Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Liga Mistrzów: Ośmiu wspaniałych

Osiem zespołów, osiem twarzy i szesnaście akapitów - ćwierćfinały Ligi Mistrzów podsumowuje Michał Okoński, dziennikarz "Tygodnika Powszechnego" i autor bloga "Futbol jest okrutny".


Manchester United: Nemanja Vidić

Tak dobrze Czerwone Diabły pod Davidem Moyesem jeszcze nie zagrały. "Dobrze" nie oznacza w tym przypadku "efektownie", "pięknie" czy "ofensywnie". Po prostu w zderzeniu z najlepszą drużyną rozgrywek wszyscy spodziewali się raczej miazgi i upokorzenia podobnego do tych, które niedawno stały się udziałem MU w ligowych meczach z Liverpoolem czy Manchesterem City. Nic podobnego się nie zdarzyło: piłkarze Moyesa wywalczyli honorowy remis, dając popis zorganizowanej wreszcie gry obronnej. Chwilami było to jak oglądanie Evertonu za czasów pracy tego menedżera, ale przecież nie jest to żadna wada: groźnie kontratakujący i twardy w obronie, tamten Everton jak mało która drużyna angielskiej ekstraklasy potrafił wsadzać kije w szprychy silniejszych rywali.

Twarz temu - względnemu, ale jednak - sukcesowi dał Nemanja Vidić. W naszej pamięci zostanie nie tylko bramka serbskiego obrońcy, przynosząca gospodarzom prowadzenie, ale także desperackie wybicie piłki, zmierzającej w kierunku Thomasa Muellera w pierwszej połowie - gdyby Vidić nie interweniował, rzucając się pod nogi Niemca, Bayern zdobyłby bramkę. W sumie kapitan MU miał dwa wślizgi, jeden przechwyt, trzynaście wybić piłki i skuteczny blok strzału Toniego Kroosa, a celność jego podań wyniosła 94 proc. W powietrznych pojedynkach, rzecz jasna, nie miał sobie równych: główkował siedmiokrotnie, faulował zaledwie raz, co zważywszy na to, że po pladze trapiących go w ostatnich latach kontuzji jest wolniejszy niż w dawniej, oznacza, że ustawiał się znakomicie. Znaczy kapitan.

Bayern: Manuel Neuer

Oczywiście Bawarczycy pozostają faworytem w dwumeczu z Manchesterem United, przedwczoraj jednak z ich miażdżącej przewagi w posiadaniu piłki, przyciągających oko sekwencji podań i powiązanego z nimi ruchu zawodników, wyniknęło niewiele. Może dlatego częściej niż zwykle popatrywałem za plecy niepewnych skądinąd obrońców Bayernu, żeby zobaczyć, jak zachowuje się ich "sweeper keeper". Bohaterem meczu Manuel Neuer został z prostego powodu: w 40. minucie wyczekał Danny'ego Welbecka do ostatniej chwili. Pędzący sam na sam z Neuerem Anglik widział, jak niemiecki bramkarz ogromnieje w oczach, jak uparcie nie chce się położyć i pozwolić się wyminąć - i w końcu nie wytrzymał nerwowo, z ogromnej liczby możliwości zdecydował się na próbę lobu, którą Neuer przeciął bez trudu.

Ale grając przed własnym polem karnym, Neuer daje swojej drużynie dużo więcej. To nie tylko wychodzenie naprzeciw rozpędzonym rywalom do prostopadłych podań czy dobieganie do długich piłek zagrywanych gdzieś w okolice trzydziestego metra. Kiedy trzeba, bramkarz staje się piątym obrońcą: gra wślizgiem, kiedy trzeba (wczoraj było trzeba...) główkuje. Jest inteligentny, nie boi się dryblingu, świetnie gra nogami - naciskani zawodnicy ze środka pola nie boją się podać mu piłki, a on rewanżuje się im odpowiedzialną dystrybucją. Przeciwko MU koledzy zagrywali doń dziewiętnastokrotnie, on sam obsłużył ich 28 razy. Co jednak najważniejsze: dzięki jego grze z dala od własnej bramki cały pressing Bayernu mógł się odbywać na połowie MU, a środkowi obrońcy (o bocznych nie wspominając) mogli brać udział w akcjach ofensywnych. Zważmy jeszcze, że ani Javi Martinez, ani Boateng do szybkobiegaczy nie należą, co Welbeck akurat świetnie obnażył - dopóki nie trafił na Neuera.

Barcelona: Andres Iniesta

Nie Messi, już czwarty raz w tym sezonie zneutralizowany przez Atletico Madryt, tylko Neymar do spółki z Iniestą uratowali twarz Barcelony w najbardziej wyrównanym starciu ćwierćfinałów. O Katalończyku mówi się, że uruchamia się na wielkie okazje (pamiętamy świetne występy w meczach z Chelsea, z Manchesterem United albo z Realem, nie wspominając o finałach mundialu czy Euro) - we wtorek w dodatku miał prawo być świeższy od pozostałych kolegów, bo ligowy mecz z Espanyolem zaczynał na ławce. Niektóre z jego podań, znajdujące drogę mimo niewiarygodnego tłoku, przy potężnym i agresywnym pressingu Atletico, robiły wielkie wrażenie, zwłaszcza że w odróżnieniu np. od Fabregasa, Iniesta potrafił szybko pozbywać się piłki. Do cudownej asysty - podania, które znalazło drogę do Neymara przez gąszcz dwóch linii gości - dodajemy 59 innych celnych podań (81 proc.) i dwa strzały - jeden świetnie obroniony przez Thibauta Courtois w 75. minucie, drugi ofiarnie zablokowany przez Godina.

W rewanżu bez Messiego już się nie obejdzie, pytanie też, kto lepiej załata dziury - po Diego Coście i po Piquem. Szczęśliwie ostre wejście Ardy Turana w Iniestę nie skończyło się trzecią w tym meczu kontuzją - więc o formę Iniesty w rewanżu Gerardo Martino martwić się nie będzie musiał.

Atletico: Thibaut Courtois

Nie wykluczam, że wpływ na wybór tego piłkarza miała bramka Pastore w meczu PSG-Chelsea, za którą część winy ponosi Petr Cech: bramkarz, przez którego Courtois nie gra w Londynie. To miał oczywiście być mecz Diego Costy, który zszedł z kontuzją, to z pewnością był mecz jego zmiennika, Diego, autora kapitalnej bramki. To był również ten mecz, w którym można by wskazać bohatera zbiorowego. Rafał Stec podkreślał zalety zbudowanego przez Diego Simeone kolektywu: "Piłkarze Atletico panują nad przestrzenią: przemieszczają się wyłącznie w zwartej kolumnie - nikt tam nie marnuje energii na ruchy wyrwane z kontekstu, nikt nie reaguje spontanicznie, wszystko ma być przemyślane i wyrachowane - pisał. - Co nie znaczy, że podwładni Simeone nie wkładają w walkę serca. Wkładają i serce, i mnóstwo agresji notorycznie przechodzącej w brutalność. Jeśli nie ma w Europie drużyny skuteczniej chroniącej dostępu do własnego pola karnego, to tym bardziej nie ma równie przykrej w bezpośrednim starciu".

Jednak nie jest to jeszcze odpowiedź w pełni satysfakcjonująca. Jeśli nie ma w Europie drużyny skuteczniej chroniącej dostępu do własnego pola karnego, to nie ma również w Europie bramkarza będącego w równie świetnej formie, co 21-letni Thibaut Courtois. Na początku meczu z Barceloną bezrobotny, w końcówce Belg miał trzy interwencje światowej klasy po strzałach Busquetsa, Iniesty i Messiego. Ciekawe, czy ze wszystkich zawodników formalnie należących do stanu posiadania Chelsea, to on zajdzie najdalej w walce o triumf w Champions League i mistrzostwo jednej z najsilniejszych lig w Europie?

