Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Premier League. Okoński: To najbardziej niezwykły sezon w historii!

Porażka Chelsea u siebie z broniącym się przed spadkiem Sunderlandem, uratowany w ostatniej chwili remis Manchesteru City z tą samą drużyną i walka do końca meczu Norwich - Liverpool, to kolejne potwierdzenia: oglądamy najbardziej niezwykły sezon w historii Premier League - pisze Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".
Korzystasz z Gmaila? Zobacz, co dla Ciebie przygotowaliśmy

Pamiętacie jeszcze, jak to się zaczynało? Najpierw jest dymisja sir Aleksa Fergusona oraz zmiany na stanowiskach trenerów MC i Chelsea - z drużyn, które poprzedni sezon skończyły w pierwszej czwórce, tylko Arsenal rozpoczyna rozgrywki z tym samym szkoleniowcem. Rozpoczyna zresztą fatalnie, od porażki u siebie z Aston Villą i protestów kibiców, domagających się od Arsene'a Wengera "wydania tych pieprzonych pieniędzy". Później Wenger idzie na zakupy, sprowadza Mesuta Özila, co - w połączeniu ze znakomitą grą (do czasu kontuzji) Aarona Ramseya oraz pary stoperów Koscielny - Mertesacker - pozwala Arsenalowi stać się jednym z faworytów rozgrywek, jak to często bywało w ciągu ostatniej dekady: do czasu. Sezon wspaniale zaczyna też MC, miażdżąc Newcastle 4:0, później jednak niespodziewanie przegrywa z Cardiff. Liverpool radzi sobie dobrze, ale we wrześniu ulega Southamptonowi, a w listopadzie Arsenalowi. Chelsea regularnie ciuła punkty, bardziej dzięki pomocnikom (Hazardowi zwłaszcza) niż niemogącym się przełamać napastnikom, ale w tabeli nie przewodzi, podobnie jak Tottenham, prowadzony jeszcze przez Andre Villas-Boasa, i zwyciężający zwykle skromnym 1:0 dzięki rzutom karnym Roberto Soldado. Kłopoty tej ostatniej drużyny zaczynają się od meczu z Newcastle, którego bramkarz, Tim Krul, rozgrywa na White Hart Lane mecz życia (Tottenham oddaje 31 strzałów i przegrywa 0:1), potem są kompromitujące klęski z MC i Liverpoolem, zakończone zwolnieniem menedżera i zastąpieniem go przez Tima Sherwooda.

Do utraty tchu

Problemy MU są wielokrotnie opisywane: obserwowany z wysokości trybun przez milczącego Aleksa Fergusona David Moyes szuka najlepszego ustawienia, jego piłkarze borykają się z kontuzjami i przegrywają - również u siebie - z takimi zespołami jak WBA, Newcastle, Everton czy Tottenham. Sytuację poprawia styczniowy transfer Maty: po kontuzji van Persiego, ustawieniu Rooneya z przodu, a Maty na "dziesiątce" (wcześniej Hiszpan biega na skrzydle, co nie przynosi efektu: symbolem bezsilności MU jest mecz z Fulham, kiedy Czerwone Diabły dośrodkowują w pole karne rywali aż 81 razy, a i tak nie są w stanie wygrać), aktualny wciąż mistrz Anglii zaczyna zdobywać więcej punktów, ale na awans do Ligi Mistrzów szans już nie ma - i samo to wystarcza, by traktować ten sezon jak sensacyjny. Podobnie jak to, jaką rolę zaczyna w nim odgrywać dopiero siódmy na zakończenie poprzednich rozgrywek Liverpool.

