Sport.pl
  
Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

ŁKS znów rozgromiony. Bez umiejętności, bez walki

Po drugim meczu ŁKS-u w ekstraklasie można by napisać, że jest postęp. Bo drużyna straciła jedną bramkę mniej niż na inaugurację. Poważnie jednak, sytuacja beniaminka jest dramatyczna, a powodów do optymizmu nie widać
Za pogrom w spotkaniu z Lechem Poznań posadą zapłacił Andrzej Pyrdoł. Okazało się jednak, że nie wystarczy zmiana trenera, bo przyczyny fatalnej postawy ełkaesiaków są znacznie poważniejsze. Sytuacja jest dramatyczna, bo przecież drużyna w trzech ostatnich meczach ligowych (ostatnim w I lidzie i dwóch w ekstraklasie) straciła aż 14 goli. To, co wystarczało na dominację w poprzednim sezonie, po awansie nie pozwala nawet na uniknięcie blamażu. To ostre słowa, ale inaczej nie można nazwać tego, co pokazują ełkaesiacy.

Najgorsze, że zespół nie wyciąga wniosków. W pierwszym spotkaniu fatalnie zagrał w defensywie. Tydzień później wcale nie było lepiej, a przecież przeciwnik był słabszy.

Debiutancki mecz Dariusza Bratkowskiego w roli pierwszego trenera ŁKS-u zaczął się bardzo źle. Co z tego, że szkoleniowiec zdecydował się na zmianę taktyki i składu, skoro już po czterech minutach wszystkie plany trzeba było zweryfikować z powodu głupoty Radosława Pruchnika. Inaczej jego zachowania nie można nazwać, bowiem po dośrodkowaniu Łukasza Madeja odbił piłkę ręką! Sędzia bez wahania podyktował rzut karny, wykorzystany przez Dariusza Sztylkę. I tak jak w inauguracyjnej kolejce Bogusław Wyparło po raz pierwszy miał piłkę w rękach wyjmując ją z siatki.

A szkoda, bo po spotkaniu w eliminacjach do Ligi Europy trener Śląska Orest Lenczyk w swoim stylu zmienił niemal całą jedenastkę. Można nawet stwierdzić, że ełkaesiacy mieli naprzeciw siebie drugą drużynę z Wrocławia, bez Cristiana Diaza, Sebastiana Mili, Mateusza Cetnarskiego, Roka Elsnera, Dariusza Pietrasiaka czy Sebastiana Dudka.

Także Bratkowski dokonał kilku roszad. Przede wszystkim zrezygnował z gry dwoma napastnikami i czterema środkowymi pomocnikami. Za słaby występ przeciwko Lechowi zapłacili stoper Michał Łabędzki oraz Tomasz Nowak. Cezary Stefańczyk został przesunięty z prawej obrony na prawą pomoc. Chyba dobrze, bo sprowadzony z Zawiszy Bydgoszcz zawodnik w defensywie nie jest orłem, tak samo zresztą jak w ofensywie. Przede wszystkim jednak brakuje mu szybkości...

Niestety, w piłkarzy z al. Unii nie zmieniło się jedno - gra obronna. Brak zdecydowania, błędy w kryciu i przede wszystkim zostawianie rywalom mnóstwo miejsca w środku boiska i pod bramką. Znakomicie pokazuje to sytuacja z 44. min. Gospodarze wyprowadzili kontrę, w wyniku której po prawej stronie boiska z piłką biegł boczny obrońca Tadeusz Socha. Nie było obok niego ani Sebastiana Szałachowskiego, ani Bartosza Romańczuka, ale asekurował ich Marcin Adamski. Tyle tylko, że zamiast zaatakować wrocławianina, trzymał się w bezpiecznej odległości od niego, czyli ok. pięciu metrów. Takie zachowanie to piłkarski kryminał!

Skoro w ten sposób postępuje najbardziej doświadczony obrońca ŁKS-u, to czego wymagać od Michała Gieragi, Bartosza Romańczuka czy Piotra Klepczarka, którzy w sumie mają sześć występów w ekstraklasie. Wracając do akcji, to po dośrodkowaniu Sochy Johan Voskamp spokojnie przyjął piłkę, mimo ataku Klepczarka obrócił się w stronę bramki i kopnął obok bezradnego Wyparły.

Łódzki bramkarz nie miał szans przy żadnym z goli, bo przy drugim Sztylka strzelał z bliska i zupełnie niepilnowany. Przy czwartym trafieniu Łukasz Madej wyszedł sam na sam (z piłką biegł szybciej niż Adamski bez!). Jednak gdyby nie dwie świetne interwencje Wyparły, już w pierwszej połowie ŁKS przegrywałby 0:5.

Skończyło się 0:4, a na osłodę pozostało kilka strzałów i okazji stworzonych przez łódzkich piłkarzy w drugiej połowie. Dobrych szans nie wykorzystali Dariusz Kłus, Marek Saganowski czy Marcin Mięciel, a po znakomitym uderzeniu z woleja Macieja Bykowskiego kapitalną interwencją popisał się Marian Kelemen.

Czy to powód do optymizmu? Raczej nie, bo przy wysokim prowadzeniu Śląsk grał niefrasobliwie w tyłach. Nie atakował też z takim animuszem, jak przed przerwą, ale nieliczne kontry wywoływały popłoch w łódzkiej defensywie. Inaczej być nie mogło, skoro ełkaesiacy bali się agresywniej zaatakować przeciwników.

Po dwóch kolejkach ŁKS jest zdecydowanie najsłabszą drużyną w lidze. A przecież następne mecze będą jeszcze trudniejsze, bo do słabych umiejętności dojdzie jeszcze strach. Rywale zaś będą bardzo mocni: Polonia Warszawa, Lechia Gdańsk i Legia.

Śląsk - ŁKS 4:0 (3:0)

Gole: Sztylka 5., z karnego, 38., Voskamp 44., Madej 48.

Śląsk: Kelemen - Socha, Pawelec, Celeban, Spahić (52. Pietrasiak) - Gancarczyk (82. Mila), Sztylka, Szuszkiewicz (60. Dudek), Ćwielong - Madej - Voskamp

ŁKS: Wyparło - Gieraga, Klepczarek, Adamski, Romańczuk - Stefańczyk (46. Smoliński), Kłus, Bykowski, Pruchnik (77. Nowak), Szałachowski (56. Mięciel) - Saganowski

Sędziował Sebastian Jarzębak z Bytomia

Widzów: 7 tys.

Więcej o: