Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Misja Brazylia. Rok 1982, czyli być mistrzem to szczegół. Ale ciągle uwiera

Maracanaco? To już stare kino. Jeśli jakaś rana się jeszcze w Brazylii nie zagoiła, to raczej nie z przegranego u siebie finału mundialu 1950, tylko z 1982: gdy najbardziej romantyczna Brazylia w historii MŚ została dźgnięta w plecy w walce o półfinał. Trzy razy.
Tu są Twoje bilety na mundial! Weź udział w konkursie i pojedź na Misję Brazylia! ?

Wyjazd dziennikarzy do Brazylii możliwy dzięki Visa

W przedmundialowej reklamie Paolo Rossi właśnie kończy wizytę u brazylijskiego golibrody. Chce zapłacić, fryzjer patrzy na nazwisko na karcie i dopiero się orientuje, kogo miał w swoich rękach. Wracają wspomnienia z meczu Brazylia - Włochy: Barcelona, rok 1982, Rossi strzela swoje trzy gole. Golibroda przejeżdża brzytwą po fartuchu. Gdyby wiedział... Już by z tego ostrza zrobił lepszy użytek.

Ale w końcu wzdycha i oddaje kartę z taką miną, jakby chciał powiedzieć: niech ci będzie Rossi, przy okazji mundialu w Brazylii nawet ty jesteś mile widziany. A Rossi przy wyjściu mija się z Zinedine'em Zidanem. Czyli tym, który rozstrzelał nadzieje Brazylii w finale 1998, a teraz też chce pod brzytwę.

Tyle reklama, bo w rzeczywistości bywało z Rossim w Brazylii różnie. Raz, gdy przyjechał jako gość na turniej futsalu, taksówkarz kazał mu się wynosić z samochodu. Włoch próbował obrócić wszystko w żart, ale taksówkarz nie miał zamiaru. Trzeba było wiać. Tak mocno tkwi w Brazylijczykach zadra po odpadnięciu z mundialu 1982 w Hiszpanii już w drugiej fazie grupowej. Po meczu, w którym pięknej Brazylii Zico, Falcao, Socratesa do awansu do półfinału wystarczał remis z Włochami. A przegrała 2:3. Rossi strzelił wszystkie gole dla rywali. Zabił futbol.

Jak zostaliśmy cynikami

Tak powiedział Zico: tego dnia umarł futbol. - Wielki mecz, który zmienił nas wszystkich w cyników - opisuje Brazylia - Włochy Fernando Duarte, brazylijski dziennikarz "Guardiana". Juca Kfouri, najbardziej znany tutejszy dziennikarz piłkarski, dodaje, że już nigdy potem nie był w stanie bezwarunkowo oddać serca reprezentacji. - Jak nas potem bolało, gdy oglądaliśmy mecz Polaków z Włochami. To my powinniśmy grać z wami w półfinale - mówi nam Osvaldo Reis, "Pequetito", komentator Radia Globo. A nasi brazylijscy znajomi wymieniają swoich znajomych albo znajomych znajomych, którzy po tej porażce oddawali nawet karnety na mecze swoich klubów, bo już nie byli w stanie więcej spojrzeć na futbol.

Tak się dokonało to mniej znane Maracanaco. Nie będziemy przekonywać, że było bardziej spektakularne niż oryginał z 1950 roku. Tamtemu nic nie zagrozi: wtedy dramat dokonał się na brazylijskiej ziemi, w rekordowo wielkim tłumie na Maracanie, w meczu decydującym o tytule. Urugwajczyk Alcides Ghiggia na zawsze pozostanie tym, który spowodował swoim golem na 2:1 "najstraszliwszą ciszę w dziejach futbolu". Brazylia do dziś pozostaje jedyną spośród potęg futbolu, która przegrała mecz o tytuł jako gospodarz. Jej koszulki już nigdy więcej nie były białe, jak do tamtego finału. Musiała dla odkreślenia koszmaru z Maracany zmienić barwy na kanarkowe. Na zawsze pozostaną opowieści o Brazylijczykach umierających po bramce Ghiggii na zawał, o przejmującej ciszy w knajpach, w których dziadkowie i pradziadkowie naszych rozmówców siedzieli ze spuszczonymi głowami jeszcze wiele tygodni po turnieju.