Powodów do oglądania drużyny z Anfield Road jest mnóstwo. Sezon życia rozgrywa Luis Suarez, faworyt do tytułu piłkarza roku, po dzisiejszym meczu z Norwich mający na koncie 30 bramek, a przecież często niegrający na środku ataku i wypracowujący gole kolegom. Niewiele gorzej prezentuje się Daniel Sturridge - w ogóle cały ofensywny kwartet Liverpoolu (doliczmy Sterlinga i Coutinho) imponuje płynnością, intensywnością i szybkością. Po meczu z Norwich mają na koncie 96 bramek i pogromy: Evertonu 4:0, Arsenalu 5:1 i Tottenhamu 4:0; zwyciężali 3:0 na Old Trafford i w Cardiff 6:3, a w końcu - w meczu sezonu - wygrali z MC 3:2, a po tym spotkaniu w pamięci kibiców pozostały łzy Stevena Gerrarda i hołd złożony ofiarom tragedii Hillsborough.

MC gra równie ofensywnie (88 goli przy dwóch meczach mniej od Liverpoolu) i równie chętnie wystawia dwóch napastników, napędzane przez dynamiczne rajdy Yayi Toure i eleganckie dogrania Davida Silvy, ale na kilka kluczowych spotkań traci kontuzjowanego Aguero i traci też punkty: wprawdzie wygrywa z Arsenalem 6:3 i pokonuje MU na Old Trafford 3:0, ale nie potrafi pokonać u siebie Sunderlandu, ba: tylko błąd Vito Mannone w końcówce ratuje drużynę Manuela Pellegriniego przed porażką w jej ostatnim występie.

Chelsea miażdży 6:0 Arsenal (był to tysięczny mecz Wengera w Arsenalu - znów rzecz nie do zapomnienia), wygrywa z City na wyjeździe po meczu będącym popisem taktycznego kunsztu Jose Mourinho, ale w końcu traci punkty z Sunderlandem, a wcześniej potyka się na równie łatwych przeszkodach: Aston Villi czy Crystal Palace.

Proszę zwrócić uwagę: opowiadam tu tylko historię walki o mistrzostwo kraju, pomijając np. bardzo udany sezon Evertonu Roberto Martineza: do dziś ma szanse na czwarte miejsce, być może nawet zdołałby je wywalczyć, gdyby nie porażka u siebie z Crystal Palace. Albo historię tegoż Crystal Palace, przed sezonem murowanego kandydata do spadku, wyciągniętego za uszy przez Tony'ego Pulisa. Historię Fulham, gdzie trenerska karuzela nieuchronnie kręci się w stronę Championship. Historię Southamptonu: jego fajnej piłki i fajnych Anglików: Lallany, Rodrigueza, Lamberta czy Shawa. Historię WBA, której nieoczekiwane zwycięstwa prowadziły do zwolnień trenerów kolejnych drużyn przyjeżdżających na The Hawthorns. Pomijam skandale (Anelka, jego kontrowersyjny gest i kontrowersyjny koniec kariery na Wyspach), pomijam nieprzemyślane decyzje właścicieli (Vincent Tan z Cardiff, zwalniający ni stąd, ni zowąd Malky'ego Mackaya), pomijam sędziowskie pomyłki, których było sporo, ale wbrew temu, co mówił wczoraj Jose Mourinho, korzystali na nich wszyscy - także Chelsea powinna była kończyć mecz z Sunderlandem w dziesiątkę po tym jak Ramires huknął łokciem Sebastiana Larssona; ten sam pomocnik Chelsea zanurkował w polu karnym WBA w ostatniej minucie jesiennego meczu, co pozwoliło piłkarzom Mourinho uratować punkt.

Cytaty z Mourinho

Nie za wcześnie ten bilans? Niby po porażce Chelsea z Sunderlandem i zwycięstwie Liverpoolu nad Norwich najbliżej tytułu są piłkarze Brendana Rodgersa, ale jeśli Chelsea zdoła wygrać na Anfield, Liverpool potknie się jeszcze z Crystal Palace, a Manchester City zwycięży w swoich zaległych spotkaniach, wyścig między tymi trzema drużynami może potrwać do trzydziestej ósmej kolejki. Czy losy tytułu znów będą się rozstrzygać w ostatnich sekundach, jak dwa lata temu, kiedy MC wywalczył mistrzostwo, strzelając dwa gole w doliczonym czasie gry?

