Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Misja Brazylia. Holenderski społecznik od 27 lat pracuje w fawelach: "Futbol niesie pojednanie"

To nie jest miła rozmowa o mundialu. Ale gdy ktoś myśli "Brazylia", ma przed oczami nie tylko futbol, plaże, ale i fawele. Holender Nanko van Buuren pracuje w nich od ponad ćwierć wieku, wyciągając ludzi z beznadziei, również dzięki futbolowi. - Piłka ma niesamowitą moc: ludzie uczą się współpracować, uczą się działać w ramach przepisów, słuchać sędziego. I uczą się jednać - mówi Holender.
Wyjazd dziennikarzy był możliwy dzięki Visa

Przyjechał w 1987 roku. Jedna z europejskich fundacji chciała się dowiedzieć, co można zrobić, by polepszyć życie biedoty z faweli. Został na zawsze. Były rewolucjonista gorącego lata 1968 roku, który rzucał w policję butelkami z koktajlami Mołotowa, w końcu założył swoją fundację - Ibiss. Prowadzi dziś 82 programy społeczne w fawelach Rio, w tym 14 piłkarskich. Trzy lata temu otrzymał za nie nagrodę Desmonda Tutu, jego pomysły są wprowadzane na Zachodnim Brzegu w Palestynie.

Przez ten czas przeżył dobre i straszne chwile. Przygarnął sześciolatka z faweli, zmuszonego przez policję do naciśnięcia spustu pistoletu trzymanego w ustach własnego ojca. Van Buuren zna ciemne strony faweli, bossów gangów z Comando Vermelho (Czerwone Komando), Terceiro Comando, Terceiro Comando Puro, Amigos dos Amigos rządzących w swoich matecznikach wysoko w fawelach Rio, zna komendantów policji. Nie ocenia ludzi z faweli, miażdży działania policji. I robi swoje.

Spotkaliśmy się w faweli Vila Cruzeiro. Obok siedział Paulo, były gangster, dziś szkolny edukator. Do Nanko non stop dzwonią telefony, Paulo jest buforem - patrzy, kto dzwoni, Nanko tylko gestem pokazuje, czy chce rozmawiać, czy nie. Ludzie z ulicy co chwila podchodzą do niego, witają się, klepią po plecach. Nanko niby uśmiechnięty, niby wokół spokojnie, a jednak napięcie jest wyczuwalne. Gdy obok przechodzi patrol uzbrojony po zęby z dwoma funkcjonariuszami tzw. Pokojowej Policji (UPP), wszystkie rozmowy zamierają, głowy odwracają się w ich stronę.

Radosław Leniarski, Paweł Wilkowicz: Jak pan porówna fawele z czasu, gdy pan tu przyjechał pierwszy raz, i dzisiejsze?

Nanko van Buuren: - Kiedy tu przyjechałem, zobaczyłem ludzi, którzy byli dla siebie mili, byli uczynnymi sąsiadami, dzieci bawiły się na ulicy. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Ale zobaczyłem też pracowników społecznych, którzy obchodzili tych ludzi na palcach, starali się być bardzo delikatni i współczujący. A poza tym nie mieli tym ludziom wiele do zaproponowania. Poproszono mnie, abym się tym zajął. W 1999 roku zaczęliśmy własne programy jako fundacja Ibiss. Głównie chodziło nam o to, aby mieszkańcy faweli sami zaczęli zajmować się tym, co chcą robić w życiu, wzięli się za siebie.

Przyjechałem niedługo po upadku ostatniej dyktatury w Brazylii. Dopiero się odradzało społeczeństwo obywatelskie, ludzie byli pasywni, bez inicjatywy, bali się policji. Dziś Brazylia jest demokratycznym krajem, ale aby demokracja była prawdziwa, musi żyć, być aktywna. Co ciekawe, niektórzy polityczni więźniowie dyktatury siedzieli w więzieniu na Ilha Grande [wyspa na południe od Rio, obecnie popularny cel wakacyjnych podróży - red.] z ludźmi z faweli - głównie złodziejami, zwykłymi przestępcami. I polityczni wyedukowali tych z faweli. Uczyli ich socjalizmu, tłumaczyli, kto to Mao. Wbijali im do głowy: jak już ukradłeś, to przynajmniej zainwestuj w biednych, w fawelach. Czyli było to coś w rodzaju planu Robin Hooda. Stąd też nazwa gangu - Czerwone Komando. A potem przyszły - pod koniec lat 90.- narkotyki, broń. Na tym wyrosła potęga gangów, które rządzą w poszczególnych fawelach.

