Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

MŚ 2014. Niebiescy biało-czerwoni

W sumie było ich 11 i mogliby stworzyć całą drużynę. Najstarszy byłby Ignace Kowalczyk, najszybszy Maryan Wisnieski, a najlepszy Raymond Kopaszewski. Łączy ich podobna historia - byli potomkami polskich emigrantów i pojechali z Francją na mistrzostwa świata.
Materiał powstał w ramach Tygodnia Francuskiego projektu "Continental - droga na mundial"

Francuski futbol bez Polaków? Z historii trójkolorowych wykreślamy ponad 40 nazwisk, zabieramy opaski kapitańskie trzem piłkarzom, wymazujemy kilkadziesiąt goli, znikają medale. Potomkowie polskich emigrantów byli niemal nieodłącznym elementem reprezentacji Francji, a w latach 50. stanowili 10 proc. wszystkich piłkarzy w tym kraju. 11 pojechało z kogutem na piersi na mistrzostwa świata.

Ignace Kowalczyk urodził się w grudniu 1913 r. w Niemczech, w rodzinie polskich emigrantów, którzy wyjechali za pracą do Zagłębia Ruhry. Wiemy o nim niewiele. Do Francji wyemigrował z rodzicami po pierwszej wojnie światowej. Pierwsze futbolowe kroki stawiał w RC Lens, a później grał na pozycji pomocnika, m.in. w Valenciennes i Olympique Marsylia, z którym zdobył mistrzostwo kraju. Radził sobie tak dobrze, że zaliczył pięć występów w reprezentacji Francji i strzelił jedną bramkę. Był członkiem kadry na mistrzostwa świata w 1938 r. Ani razu nie wszedł jednak na boisko, podobnie jak inny piłkarz o polskich korzeniach, młodszy od niego o siedem miesięcy obrońca Cesar Martin Povolny, który również urodził się w Niemczech.

Na kolejnych mistrzostwach, w których wzięła udział Francja, w kadrze trójkolorowych było już czterech zawodników z polskimi korzeniami. Na mundial w 1954 r. do Szwajcarii pojechali bramkarz Cesar Ruminski, obrońca Guillaume Bieganski oraz napastnicy Leon Glovacki i Raymond Kopaszewski. Wszyscy urodzili się już we Francji, w której wówczas nie tylko co 10. piłkarz miał polską krew, ale i działały skopiowane polskie kluby: Ruch Carvin, Wisla Dourges, Polonia Montjoie czy Pogon Marles.

Cesar Ruminski nosił przydomek "Wielki Cesar", ale bynajmniej nie z powodu wysokiego wzrostu (mierzył 1,80 m), tylko wielkim interwencjom w bramce. Jego fenomenalne obrony dały Lille mistrzostwo Francji w 1954 r. i w tym samym roku znalazł się w kadrze na mundial. Wielką karierę uniemożliwiła mu jednak kontuzja, której doznał w starciu z Kopaszewskim. Na mistrzostwach ostatecznie nie zagrał, a rok później musiał zakończyć przygodę z piłką jako siedmiokrotny reprezentant kraju. W annałach historii zapisał się jako jeden z nielicznych golkiperów, którzy strzelili gola we francuskiej ekstraklasie. Dla Le Havre zdobył dwie bramki, obie z rzutów karnych, których podobno nigdy nie przestrzelał.

Kolegą klubowym Ruminskiego z czasów występów Lille był Guillaume Bieganski. Razem cieszyli się z mistrzostwa Francji i razem współpracowali na boisku, bo Bieganski był obrońcą. W reprezentacji zaliczył dziewięć występów i nie strzelił żadnego gola. Na mistrzostwach, podobnie jak Ruminski, nie odegrał znaczącej roli, był tylko rezerwowym.

Pozostali dwaj "polscy" reprezentanci Francji na turnieju w Szwajcarii byli napastnikami Reims, które m.in. dzięki nim święciło wówczas największe sukcesy w swojej historii. Leon Glovacki zagrał w kadrze w sumie 11 razy i zdobył trzy gole. W meczach eliminacyjnych trafił do siatki dwa razy, ale na mistrzostwach zagrał poniżej oczekiwań. Wystąpił tylko w pierwszym meczu z Jugosławią, który "tricolores" przegrali 0:1. Był trzykrotnym mistrzem Francji i znakomicie grał w sezonie 1955/1956 w rozgrywkach Pucharu Europy, w których strzelił w sumie sześć goli, a Reims dotarło aż do finału i zmierzyło się w nim z Realem Madryt (przegrało 3:4).