Real Madryt: Isco

Czyli siła ławki po raz pierwszy. Hiszpan po dobrym początku sezonu stracił miejsce w składzie, narzekał na niewielką liczbę okazji do gry, ale Ancelotti ma niewątpliwie rację, że wyprzedzający go w klubowej hierarchii Modrić, Jese czy di Maria w ustawieniu 4-3-3 dają zespołowi więcej. Wczoraj Isco zagrał tylko dlatego, że di Maria skarżył się przed meczem na chory żołądek - ale zastąpił Argentyńczyka w sposób więcej niż godny: jak di Maria biegał od jednego pola karnego do drugiego, znajdując sobie na boisku miejsce, którego akurat w meczu z Borussią nie spodziewalibyśmy się w takiej skali. Piłkarzy, o których warto wspomnieć w kontekście Realu, jest oczywiście dużo więcej - począwszy od Bale'a i Ronaldo, czyli strzelców pozostałych goli, przez Carvajala (świetna asysta przy golu Bale'a, w sumie trzy okazje stworzone kolegom, aż osiem odbiorów, trzy przejęcia, blok, trzy wślizgi, dwa wybicia piłki głową...) i Modricia (73 podania, 91 proc. celnych, jedna asysta, cztery dryblingi i trzy wślizgi), ale liczby młodego Hiszpana wypadają bodaj jeszcze efektowniej. W odróżnieniu od Chorwata Isco grał tylko 72 minuty, ale w tym czasie 58 jego podań znalazło piłkarzy Realu (95 proc. celnych), pięciokrotnie udał mu się drybling, do tego doliczamy dwie wykreowane sytuacje i rzecz jasna gola. Kapitalne były jego wymiany z pierwszej połowy, z Benzemą i Ronaldo.

Real w ostatnich tygodniach nie miał dobrej prasy: po kilku gorszych meczach dał się wyprzedzić Atletico i Barcelonie w hiszpańskiej ekstraklasie, a Carlo Ancelottiego krytykowano m.in. za zbyt oszczędne rotowanie składem. Dziś jednak jego gwiazdy zagrały świetnie, z intensywnością, której wszyscy pozostali ćwierćfinaliści mogliby im jedynie pozazdrościć. Obok Bayernu to nadal faworyt Ligi Mistrzów

PSG: Javier Pastore

Czyli siła ławki po raz drugi. Przed meczem obstawialiśmy, że będzie to Ibrahimović, po rozpoczęciu spotkania - że doskonały Lavezzi, już w trzeciej minucie wykorzystujący błąd Johna Terry'ego, a potem asystujący przy samobójczej bramce Davida Luiza, ale tak naprawdę drużynę Jose Mourinho pogrążył Pastore. Wszedł dopiero w 85. minucie, ale w ciągu przyznanych mu przez Laurenta Blanca kilkuset sekund zdołał zaliczyć osiem celnych podań, trzy dryblingi i gola. Gola, który obciąża nie tylko zaskoczonego przy krótkim słupku Petra Cecha.

Inwestycje miliarderów z Kataru w paryski zespół były ogromne - i zwłaszcza w tej fazie sezonu widać, że dokonywane z głową: w trzy lata zbudowali drużynę będącą o włos od półfinałów Champions League. Kontuzja Zlatana? Kiepska forma Cavaniego? Jakiż to problem, kiedy ma się na ławce Pastore, Mourę i Cabaye'a? Pokażcie mi drugi zespół w Europie zdolny do wprowadzenia takich zmian... Agresywny początek, szybkość kontrataków z pierwszej połowy spotkania zostały wprawdzie przez Chelsea zniwelowane, w drugiej jednak Paryżanie zdołali przejąć kontrolę nad meczem: boczni obrońcy podeszli wyżej, a rezerwowi wnieśli do meczu więcej niż rezerwowi Chelsea - w kluczowym momencie, po ominięciu przez Pastore Azplicuety, to w wyścigu pomiędzy nim a również wprowadzonym w drugiej połowie Lampardem rozstrzygnęły się losy tego pojedynku (dwumeczu?).