Ich bossowie mieszkają w fawelach czy w bogatszych okolicach?

Oczywiście, że w fawelach. Znam wielu. Mili całkiem, nie powiedzielibyście, że robią takie rzeczy. Oczywiście stoją po złej stronie. Bronią swoich laboratoriów narkotykowych, swojego biznesu. Na początku to policja miała przewagę, miała lepszą broń. Gangi zaczęły od kałasznikowów, teraz kałasznikow to najmniejsza broń, jaką mają. Bazooka to przy niektórych z nich kapiszonowiec. Oni mają wyrzutnie rakiet, którymi strącają helikoptery. Dlatego policja musiała zainwestować w opancerzone apache'e. Ale zaraz gangi znajdą coś, żeby zestrzelić i apache'a.

Rząd traci mnóstwo pieniędzy na tę dziwną wojnę, ponosi straty w sprzęcie i ludziach. Gangi wysadzają samochody policyjne, do walk policja zużywa mnóstwo amunicji. Obie strony tracą, ale gangi mają więcej pieniędzy i nie szkoda im 8,5 tys. dolarów na pocisk.

Z obrazów, jakie docierają do świata z faweli - budzących przed mundialem coraz większe poruszenie - wynika, że toczy się tu wojna jak w XIX lub XX wieku. Liczy się siła.

W policji wciąż wpływy mają funkcjonariusze tajnej służby z czasów dyktatury. Jest jednostka nieumundurowanych policjantów, którzy robią, co chcą. Biorą cię na posterunek, wsadzają plastikowy worek na głowę i pod wodę. Chcesz zeznawać - machasz dłonią. Nie chcesz, giniesz. To się zdarza cały czas. Nie ma co marzyć, że my coś zmienimy.

Pan realnie próbuje zmienić fawele. Czy poddają się zmianie?

- W Rio mamy wielki rynek broni. Kupuje ją FARC [partyzantka w Kolumbii - red.], który sam nie ma wiele pieniędzy, ale może zapłacić pastą kokainową. Pasta jest przerabiana w laboratoriach w fawelach i wysyłana do USA i Europy. Im większe są represje, im trudniej narkotyki produkować, tym wyższa jest ich cena. A jak rośnie cena, to coraz więcej ludzi lgnie do tego biznesu, bo ryzyko zaczyna się bardziej opłacać. Represje - to nie jest droga do trwałej zmiany. Brutalność policyjnych represji wpycha ludzi jeszcze mocniej w ręce gangów.

A można inaczej. Paulo, który tu siedzi, był jednym z dużych gangsterów. Naprawdę dużych. Siedział w więzieniu, a w tym czasie niemal wszyscy jego współpracownicy zostali zabici w walkach z innymi gangami. Urodził mu się syn. No, i - jakie to proste - uświadomił sobie, że jak z więzienia wróci do gangsterskiego życia, syna już nie zobaczy. Więc gdy wyszedł, przeszedł na naszą stronę.

I może tak sobie tutaj siedzieć?

Gangi nie są mafią sycylijską i nie zabijają renegatów. Jak inni członkowie gangu widzą, że komuś, kto poszedł inną drogą, wiedzie się dobrze, nie zrobią mu krzywdy. Inni członkowie są raczej zadowoleni, że komuś się udało. Czasem nawet nam przychodzą gratulować. Dziś Paulo prowadzi programy edukacyjne w szkołach na obrzeżach faweli - i jest w tym bardzo przekonujący. Ponieważ w fawelach dominuje przeświadczenie, że nie da się żyć bez uczestnictwa w jakimś gangu. A on samym sobą przekonuje, że można, że warto chcieć zostać lekarzem czy prawnikiem. Znam takie historie. W niektórych fawelach, gdzie pracujemy nawet 20 lat, około 30 procent dzieci uczęszczało kiedyś do szkół. Teraz w tej samej faweli - jednej z najcięższych w tamtych czasach - chodzi do szkoły 98 procent dzieci. 20 lat temu, gdy matki szły ulicą z dziećmi, pokazywały palcem wielki wóz terenowy z gangsterem w środku jako przykład sukcesu. Dziś mówią: "Synu, jak będziesz dobry w szkole, będziesz jak Romuldo, chłopak z jednego z naszych programów edukacyjnych, który odniósł sukces życiowy w uczciwym biznesie. To ważne, aby nie myśleć, że z powodu urodzenia w faweli będziesz nikim".