Piękni, wierni, naiwni

Wszystko prawda. Ale to jednak jest już dramat jak z podręcznika historii. Przepracowany na wszystkie sposoby, coraz bardziej odległy. A Alcides Ghiggia był zawsze w Brazylii szanowany. Może przez łzy, ale szanowany, tak jak i cała ówczesna reprezentacja Urugwaju z kapitanem Obdulio Varelą na czele. Brazylia raczej w sobie wtedy szukała winy. I znalazła kozła ofiarnego: bramkarza Barbosę. Podobnie było w 1998 roku po finałowej porażce z Francją. Zidane będzie miał u brazylijskiego golibrody łatwiej, bo gniew kibiców skierował się wtedy przeciw szemranym działaczom federacji piłkarskiej (CBF). To wtedy ruszyło parlamentarne śledztwo w sprawie futbolowej korupcji, wpływów Nike na CBF, wtedy zeznania musiał składać Ronaldo, któremu zdarzyła się dziwna zapaść w dniu finału itd.

W 1982 roku nie było takiego kozła ofiarnego. Był wróg. Wyrachowani Włosi wyeliminowali z turnieju jego ozdobę: piękną, romantyczną i bardzo naiwną Brazylię. Włosi, którzy w pierwszej rundzie turnieju ledwo wyszli z grupy po trzech remisach, wyeliminowali Brazylię, która do spotkania z nimi wygrała wszystkie mecze. Paolo Rossi, który królem strzelców został tuż po tym, jak mu się skończyła kara za udział w aferze korupcyjnej, wyrzucił z turnieju Socratesa, wodza Democracia Corinthians, lekarza i samozwańczego filozofa futbolu, który powtarzał, że "być mistrzem to szczegół", bo najważniejsze to być wiernym ideałom.

Brazylia podań, a nie dryblingu

Niedługo później Democracia Corinthians - piłkarze z Sao Paulo przejęli władzę z rąk klubowych działaczy i poddawali pod głosowanie nawet to, gdzie się zatrzymać na postój w drodze na mecz, albo kto ma prawo dzień przed spotkaniem spędzić noc z narzeczoną - stanie się też symbolem walki o przywrócenie demokracji w kraju bankrutującej dyktatur. Socrates, nałogowy palacz, który później zacznie też przegrywać walkę z alkoholem, będzie przemawiał do milionowych tłumów, wzywał do pójścia na pierwsze od dawna wybory. To jest kolejna różnica: w 1950 roku Brazylia marzyła o potędze. W 1982 marzyła, że generałowie sobie pójdą. W 1950 potrzebowała potwierdzenia, że jest wielka. W 1982 potrzebowała pocieszenia. Po 1950 roku były zwycięskie mistrzostwa świata z 1958, 1962, 1970, coraz piękniejsze. Po 1982 były dwa mistrzostwa, z 1994 i 2002, ale obydwa opatrzone gwiazdkami: *uwaga, ciężkostrawny futbol.

Futbol z 1982 roku był porywający. Trener Tele Santana, który po przegranym mundialu 1978 zastąpił technokratę Coutinho, za bardzo wyrachowanego jak na gust brazylijskiego kibica, postawił na atak i jedną z najwspanialszych linii pomocy w historii piłki. Socrates, słynący z podań piętą, o którym Pele mówił: "Lepiej gra tyłem niż przodem". Zico, czyli biały Pele. Falcao, czyli król Rzymu. Wskoczył do drużyny w ostatniej chwili, nie grał w eliminacjach, ale trzeba było w pierwszym meczu turnieju zastąpić Toninho Cerezo. Gdy Cerezo wrócił, razem puszczali w ruch karuzelę podań. To była Brazylia właśnie podań, nie dryblingu. Brazylia pomocników, a nie napastników. Rozdyskutowana reprezentacja głównie klasy średniej, bo to był czas, gdy telewizja Globo już zaczęła z piłkarzy robić bogaczy i futbol stał się kuszącą drogą kariery również dla dzieci z lepiej sytuowanych rodzin. Reprezentacja, w której największymi gwiazdami byli, co się Brazylii nie zdarzało na mundialach często, biali piłkarze.

Wielka zabawa w chowanego

Niestety, dla siebie, ta drużyna była tak zakochana w tworzeniu, że obronę uważała za zajęcie niegodne aż tak wielkiej uwagi. Wierzyła, że odrobi każdą stratę. Spektakl przede wszystkim. Piękni mistrzowie z 1970 to była, o czym się często zapomina, drużyna w idealnej równowadze między obroną a atakiem. Drużyna z 1982 szła va banque. Żadne trofeum po jej czasach nie zostało. Choćby Copa America, o mistrzostwie świata nie wspominając. Zostały wspomnienia. Wszyscy się przy "Canarinhos" 1982 świetnie bawili, na trybunach był szał. Argentyński trener Angel Cappa w swoich wspomnieniach z trybun opisał cały ten mundial Brazylii jak wielką zabawę w chowanego: piłka zawsze była w tej części boiska, w której się jej rywal najmniej spodziewał, wszystko wirowało. "Piłka od lat nie miała tyle uciechy i nikt jej od lat nie traktował z taką czułością" - pisał Cappa.

