkarz Lechii] wmawiał wszystkim, że je ugotowałem i zjadłem. Na jeden z meczów przyszedł mój kolega z córką, a Robert, który wiedział, że wybieram się do nich na przyjęcie, zapytał ją: Masz kota? Nie? To dobrze, bo pan Marek by ci go zjadł. Dziewczynka była przerażona i potem, podczas imprezy, co rusz się mnie pytała, czy to prawda, że zjadam koty. Zresztą pytają o to do dziś.

Sam też lubi "robić sobie jaja".

- U pana Marka wisi ogromy plakat Realu Madryt z 1995 r. Do magazynu trafił razem ze strojami firmy Kelme, która ubierała wtedy drużynę Królewskich i Lechię Olimpię. Jeden z piłkarzy wypisz wymaluj przypomina Marcina Mięciela. Razem z panem Markiem potrafiliśmy bez mrugnięcia okiem wkręcać ludzi, że to rzeczywiście "Miętowy". Tak skutecznie, że po kwadransie większość wierzyła, że Mięciel grał w Realu - mówi piłkarz Lechii Krzysztof Brede.

W czasach Lechii Olimpii zdarzyło się też, że drużyna prowadzona przez Huberta Kostkę, z braku miejsc do trenowania, zimą ćwiczyła na śniegu, na pasie startowym na Zaspie.

- Straż Miejska wlepiła nam mandat, ale nie to było najgorsze. Kostka miał wtedy takie stare wełniane rękawiczki i jedną zgubił. Nie mógł tego przeboleć, wściekł się i powiedział, że nie wrócimy, dopóki się nie znajdzie. No i cała drużyna z nosem przy ziemi przez prawie dwie godziny przeczesywała stare lotnisko... Znaleźliśmy ją - wspomina "Kotlet".

Porada od serca

Życie Janowskiego toczy się wokół Lechii. Własnej rodziny nie założył.

- Jestem sam. Trochę przez Lechię, bo przestałem dbać o swoją sympatię. Ale nie jest źle, choć sąsiedzi mówią, że powinienem sobie kanapę wstawić do magazynu, bo w domu tak rzadko bywam, że nie jest mi potrzebna. Mówią, że nie mam życia prywatnego. Może i mają rację, ale na Lechii mam zawsze tyle do zrobienia. Ile mam tutaj problemów, także osobistych do rozwiązania - zamyśla się. - Na Piotrka Kasperkiewicza to nawet synek mówię. Co rusz przychodzi do mnie po radę, nawet w sprawach sercowych - mówi.

Ostatnio ma trochę lżej.

- Wcześniej robiłem dosłownie wszystko. Przychodziłem na szóstą rano, malowałem linie na boisku, robiłem chłopakom "wcierki" przed meczem. Roboty było mnóstwo, a pieniądze marne. Teraz skupiam się na magazynie, a i z gotówką jest ciut lepiej - mówi "Kotlet", który jednak dorabia sobie jako masażysta w zespołach juniorów. Nie musi już tak wcześnie stawiać się w pracy, choć kiedy trenerem był Dariusz Kubicki, musiał zmienić swój grafik.

- Trener Kubicki pojawiał się na obiekcie już kwadrans po siódmej. No to podjąłem decyzję, że będę przychodził wcześniej. Następnego dnia jestem na stadionie pięć po siódmej, a trener już siedzi. Byłem zdziwiony, a on wypalił: a co mam w hotelu robić?

Marek Bąk: - Dołożył swoją cegiełkę do budowania Lechii. To człowiek orkiestra - był kierowcą, szewcem, lekarzem i masażystą. Tacy ludzie są potrzebni klubowi, ale potem za mało doceniani.

Bóg wybacza, "Kotlet" nigdy

Mocno kibicuje Lechii i przeżywa jej porażki Lechii.

- Nieraz człowiek po meczach jest tak zdenerwowany, że nie wie, czy erki nie wzywać. Takiemu "Pękiemu" [Paweł Pęczak] to lepiej nie wchodzić w drogę. Ma taki wzrok, że aż strach. Ale piłkarz ma dobrze, może kopnąć w drzwi, rzucić butem i się rozładować. Mi nie wypada, kumuluję to w sobie i wracam nabuzowany do domu. Ale jak się porządnie wścieknę, to trzyma mnie to czasem nawet kilka lat. Pamiętam mecz z Hutnikiem w Krakowie. Maciek Kamiński uderzył w środek bramki, piłka odbiła się od siatki i wyszła w pole. Ale gol był. Sędzia Wojciech Rudy nie uznał jednak tej bramki - wspomina "Kotlet".

Po paru latach spotkali się na zgrupowaniu.

- Ja ci ręki nie podam - wypaliłem.

On na to: No coś ty, Marek, tyle lat minęło.

- Ale ja pamiętam. Taki już jestem.

Wielki facet o gołębim sercu

Wspomina Michał Globisz, były trener Lechii, a obecnie młodzieżowych reprezentacji Polski. - Kiedyś wysłałem początkującego trampkarza po piłkę do magazynu. Nie wiedział, że "Kotlet" to tylko ksywa pana Marka, więc wszedł i wypalił: Panie Kotlet, proszę o piłkę. No i pan Marek lekko się wk... i skrzyczał mi chłopaka. Ale to sympatyczny człowiek.

Janowski przyznaje, że od czasu do czasu ryknie na młodych: - Czasami trzeba ich pouczyć. Bo potrafią brzydko o człowieku mówić. Ale na pewno młodzież mnie się nie boi!

Potwierdza to pracujący z młodzieżą w Lechii Józef Gładysz: - To duży facet o gołębim sercu. Zawsze potrafił znaleźć wspólny język z młodzieżą i był przez nią lubiany.

Brede: - Kiedyś przyszły do mnie dzieci po piłkę, więc wysłałem je do pana Marka. Miał zły humor, więc powiedział, że nie ma i już. No to poszedłem i zapytałem, czemu okłamuje dzieci, bo przecież przynajmniej ze dwie piłki sam połknął. To była aluzja do jego sporego bebzona. Zna się na kawałach, więc od razy humor mu wrócił i piłka dla dzieci się znalazła.

- Mimo swojej wagi nieźle gram w tenisa. Rywale wychodzą po gierce ze mną zmęczeni i spoceni, a często i przegrani. Nawet Marcin Kaczmarek, który gra dobrze i hasa po korcie jak zajączek - mówi "Kotlet".

Przez lata na Lechii spotkał kilka pokoleń piłkarzy i uważa, że niewiele się zmienili.

- Różnią się tylko samochodami, jakimi podjeżdżają, i ubraniami. Żartuję że mają chyba mole w szafach i przez to dziury w spodniach. Generalnie piłkarze to wesoła ekipa. Od małego wychowują się w dużym gronie, więcej czasu spędzają ze sobą niż w domach. To także moja rodzina, bez niej nie wyobrażam sobie swojego życia.