Działa to też w drugą stronę. Boss gangu nie ma złudzeń, że jest kochany. Jeden opowiadał mi, że jest nieszczęśliwy, bo ma kupę pieniędzy, ale nie może z nich korzystać. Jak wychodzi ze swojego matecznika, wie, że zaraz zabije go inny gang albo że policja przy próbie aresztowania nie bardzo się postara i go zastrzeli. Więc siedzi na pieniądzach w zamkniętym kręgu faweli, gdzie czuje się bezpieczny, ale nie może sobie nawet pójść kupić ubrań. I wiecie, jaki biznes teraz kwitnie w fawelach? Sobowtórów. Gangster wynajmuje sobie kogoś, kto ma dokładnie taki sam wzrost i posturę jak on, i wysyła go, żeby przymierzył i kupił mu koszulę, spodnie, buty.

Siedzimy teraz na obrzeżach faweli? Wysłał pan po nas w umówione miejsce dwóch mototaksówkarzy, ale nie jechaliśmy długo.

- Nie jesteśmy na obrzeżach, jesteśmy wewnątrz faweli. Tutaj było kiedyś naprawdę gorąco. Nawet dzisiaj rano doszło do prawie 20-minutowej strzelaniny.

Tutaj były największe walki w 2010 roku, na tej ulicy była linia rozejmu [w walkach między wojskiem i policją a gangami zginęło 25 osób - red.]. Zaczęło się zresztą od piłki. Były tu wtedy w Rio targi piłkarskie i jakiś kompletny głupek z rządu powiedział działaczom FIFA, publicznie, żeby się nie martwili o bezpieczeństwo, bo władze mają fawele pod kontrolą. No, tego nie trzeba było dwa razy powtarzać ludziom z Czerwonego Komanda. I nazajutrz wyleciały w powietrze policyjne samochody. Okazało się, że Czerwone Komando miało swoje główne dowództwo tutaj, w Vila Cruzeiro. Gubernator stanu Rio stwierdził, że w takim razie trzeba to miejsce spacyfikować. Dwa dni później przyszło 2,5 tys. policjantów, ale nie zdecydowali się wkroczyć. Stwierdzili, że z takimi siłami nie dadzą rady, bo tamtych jest więcej i są lepiej uzbrojeni, więc ich wystrzelają. Wdał się w to prezydent Lula: ogłosił, że nie może być państwa w państwie, musimy to zmienić. Jeśli trzeba, rzucimy 15 tysięcy wojska. I w ten sposób doszło do tego, że pod koniec listopada 2010 roku Vilę Cruzeiro najechało 15 tysięcy wojska i policji. Były czołgi, helikoptery Apache, toczyła się regularna bitwa miejska. Część ludzi uciekła w górę, w kierunku faweli Complexo do Alemao. A media zrobiły z tego reality show. Wojsko nadlatywało apache'ami nad fawele, a za nimi leciał śmigłowiec telewizji Globo i filmował. Taki telewizyjny show. Na plaży Ipanema bogaci ludzie siedzieli sobie w barach i wpatrywali się w telewizory. Telewizja pokazywała, jak uciekający chłopak dostaje kulkę w plecy i pada. A oni bili brawo, że policja taka dzielna.

Oceniam, że około 80 procent gangsterów przeniosło się z Vila Cruzeiro do Complexo do Alemao. Mnóstwo uciekło właśnie wtedy. Opowiadali mi chłopcy, że spotkali tam jednego z gangsterów, o którym myśleli, że nie żyje albo że wzięła go policja. - Jak się tu dostałeś? - Policja wsadziła nas do samochodu z przyciemnianymi szybami i przerzuciła tutaj. Kosztowało to 1,5 mln reali w gotówce - powiedział im.