Nawet i bez tego powodów do zapamiętania obecnego sezonu jest wystarczająco wiele.

Strzelony z połowy boiska gol Rooneya z West Hamem. Bramka Wilshere'a w meczu z Norwich, strzelona po błyskawicznej wymianie dziesięciu podań, w ostatniej fazie wyłącznie z pierwszej piłki. Akcje Davida Silvy, niesłusznie pominiętego na liście nominowanych do tytułu piłkarza roku. Asysty Christiana Eriksena i powrót z niebytu Emmanuela Adebayora. Stałe fragmenty Leightona Bainesa. Ostatnie wielkie mecze Ryana Giggsa i jego bramka w dwudziestym trzecim sezonie ligowym z rzędu. 19 goli straconych przez Tottenham po indywidualnych błędach, robionych także przez piłkarzy tej klasy, co Vertonghen czy Lloris. Łzy Gerrarda po zwycięstwie z MC. Szokująco wysoki nowy kontrakt Rooneya. Brak kontraktu Wengera i coraz głośniejsze pytanie, czy w przypadku porażki Arsenalu w finale Pucharu Anglii, ten sezon nie okaże się sezonem ostatnim szkoleniowca Kanonierów?

"Przybiliśmy tu po to, żeby zabijać", mówił Jose Mourinho po rozgromieniu we wspomnianym tysięcznym meczu podopiecznych Wengera - co oczywiście powinno otworzyć osobny wątek wspomnieniowy: wszystkich skrzydlatych słów Jose Mourinho. Bez specjalnego przeglądania notatek przypominają się słowa o źrebaku wśród koni wyścigowych, jakim rzekomo miała być jego drużyna, o paraliżującym Arsenal "strachu przed klęską" i o XIX-wiecznym futbolu West Hamu (reakcja Sama Allardyce'a na tę wypowiedź - niepowstrzymany wybuch śmiechu i satysfakcji, że Mourinho nie potrafi pogodzić się z niepowodzeniem - bezcenna).

Czy uczeń przerósł mistrza

Tak, oczywiście, że za wcześnie na ten bilans. Nawet dzisiejszy mecz z Norwich i dwie stracone bramki pokazały, że Liverpool ma wciąż słabe punkty (obrońcy i niepewny na przedpolu bramkarz...), a od dawna wiemy, że do wielkich meczów Jose Mourinho potrafi się przygotować jak nikt. Widzę w Brendanie Rodgersie trenera roku nie tylko ze względu na to, jak blisko jest pierwszego od 24 lat tytułu mistrzowskiego dla Liverpoolu, ale także ze względu na to, jak potrafił rozwinąć talent niektórych piłkarzy (niechciany w Chelsea Sturridge, ale też Henderson, Sterling, Flanagan - dodajmy obsadzenie Gerrarda na nowej pozycji, co oznacza zapewne przedłużenie jego kariery o parę lat) i jak płynnie potrafi żonglować ich ustawieniem. Chociaż wcale nie wykluczam, że w bezpośrednim starciu zostanie przez swego dawnego nauczyciela pokonany (kiedy Mourinho był trenerem Chelsea po raz pierwszy, Rodgers pracował z młodzieżą w tym klubie).

Inna sprawa, że zwycięstwo na Anfield może Mourinho nie wystarczyć. Co powie wtedy? Jeszcze raz będzie narzekał na szefa sędziów Premier League, Mike'a Rileya? Gdybym był złośliwy, powiedziałbym, że to nie Riley wypożyczał do Evertonu Romelu Lukaku - najskuteczniejszego ze wszystkich napastników Chelsea, tyle że strzelającego bramki dla innej drużyny, i że nie on przegrywał mecze z Crystal Palace i Aston Villą... Pod jednym niewątpliwie względem sezon będzie należał do Mourinho - ukradnie mi puentę.