Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Misja Brazylia. Kanarkowy, trudny kolor

Brazylijska kadra jest jak dziecko toksycznych rodziców: nigdy nie dość dobra jak na wymagania kibiców. Dziecko właśnie kończy sto lat, zdobyło więcej niż ktokolwiek inny, zarabia na siebie, stara się być sympatyczne. Ale jeśli zawiedzie na mundialu, nie będzie litości
Twoja Misja Brazylia! Weź udział w konkursie i wygraj bilety na mundial!

Budynek wygląda jak wielki schron, stoi w parku tuż przy brzegu oceanu. Po jednej jego stronie bogata Brazylia właśnie stoi w kolejce po bilety na koncerty i przedstawienia. Drugą stronę teraz zajęła biedna Brazylia: bezdomny kończy kąpiel, polewając się wodą zaczerpniętą z miejskiego stawu.

Na początku maja ten schron nad oceanem to będzie najważniejsze miejsce w kraju. Nazywa się Vivo Rio, to tutejsza Sala Kongresowa. Trudno ją nazwać piękną, ale ma swoje zalety. Po pierwsze, pomieści aż pięć tysięcy gości podczas ceremonii ogłoszenia kadry na mundial. Tylko dziennikarzy - z całego świata - ma być pięciuset. Po drugie, sponsor hali, telekom Vivo, jest też sponsorem kadry i jej trenera Luiza Felipe Scolariego. A jeśli chodzi o marketing, brazylijska federacja od lat nie zostawia niczego przypadkowi. Potrafi podczas zagranicznych zgrupowań zbudować na miejscu małą Brazylię, obwieszoną logo sponsorów, jak kiedyś w szwajcarskim Weggis przed MŚ 2006. Reprezentacja jest od lat maszynką do zarabiania pieniędzy, czy wygrywa czy przegrywa.

Kadra ginie w tłumie

Ogłoszenie drużyny na mundial to będzie oficjalny początek gorączki MŚ. Na razie właściwie niewyczuwalnej. Dopiero się skończyły klubowe mistrzostwa stanowe, niedługo zaczną się krajowe, codzienność jeszcze wygrywa, mundial widać tylko w reklamach i w gazetach starających się codziennie mieć coś mundialowego. Ale koszulki kadry trudno wypatrzyć na ulicach, w morzu klubowych. Przed finałem Vasco - Flamengo na Maracanie show ukradł na chwilę fan klub Neymara, tańczący na chodniku przed stadionem w koszulkach kadry. Potem przepadł w tłumie.

Ale gorączka nadejdzie na pewno. Najpóźniej 26 maja, gdy Scolari zbierze piłkarzy w Granja Comary, pięknym ośrodku kadry w Teresopolis, niedaleko Rio. Tutaj akurat mundialem już pachnie. Na willach w pobliżu ośrodka wiszą ogłoszenia: wynajmę na czas mistrzostw. Za bramą Granja Comary już stoi autobus kadry, wjeżdżają i wyjeżdżają busy sponsorów. Za kilka tygodni rozstawią się tu wokół bataliony wozów transmisyjnych, brazylijscy reporterzy będą krzyczeć do mikrofonów nawet przy ogłaszaniu, że wszyscy zdrowi, a kibice będą trwać, czekając na wjazd i wyjazd autobusu z ośrodka. Mają kadrze wiele do zarzucenia, ale to jednak miłość, nawet jeśli trudna.

Kto zapłaci za koniec świata

O futbolowej Brazylii piszemy często tak, jakby ją zaludniały miliony naiwniaków, dopingujących na komendę i omdlewających, gdy tylko ktoś w kanarkowej koszulce podkręci piłkę. A to jest publiczność bardzo wybredna, podzielona i bywa, że okrutna dla piłkarzy. Zwłaszcza w największych metropoliach piłkarskich, bo im dalej od Rio, Sao Paulo, Belo Horizonte, tym kibice lojalniejsi. Ale na Maracanie zdarzają się gwizdy na kadrowiczów z Sao Paulo, w Sao Paulo na tych z Rio, a w Belo Horizonte podczas jednego z meczów bezlitośnie szydzono z Neymara, największej medialnej gwiazdy brazylijskiego futbolu. O szyderstwach mógłby też coś powiedzieć Hulk, którego wielu kibiców uważa za prymitywnego futbolowo osiłka, zajmującego miejsce w zespole piłkarzowi z iskrą Bożą. Mogliby też coś powiedzieć kolejni trenerzy kadry, bo to oni najczęściej są kozłami ofiarnymi. Jeśli Brazylia wygrywa, to kibice uznają, że po prostu zrobiła swoje. Jeśli przegrywa - jest koniec świata i ktoś za to musi zapłacić.