Niektórzy mówią, że do eskalacji protestów w 2013 roku, tuż przed Pucharem Konfederacji, doszło właśnie dlatego, że klasa średnia po raz pierwszy na własnej skórze doznała brutalności policji. Gdy obrywali biedni, biła brawo. Ale gdy to dotknęło ją, wybuchła oburzeniem.

To tylko część prawdy. Chodziło przede wszystkim o podwyżkę cen biletów, brutalność policji też zrobiło swoje, do tego doszła wściekłość, że inwestycje mundialowe są dla polityków okazją, by sobie nabijać kieszenie. Patrzcie na Maracanę. Nie mam nic przeciw wydatkom na jej przebudowanie. Ale czy prowadzący inwestycję koncern Odebrecht musiał też z tej okazji dać gubernatorowi stanowemu 8,5 mln reali na wyborczą walkę o reelekcję?

Wygląda na to, że jest pan przeciw mistrzostwom...

Piłka jest pasją Brazylii, mundial mi nie przeszkadza. Przeciwnie. Nie jestem też całkowicie przeciwny igrzyskom olimpijskim w Rio w 2016. Ale jeśli bajońskie pieniądze zostały wydane, żeby zbudować tor kolarski, czyli obiekt dla sportu, który w Brazylii nie istnieje, to jestem przeciw. Było to 18 mln reali wyrzuconych kompletnie w błoto. Jednorazowo. Ja bym dał te pieniądze na podstawową edukację, szkolenia zawodowe, programy zdrowotne. Na roponośnym szelfie, gdzie prowadzi się odwierty, pracują dziesiątki tysięcy robotników. Ale z Europy, bo Brazylia nie ma profesjonalistów. Oczywiście, Europejczycy uwielbiają przyjeżdżać na kontrakty do Brazylii. Ale może pora wykształcić swoich specjalistów?

Ja nie jestem przeciw sportowi. Mamy tutaj 14 szkół piłkarskich w różnych fawelach. Nie zorganizowaliśmy ich po to, aby produkować piłkarzy, ale dlatego, żeby wykorzystać grę zespołową do swoich celów. W piłce trzeba współpracować, słuchać sędziego, przestrzegać przepisów. Jest w tej grze wiele mechanizmów obecnych również w życiu. Można użyć futbolu jako pozytywnego szantażu, np. mówiąc do dziecka: "Możesz grać tylko wtedy, gdy udowodnisz, że byłeś dziś w szkole". Można dzięki piłce szybko zdiagnozować trąd i gruźlicę - po prostu dzieciaki grają zwykle tylko w spodenkach, więc widać zmiany na ich skórze. I muszą uczestniczyć w wysiłku, przy którym łatwiej rozpoznać chorobę płuc.

Jest jeszcze jedna ważna funkcja futbolu - niesie pojednanie. Czasem na turniejach grają ze sobą dzieci Czerwonego Komanda, Trzeciego Komanda, od Przyjaciół [wspomniani Amigos dos Amigos, jeden z największych gangów Rio - red.]. Tutaj nawet jeśli nie jesteś gangsterem, to się z gangami identyfikujesz: "Ja jestem od Vermelho, ten od Terceiro to mój wróg". Przed meczem zwykle pytamy: "Co sądzicie o waszych rywalach?". Nie są to miłe rozmowy. A po turnieju organizujemy grilla i znów pytamy: "A co sądzicie o nich teraz?". Wtedy zwykle pada: "O, trochę przesadziłem, tak gadałem przed meczem, teraz bym tak nie powiedział". Bo wtedy dopiero dziecko sobie uświadamia, jakie to głupie, myśleć źle o człowieku tylko dlatego, że mieszka w innym miejscu, w innej ruderze. Więc można użyć futbolu również w taki sposób. Dzięki piłce wraca do życia trochę normalności. Nasze dzieciaki grają na boiskach piłkarskich, zbudowanych oczywiście przez fawelę. Bez trawy, co prawda. Ale mamy jedno w Vila Alianca z trawą, piękne boisko. Była tam zbita ziemia, gruz. Ale pewnego dnia podjechała pod boisko wielka ciężarówka z ziemią i trawą i już mamy pierwszą murawę. Oczywiście wiemy, kto za to zapłacił.

Gangsterzy?

Nieoficjalnie. Po prostu wielcy bossowie chcieli, żeby tu była trawa.