Zawsze jednak Glovacki był w cieniu Raymonda Kopy (Kopaszewskiego), którego Francuzi uważają za jednego z trzech najlepszych swoich piłkarzy w historii obok Michela Platiniego i Zinedina Zidane'a. Kopaszewski jak inni jego polscy koledzy pochodził z biednej górniczej rodziny i marzył, by wyrwać się z nędzy. Dzieckiem był trudnym - kilka razy trafił do aresztu (choć nie zawsze był winny zarzucanych mu czynów), a jego pierwsza piłka również pochodziła z kradzieży. Wszystko wskazywało, że do końca życia będzie skazany na pracę w kopalni. Nastoletni Kopaszewski grywał w piłkę amatorsko w klubie US Noeux-les-Mines, a pracował jako górnik. Przez dwa i pół roku zjeżdżał pod ziemię, ale wypadek, w którym stracił część palca wskazującego lewej ręki, zdeterminował go jeszcze bardziej do wyrwania się z kopalni. Gdyby nie występ w regionalnym turnieju w Lille, być może nigdy byśmy o nim nie usłyszeli, ale zwrócił tam uwagę skautów i w 1949 r.jako 18-latek trafił do pierwszego poważnego klubu Angers. Dwa lata później był już jednym z najlepszych piłkarzy we Francji.

Wtedy właśnie Kopaszewski trafił do Reims, z którym stworzył wspaniały duet z Glovackim i razem zdobyli dwa mistrzostwa Francji. Na Mistrzostwach Świata w Szwajcarii, tak samo jak klubowy kolega, nie był jednak skuteczny. Strzelił tylko jedną bramkę z rzutu karnego w wygranym 3:2 meczu z Meksykiem, a Francja pożegnała się z turniejem już po fazie grupowej. Największa forma miała jednak dopiero przyjść.

Po finale Pucharu Europy z 1956 r. działacze Realu dostrzegli jego wielki talent i sprowadzili Kopę do Madrytu, gdzie stworzył najlepszą ofensywę świata z Ferencem Puskásem i Alfredo Di Stefano. W sumie z Realem wywalczył trzy Puchary Europy, a w 1958 r. odebrał Złotą Piłkę, nagrodę dla najlepszego piłkarza Starego Kontynentu. W tym samym roku poprowadził Francję razem z Justem Fontaine'em (13 goli w sześciu meczach!) do pierwszego podium na mistrzostwach świata. Na turnieju w Szwecji trójkolorowi niespodziewanie zajęli trzecie miejsce, a Kopaszewski w sześciu spotkaniach zdobył trzy gole. To była jedna szósta całego dorobku strzeleckiego 45-krotnego reprezentanta Francji.

Ale Kopaszewski nie był jedynym Polakiem, który zdobył medal dla "tricolores" w 1958 r. Najmniejszy wkład w sukces miał czterokrotny reprezentant Francji i zdobywca jednego gola Stephane Bruey, który przez cały turniej nie podniósł się z ławki. Ale już Maryan Wisnieski był kluczowym graczem brązowych medalistów. Piekielnie szybki prawoskrzydłowy rozegrał w kadrze 33 mecze i strzelił 12 goli. Zadebiutował w reprezentacji, gdy miał 18 lat i dwa miesiące, dzięki czemu do dziś jest drugim najmłodszym debiutantem w historii (Rene Gerard zagrał w 1932 r., gdy miał 17 lat i 11 miesięcy). W swoim pierwszym, wygranym 2:0 meczu ze Szwecją doznał kontuzji w 66. minucie, ale był tak ambitny, że dograł mecz do końca. Wspólnie z Ahmedem Oudjanim jest do dziś rekordzistą w liczbie strzelonych goli dla Lens (93 bramki), a za najlepszy mecz w jego karierze uważa się wygrane 5:2 spotkanie z Anglią w eliminacjach mistrzostw Europy w 1963 r. Strzelił wówczas dwa gole i zaliczył trzy asysty. Zagrał też 28 września 1960 r. w meczu z Polską. Spotkanie zakończyło się remisem 2:2, a Wisnieski strzelił jedną z bramek.