Od skrajności do skrajności

Jak powiedział kiedyś Muricy Ramalho, jeden z najlepszych brazylijskich trenerów ligowych, "gdyby Brazylia wymagała tyle od polityków, ile wymaga od piłkarskich trenerów, byłaby dużo lepszym miejscem do życia". Luiz Felipe Scolari, choć zdobył z Brazylią mistrzostwo świata w 2002 roku, podczas obecnej drugiej kadencji nieraz już słyszał, że jest osłem i ślepcem. Teraz krytykować go trudniej, bo kadra wygrała Puchar Konfederacji i 13 z 14 ostatnich meczów. Ale liczy się tylko mundial.

Puchary Konfederacji Brazylia wygrywała i w 2005, i w 2009, a potem na turniejach był wstyd. W 2006 reprezentacja udusiła się w samozadowoleniu, myślała, że jak się zebrał taki gwiazdozbiór - Ronaldo, Ronaldinho, Kaka, Adriano, itd. - to mundial wygra się sam. A w 2010 pod wodzą Carlosa Dungi drużyna poszła w inną skrajność. Trener zarządził koniec pięknej gry, przekonywał, że pora pogodzić się z własnymi ograniczeniami, poszedł na wojnę ze swoimi krytykami, ustawiał piłkarzy defensywnie. Brazylia odpadła w ćwierćfinale, a Dungę zwolnili przez telefon.

Brazylijski Forrest Gump

Luiz Felipe Scolari rozgrywa to wszystko dużo mądrzej niż Dunga. Też jest trenerem, który woli wyniki od stylu, ale nie mówi tego głośno. Od tego ma Carlosa Alberto Parreirę, który jest w sztabie i jego doradcą, i odgromnikiem. Parreira, poliglota i intelektualista, specjalista od przygotowania fizycznego, który nigdy zawodowo nie kopnął piłki, jest z kadrą Brazylii związany z przerwami już od 44 lat, a prowadził też jeszcze pięć innych reprezentacji. W 1970 został włączony do sztabu jako jeden z najzdolniejszych uczniów wojskowej akademii wychowania fizycznego (Brazylią rządziła wtedy wojskowa junta i zadbała, by kadrze nie zabrakło niczego w przygotowaniach, nawet specjalistów z NASA), by pomagać Mario Zagallo w przygotowaniu fizycznym piłkarzy. Potem zdobywał jeszcze z Brazylią mistrzostwo świata w 1994, też razem z Mario Zagallo, ale już jako ten, który miał w tym tandemie więcej do powiedzenia. Ostatni raz prowadzili razem kadrę w 2006 roku.

O Zagallo mówią w Brazylii, że jest jak Forrest Gump tamtejszego futbolu, zawsze w tle najważniejszych wydarzeń. Był nawet naocznym świadkiem Maracanaco, słynnej porażki z Urugwajem w decydującym meczu mundialu 1950 - jako żołnierz pilnował porządku na stadionie. W 1958 został mistrzem świata jako piłkarz, w 1962 ponownie, i to jako jeden z bohaterów drużyny, a w 1970 wygrał mundial jako trener. W sztabie na mundial 2014 go zabrakło. Ma już 83 lata, po niedawnej śmierci żony rzadko udziela się publicznie. A bardzo by pasował do tej ekipy Scolariergo, w której obecny trener zebrał wszystkich, którzy mu się kojarzyli z sukcesem. Parreirę, ale też swojego zaufanego adiutanta Flavio Murtosę, z którym zdobyli mistrzostwo świata w 2002 i z którym razem mogliby grać w westernach bez charakteryzacji. Scolari wezwał też na pomoc wiele innych osób ze sztabu z 2002. M.in. specjalistę od przygotowania fizycznego, Paulo Paixao. I psycholog Reginę Brandao, która w 2002 pomogła mu stworzyć w kadrze świetną atmosferę. Scolari to trochę dyplomata, a trochę swojak, który wie, w jaką strunę uderzać, by osiągnąć cel. Piłkarze go uwielbiają. Ostatnio zapytany, czy pozwoli im podczas mundialu uprawiać seks, odpowiedział: - Tak, ale nie akrobatyczny.



Diego, co nie chciał Brazylii

Scolari otoczył się naukowcami, ale sam lubi pozować na naturszczyka, któremu Parreira podsuwa dobre książki o przywództwie i zarządzaniu, a on je posłusznie czyta. Do kibiców Scolari przemawia jak trybun ludowy: Brazylia was potrzebuje, bądźcie z nami. Gdy Neymar ma problemy w Europie, Scolari już ogłasza, że to hiszpański spisek. Gdy Diego Costa z Atletico Madryt zrezygnował z gry w kadrze Brazylii i wybrał Hiszpanię, Scolari wezwał, by mu dać odczuć, że zdradził marzenia milionów.