Zrobiliśmy centrum treningowe dla najlepszych piłkarzy, kilku pojechało już grać w prawdziwych klubach. Jeden - Igor - jest w Buenos Aires, w Boca Juniors. Nasze dziewczyny wygrały piłkarskie mistrzostwa świata dla dzieci ulicy, turniej był niedawno w Rio.

Nie miał pan nigdy gróźb od mafii?

Nie.

Wypychacie ich przecież, zmniejszacie pulę ludzi do wykorzystania...

Tak, jeśli nam się w pełni powiedzie, to ich bardzo ograniczymy. Ale największą groźbą, jaka dostałem od gangsterskiej grubej ryby, było: "Oddaję ci dzieciaka, nie zepsuj mi go. Nie chcę, żeby był taki jak ja. Jak to spieprzysz, znajdę cię". Teraz ten chłopak jest na uniwersytecie. Chyba będę żył.

Dostał pan tytuł honorowego obywatela Rio, ale policjanci raczej pana nie lubią?

Nie. Mamy np. taki program, w którym zbieramy informacje o policjantach wynajmujących się do zabójstw na zlecenie. To taka druga nitka kariery. Policjant wykonuje zlecenia nie tylko gangów, ale np. dużego supermarketu do zabicia złodziejaszka, który podkrada towar z półki. Dają mu 300 reali i wskazują, kogo zabić. Tego programu policjanci nie polubili.

Ale jest też policja pokojowa UPP. Od kilku lat trwa program wprowadzania posterunków takiej policji do faweli. Jej zadaniem było nawiązywać interakcje z mieszkańcami i podobno odnosi sukcesy?

Powinna w ten sposób działać, ale tego nie robi. Ja ją widzę tylko wtedy, gdy wozi się samochodami terenowymi. W rezultacie nikt nie chce już mieć z nimi nic wspólnego. Stąd też ostatnia fala ataków na policjantów, która z kolei spowodowała dokręcenie śruby przez władze.

Teraz z interwencją do niektórych faweli wkroczyło też wojsko i zauważyliśmy, że jest chyba bardziej tolerowane niż policja. Dlaczego?

Bo ludzie tutaj często nie widzieli wcześniej wojska. Widzieli policję wojskową (Policia Militar), która zabija. Kiedy w zeszłym roku przyszli żołnierze, mieszkańcy nawet z nimi rozmawiali. A z policją się nie rozmawia. Potem na ich miejsce przyszła policja wojskowa, aby zająć teren. Zachowywali się jak wariaci, byli brutalni, śmialiśmy się z nich, że się bawią w BOPE [elitarna jednostka specjalna policji, symbol największej bezwzględności - red.]. Ludzie czegoś takiego nienawidzą. Jeśli policjantów najbardziej interesuje karabin i widać, że aż świerzbią ich palce, aby go użyć, co w tym pokojowego?

Jeśli wciąż trwa jakaś okupacja, dla ludzi nie ma żadnego znaczenia, czy okupują ich czerwoni, czy granatowi. Czy robią to mafiosi czy policjanci. W dodatku granatowi są - nie wiem, jak inaczej to powiedzieć - cholernymi idiotami. Mieliśmy tu niedaleko imprezę na ulicy. O północy pojawiła się policja i powiedziała: "Cisza ma być, bo inaczej zgarniamy wszystko". Przecież wiadomo, że w Lapie [dzielnica w centrum Rio, z barami i klubami - red.] imprezy trwają do piątej, szóstej rano i nikomu to nie przeszkadza. Ale nie, nam nie wolno. Bo ponoć przeszkadzamy sąsiadom. A przecież wszyscy sąsiedzi byli tutaj, na imprezie. Chodziło tylko o to, żeby pokazać, kto tu rządzi.

Dlaczego wojsko i policja wzięły się niedawno za okupację akurat Mare, faweli najbliżej lotniska międzynarodowego w Rio, ale nie najbardziej kłopotliwej?