To do dziś robi niesamowite wrażenie, gdy się ogląda młodszego brata Maracanaco: jak bardzo się Brazylia musiała nagimnastykować, ile wymienić podań, żeby strzelić Włochom gole i jak łatwo to przychodziło rywalom. Brazylijscy artyści jeszcze się dobrze nie dobudzili, a już Włosi prowadzili 1:0. Brazylia wyrównała, a potem znów się zagapiła. Ale nawet po kolejnym wyrównaniu, na 2:2, choć Brazylijczycy mieli wynik, który im dawał awans, dalej kusili los.

Komentator Luciano do Valle, legenda najpierw telewizji Globo, a potem TV Bandeirantes, coraz bardziej zrezygnowanym głosem ogłaszał kolejne gole dla Włochów. Ale ogłaszał. Choć Brazylia traciła bramki po błędach, których mogła uniknąć, gdyby tak nie ryzykowała, nie było żadnego: "I niestety...", "To się musiało tak skończyć...". Nie, po strzałach Rossiego do Valle ciągnął swoje "goooool" nawet po kilkanaście sekund, prawie tak samo sumiennie jak po bramkach dla Brazylii. Tak jakby sam przyjął zasady Socratesa: zwycięstwo to szczegół, ważne, że mecz piękny.

Na trzeciego gola Rossiego Socrates i jego kompania już nie zdążyli znaleźć odpowiedzi. Pozostali do dziś najpiękniejszą Brazylią, która nic nie wygrała. Włosi pokonali w półfinale osłabioną brakiem Zbigniewa Bońka Polskę i zostali mistrzami świata. Brazylijczykom została moralna wyższość i kolejna porażka, którą mogą poddać wiwisekcji, a kochają to. O Maracanaco powstały tomy. Rok 1982 ciągle nie jest do końca rozliczony. Choć był nie mniej ważny, bo kazał Brazylii wybierać: moralna wyższość czy jednak podnoszenie w górę pucharów?

Mistrzowie odchodzą

Socrates odszedł 2,5 roku temu. Obstawiał, że umrze na raka płuc. Zmarł na marskość wątroby. Po nim zaczęli odchodzić brazylijscy mistrzowie świata, ci, którzy zdejmowali z Brazylii klątwę Maracanaco: bramkarz Gilmar, który płaczącego z radości Pelego przytulał do piersi po mistrzostwie z 1958. Nilton Santos, jeden z niewielu prawdziwych przyjaciół Garrinchy, który bezskutecznie próbował go uchronić przed stoczeniem się. Odeszli Djalma Santos (razem z Niltonem Santosem byli dla wielkiej Brazylii na bokach obrony tym, kim lata później Roberto Carlos i Cafu) oraz Nilton de Sordi. Wszyscy w 2013. Kilkanaście tygodni przed mundialem zmarł kapitan Bellini, mistrz świata z 1958 i 1962, piłkarz z pomnika przed główną bramą Maracany. Kibice schodzący się na mecz umawiają się zwykle "pod Bellinim", bo widać go z oddali, jak wznosi w górę Puchar Świata. Niedawno, w drodze do Belo Horizonte, na mecz pierwszej kolejki ligi brazylijskiej, zmarł Luciano do Valle, głos mundialu 1982. Miał komentować mecze również podczas mistrzostw w Brazylii. Serce nie wytrzymało.

Alcides Ghiggia ma 88 lat. W ostatnich latach przeżył m.in. wypadek, w którym jego samochód zderzył się z tirem. Z drużyny, która pokonała Brazylię w 1950 roku, żyje już tylko on. Ostatni kolega z drużyny, bramkarz Roque Maspoli, opuścił go 10 lat temu. Partie polityczne Urugwaju próbują właśnie zaprząc Ghiggię do kampanii wyborczej. Bezskutecznie. Za to zaproszenia na wszystko, co związane z mundialem w Brazylii, Ghiggia przyjmuje bardzo chętnie. Zobaczyć go podczas mundialu gdzieś w loży honorowej, u boku Rossiego, jak spinają klamrą kawał historii - nawet Brazylijczyk by sobie pewnie takiego widoku nie odmówił.