Ale też historia Costy świetnie pokazuje, gdzie dziś Brazylia jest jako futbolowy naród. Gdy zdobywała prawo organizacji mundialu w 2007 roku, to był ostatni moment, gdy była symbolem tego, co w piłce najpiękniejsze. Wprawdzie Ronaldinho już zaczynał przepijać karierę, ale wybuchł talent Kaki i Brazylia nadal miała najlepszego na świecie. Kadra była po przegranym mundialu, ale mit joga bonito jeszcze się trzymał. A potem nadeszli Hiszpanie, nadszedł Leo Messi oraz Cristiano Ronaldo. Być najlepszym Brazylijczykiem - które to dziś miejsce daje w świecie futbolu? Brazylia, kraj napastników, może pierwszy raz od niepamiętnych czasów mieć w mundialowym ataku piłkarza z krajowej ligi, Freda, a nie gwiazdę z Europy. I jeszcze ta historia z Diego Costą. W roku mundialu w Brazylii Brazylijczyk woli grać dla Hiszpanii? To zabolało. Boli też że Neymar w Europie na razie bardziej niż golami zasłynął udawaniem fauli, a Paulinho, który zachwycał w Brazylii, szybko stracił impet po transferze do Tottenhamu.

Futbol ukradziony

Takie są nastroje przed mundialem wokół drużyny, która właśnie kończy w tym roku sto lat i była pięć razy mistrzem świata. W 1958 trochę z zaskoczenia, w 1962 już bez żadnych wątpliwości, a w 1970 najpiękniej: fantastyczna gra, pierwsze brazylijskie transmisje w kolorowej TV. Nic już temu potem nie dorównało, przynajmniej we wspomnieniach starszych kibiców. Bo młodzi triumf z 1994, po blisko ćwierć wieku czekania, cenią sobie bardzo wysoko, może nawet tak jak pokolenia ich ojców i dziadków rok 1970. Brazylia nie grała tam pięknie, ale czy to takie ważne przy emocjach finału z Włochami?

Ostatnie mistrzostwo, z 2002 pod wodzą Scolariego, budzi z tych pięciu najmniej emocji. Po prostu, mówią Brazylijczycy, drużyna przeprosiła w ten sposób za przegrany w niewyjaśnionych do dziś okolicznościach (tajemnicza zapaść Ronaldo w dniu finału) mundial we Francji. I tyle. Wzniosłości w tym nie było żadnej, były tylko momenty, zwłaszcza gdy piłkę miał Rivaldo. Brazylijscy kibice oczekują od swoich piłkarzy czegoś więcej.

Kiedy kadra wygrywa, jest ich, kibiców. Kiedy przegrywa, jest reprezentacją CBF, czyli tamtejszego PZPN. Tak jak my mamy swoich leśnych dziadków, tak Brazylijczycy - cartolas, czyli cylindry. Tak nazywają działaczy, którzy udają, że są społeczni, a dorabiają się na piłce fortun. Działaczy, którzy, zdaniem kibiców, ukradli im futbol. Najbardziej ceniony brazylijski dziennikarz sportowy Juca Kfouri napisał kiedyś, że los zesłał na Brazylię najlepszych na świecie piłkarzy i najgorszych na świecie działaczy.

Marin sam w piekle

Brazylijski futbol jest trochę jak brazylijskie rolnictwo: klimat w wielu miejscach pozwala zbierać plony dwa razy do roku bez szczególnych wysiłków. Ale ten sam klimat stwarza idealne warunki dla pasożytów, insektów, chwastów. Brazylijski futbol doją i swoi i obcy, bo prawami telewizyjnymi do meczów kadry handluje firma z Arabii Saudyjskiej, a proces w Brazylii o nadużycia przy organizowaniu meczów reprezentacji ma Sandro Rosell, były prezes Barcelony.

Kiedyś patronem cylindrów był Joao Havelange, szef FIFA, potem jego zięć Ricardo Teixeira, wieloletni szef CBF. Teixeira musiał oddać władzę, gdy już korupcyjne szambo wybiło, ale zastąpił go niewiele lepszy Jose Maria Marin, którego kiedyś przyłapano, jak kradnie jeden z medali, które miał wręczać na młodzieżowym turnieju. Marin to były polityk z dość nieciekawą kartą z czasów dyktatury. A w zarządzaniu CBF, jedyną na świecie piłkarską krajową federacją, która jest tak naprawdę konfederacją, polityka jest często ważniejsza od futbolu, bo trzeba lawirować między koalicjami stanowych związków piłkarskich. Marin, gdy Diego Costa odmówił gry dla Brazylii, chciał składać wniosek o odebranie mu obywatelstwa. A mundialową misję Brazylii opisał tak: - Teraz jesteśmy w czyśćcu. Przed nami już tylko albo niebo, albo piekło.

Jeśli chodzi o Marina i futbolowe piekło, to pewnie większość kibiców Brazylii odpowiedziałaby szefowi CBF bez wahania: miłej podróży. Ale przecież nie za cenę przegrania mundialu. Będą więc tak samo mocno za kadrą, jak będą przeciw CBF. Kanarkowy bywa bardzo trudnym kolorem.

Wyjazd dziennikarzy był możliwy dzięki Visa