O swojej przygodzie z mistrzostwami świata tak opowiadał w 2006 r.: - To moje najpiękniejsze piłkarskie wspomnienie. Nikt nie dawał nam szans, gazety pisały, że szybko wrócimy do kraju, bo słabo graliśmy przed turniejem. Przyjechaliśmy do Szwecji i zobaczyliśmy, jak trenują Paragwajczycy. Stwierdziliśmy, że to żadni kosmici futbolu i następnego dnia rozbiliśmy ich 7:3 [Wisnieski i Kopa strzelili po bramce - red.]. A po tym meczu poczuliśmy, że nikt nas nie powstrzyma.

Ostatecznie Francuzi przegrali półfinał z późniejszymi triumfatorami Brazylijczykami, a w meczu o trzecie miejsce wygrali 6:3 z Niemcami. Do historii przeszedł gol Wisnieskiego z meczu ćwierćfinałowego z Irlandią Północną (4:0). Zanim trafił do siatki, minął na pełnej szybkości czterech przeciwników.

- Po powrocie do Francji nie było jednak wielkiego świętowania. To były inne czasy. Byłem wówczas żołnierzem i zamiast wrócić do koszarów pojechałem do domu. Przyszła po mnie policja i uznano mnie niemalże za dezertera. Kiedy wróciłem do koszar, wsadzono mnie do więzienia, a potem wysłano do Algierii. Wspaniała nagroda!

Następnymi mistrzostwami, na jakie zakwalifikowali się Francuzi, był turniej w Anglii w 1966 r. Nie wyszli wówczas z grupy, a we wszystkich trzech meczach - z Anglią, Urugwajem i Meksykiem - na pozycji obrońcy zagrał kolejny potomek polskich emigrantów, którzy pracowali we Francji w kopalniach węgla - Robert Budzynski.

Budzynski był jednym z trzech piłkarzy z polskimi korzeniami, którzy w reprezentacji Francji dostąpili zaszczytu noszenia opaski kapitańskiej (obok Kopy i Georgesa Beretty'ego, który na MŚ nigdy nie zagrał). W sumie w kadrze wystąpił 11 razy. Przygodę z piłką przerwała mu ciężka kontuzja. Po podwójnym złamaniu kości piszczelowej i strzałkowej w prawej nodze nie odzyskał dawnej formy i w 1969 r. dwukrotny mistrz Francji z Nantes zakończył karierę.

Choć w sumie przez kadrę Francji przewinęło się ponad 40 piłkarzy z polskimi korzeniami, na mistrzostwach światach zagrało jeszcze tylko dwóch, ale obaj z wielkimi sukcesami. W 1986 r. z reprezentacją trójkolorowych zdobył brąz Yannick Stopyra, którego dziadek był Polakiem. 33-krotny reprezentant Francji strzelił na tym turnieju dwie ze swoich 11 bramek dla kadry. Youri Djorkaeff natomiast jest jedynym francuskim piłkarzem z polskimi korzeniami, który sięgnął po Puchar Świata. Syn innego reprezentanta kraju Jeana Djorkaeffa i wnuczek Polki dokonał tego w 1998 r. Ofensywny pomocnik strzelił jedną bramkę z karnego i był jednym z zaledwie trzech piłkarzy (obok Fabiena Bartheza i Marcela Desailly'ego), który zagrał we wszystkich siedmiu meczach. Łącznie zdobył 28 goli dla trójkolorowych w 82 występach.

Dziewięć goli, dwa trzecie miejsca, jedno mistrzostwo - tak w skrócie wygląda cały mundialowy dorobek potomków Polaków we francuskiej kadrze. Ale ciąg dalszy nastąpi. Na Mistrzostwach Świata w Brazylii postara się go powiększyć prawnuczek polskiego emigranta Laurent Koscielny. 15 czerwca 28-letni następca Kowalczyka, Povolny'ego, Ruminskiego, Bieganskiego, Glovackiego, Kopaszewskiego, Brueya, Wisnieskiego, Budzynskiego, Stopyry i Djorkaeffa prawdopodobnie wyjdzie na boisko na mecz z Hondurasem. I dopisze kolejny rozdział historii o niebieskich biało-czerwonych.