Bo muszą ją mieć przed mundialem pod kontrolą właśnie z powodu lotniska. Z jednej strony przechodzi tamtędy czerwona linia metra, z drugiej blisko jest linia żółta metra. Nie można przeprowadzić mistrzostw świata, gdy pociągi jeżdżą w zasięgu strzału. Ale co policja i wojsko chcą osiągnąć na dłuższą metę? Nie mam pojęcia. Na razie wiem, że Mare jest okupowane przez 7,5 tysięcy żołnierzy, którzy zostaną tam co najmniej do końca mistrzostw świata, aby uniknąć kłopotów z tej strony. Czy rząd zdecyduje się potem na pełną pacyfikację, nie mam pojęcia. Ta okupacja jest wyjątkową głupotą. Do Mare wpływają różne grupy ludzi, zabijają i wracają do siebie. Wojsko nie ma pojęcia, z kim ma do czynienia, bo nikogo nie zna. Żołnierze nie zauważyli nawet, że przemoc wewnątrz faweli, wewnątrz społeczności wzrosła. Jedyna rzecz, jaka się zmieniła, to taka, że na terenie okupowanym przez wojsko nie ma uzbrojonych członków gangów. Ale handel narkotykami wciąż tam jest.

Z drugiej strony - fawele to osobny świat. Jeśli turysta, który przyjedzie na mundial, nie będzie chciał się zapuszczać do faweli, to przecież one same do niego nie przyjdą.

Oczywiście, znam wielu mieszkańców Rio, którzy przeżyli życie, nie zbliżając się do faweli. Jest dużo miejsc w fawelach, gdzie można wejść samemu, bez ryzyka. Ale są też miejsca, gdzie człowiek znajduje się w sytuacjach o wiele trudniejszych niż te z "Miasta Boga". Film był zrobiony wiele lat temu, zresztą grali tam nasi ludzie, z naszej organizacji. Było bardzo śmiesznie. Reżyser miał oczywiście scenariusz, ale za każdym razem wychodziło źle. Chłopcy nie pamiętali scen i reżyser wciąż zatrzymywał akcję. "Co w tym trudnego? Dlaczego nie możecie tego zapamiętać?". A im trzeba było to napisać inaczej, żeby nie musieli zapamiętywać słów, ale sytuacje, a potem szli na żywioł. Tak zrobiliśmy. I poszło. Grali siebie. Te wszystkie przekleństwa wyrzucali z siebie bardzo naturalnie...

Jeśli jestem normalnym mieszkańcem faweli, nie działam w gangu, to nie jestem w aż takim niebezpieczeństwie?

Nie mogę tak powiedzieć, bo mnóstwo ofiar strzelanin w faweli to osoby trafione zabłąkaną kulą. Jest ich nawet więcej niż tych zabitych z rozmysłem. W fawelach tylko 5,5 procent osób jest zamieszanych w przestępstwa. Mówi się, że państwo nie jest w stanie ich dopaść bez krzywdzenia niewinnych, bo gangsterzy używają tej normalnej większości mieszkańców faweli jako swojej tarczy. Ale ja pamiętam, jak wyglądała rozprawa z Vila Cruzeiro, i pamiętam, że gdy policja chciała wejść do środka, czekała, aż się skończą lekcje w szkołach na obrzeżach faweli, dzieciaki ruszą do domów. Za nimi szli policjanci, bo wiedzieli, że nikt nie będzie strzelał do swoich dzieci. Więc akurat żywych tarcz używają obie strony.

Pracował u nas w fundacji jako mototaksówkarz pewien chłopak. Niezwiązany z handlem narkotykami, bo takich nie zatrudniamy. Jego brat już taki niewinny nie był. Tydzień temu policja porwała naszego chłopaka i zażądała 100 tysięcy reali łapówki. Jego matka zadzwoniła do policji federalnej, by zainterweniowała. Następnego dnia chłopak został znaleziony z kulą w głowie i związanymi z tyłu rękoma.

Widzi pan jakieś rozwiązanie? Ma pan nadzieję, że strony zrobią po jednym kroku w tył?

Aby polepszyć sytuację, trzeba stworzyć akademie policyjne, gdzie można by wyedukować policjantów. Nie można brać dowolnego człowieka, który się zgłosi do służby, kazać mu przejść podstawowy, dwutygodniowy trening i wypuszczać go z bronią na ulicę przeciw innemu człowiekowi z bronią. I trzeba wspierać programy socjalne wewnątrz faweli, oparte głównie na edukacji.

Pójdzie pan na jakieś mecze mundialowe?

Tak, w Rio. Wciąż nie wiem, na które.

Bilety się kończą.

Myślę, że jakieś miejsce na Maracanie się dla mnie znajdzie.