Chelsea: Andre Schuerrle

Wybieram Niemca, bo Jose Mourinho był kolejnym w tych ćwierćfinałach szkoleniowcem, który zaczynał mecz z "fałszywą dziewiątką", bez klasycznego snajpera. I dlatego, że tłumacząc się z tej decyzji (podjętej nie pierwszy raz w tym sezonie, skoro Schuerrle na szpicy grał już na Old Trafford), trener Chelsea mówił po meczu o tym, jak niezadowolony jest ze swoich napastników - powiedział wręcz, że nie ma "prawdziwego napastnika"! Zauważmy więc: w 59. minucie, gdy niemieckiego skrzydłowego zastępował Fernando Torres, Chelsea z PSG remisowała, a w związku z tym rodzi się pytanie, czy nie lepiej już było trzymać się pierwotnej koncepcji? W Bayernie zmiana Müllera na Mandżukicia - "fałszywej dziewiątki" na klasycznego snajpera - przyniosła efekt, ale Torres wydawał się kompletnie pozbawiony energii, gubił się i tracił piłkę. O tym również Mourinho powiedział w zasadzie wprost: że spodziewał się po tej zmianie dużo więcej. Z Schuerrlem drużyna znajdowała się w komfortowej sytuacji: utrzymywała się przy piłce, Niemiec przydawał się także podczas walk w środku pola - zwłaszcza w pierwszej połowie kwartet Oscar, Willian, Schuerrle i Hazard funkcjonował dobrze, próbując odbierać piłkę już na połowie gospodarzy i zmuszając ich do prostych błędów.

Z napastnikami Mourinho ma problem nie od dziś, nie od dziś także pytamy, dlaczego zdecydował się zatrzymać w klubie Dembę Ba, a nie podbijającego dziś serca fanów Evertonu Romelu Lukaku, Inna sprawa jednak, że meczu z PSG Londyńczycy nie przegrali w związku z nieskutecznością napastników, tylko z powodu nieoczekiwanych błędów w defensywie, zwłaszcza - o dziwo - po akcjach ze skrzydeł. Cahill i Terry starali się ratować sytuację, ale wszystkiego uratować nie mogli. Występ Davida Luiza w środku pola kazał nam tęsknić za Maticiem, który mimo iż jest na Wyspach zaledwie trzeci miesiąc, z pewnością nie przypomina (jak kiedyś określił Luiza Gary Neville) "figurki z PlayStation, sterowanej z trybun przez jakiegoś dziesięciolatka"). To Luizowi odebrał piłkę Ibrahimović w trzeciej minucie, i nawet jeśli w dalszej części pierwszej połowy Brazylijczyk się pozbierał i grał przyzwoicie, to on strzelił w drugiej połowie bramkę samobójczą. Trzecia kolejna wyjazdowa porażka Chelsea, kiedy jeszcze kilkanaście dni temu wyglądało na to, że mówimy o faworycie Premier League i faworycie starcia z PSG w Lidze Mistrzów... Czyżby mówiąc o "małym koniku" wśród wielkich, wyścigowych rumaków, Mourinho dawał kolejny dowód swojej nieomylności?

Borussia: Robert Lewandowski

Nie, to nie wrodzony patriotyzm przeze mnie przemawia. Mam po prostu w tyle głowy zdjęcie, zamieszczone przez Sport.pl przed meczem, a na nim siedmiu wyszarzonych piłkarzy ze składu, który wyeliminował Real z Ligi Mistrzów rok temu. I mam świeżo przed oczami wszystkie wczorajsze próby Aubameyanga, zwłaszcza tę z 49. minuty po wyjściu Reusa z własnej połowy, i pięć minut później, kiedy po kolejnym świetnym podaniu Reusa piłkarza z Gabonu wyniosło go gdzieś daleko od bramki Casillasa, tak że zamiast strzelać, był zmuszony podawać do tyłu. Żal było patrzeć na te wszystkie starania osamotnionego Reusa, żal było patrzeć, jak niektóre odruchowe zagrania piłkarzy Borussii do przodu skazane były na niepowodzenie, bo nie było tam Polaka, który potrafiłby przyjąć piłkę pod presją, zastawić się, wyjść zwycięsko ze starcia z Pepe, uruchomić któregoś z wchodzących z drugiej linii kolegów, rozpocząć pressing drużyny.

Pressing, którego zresztą dramatycznie brakowało. Rację ma Michał Zachodny, pisząc w pomeczowym komentarzu o braku siły, dynamiki i przyspieszenia przetrzebionej kontuzjami Borussii Kloppa - zwłaszcza na tle Realu, którego ofensywni gracze przyspieszyć potrafią jak mało kto. Tamtej drużyny już nie ma, rozsypała się głównie w środku pola, gdzie trudno się spodziewać, żeby Sahin czy sędziwy Kehl potrafili zastąpić Gundogana. Kiedy padało tu już kilka razy sformułowanie o sile ławki - jej słabość w przypadku Borussii przesądziła o losach tego sezonu.

Relacje z najważniejszych zawodów w aplikacji Sport.pl Live