Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Zmechanizowana pomarańcza czyli tak kibicują Holendrzy

Niemal dokładnie dwa lata temu, w kwietniu 2010 roku spod Stadionu Olimpijskiego w Amsterdamie wyruszył sznur pomarańczowych aut z holenderskimi kibicami w środku. Gdzie zmierzali? Co ich spotkało po drodze? Oto opowieść o prawdziwej pasji kibicowania bez granic.
Czerwiec, Republika Południowej Afryki. Po autostradzie prowadzącej do Pretorii sunie sześciokilometrowy konwój złożony z prawie 200 samochodów. Ze swoich vanów, garbusów i przyczep kempingowych wystają pomarańczowi Indianie oraz sobowtóry Elvisa Presleya i legendarnego piłkarza Ruuda Gullita. To kibice reprezentacji Holandii, którzy jadą wspierać swoją drużynę na mistrzostwach świata.

Podróż z Amsterdamu rozpoczęli dziewięć tygodni wcześniej. Jeden z nich, 72-letni Aart van der Toorn, spytany, czemu wybrali się do RPA samochodami, odpowiedział krótko: - A czemu nie? Żona mi pozwoliła, więc pojechałem.

Na początku było ich pięćdziesięciu i mieli 22 auta. Ale w trakcie podróży dołączali kolejni śmiałkowie. Pod koniec w zmotoryzowanej grupie o nazwie "Pomarańczowe Trofeum" było prawie tysiąc holenderskich kibiców. Podobno wypożyczalniom vanów w RPA nigdy nie powodziło się lepiej.

Ci, którzy jechali od początku, przebyli aż 15 tysięcy kilometrów. Nie zawsze była to droga łatwa. Auta przemierzały pustynie, sawanny i subtropikalne kraje, nierzadko ulegając awarii. Najtrudniej było przedrzeć się przez piaszczyste tereny Sudanu i Tanzanii. W morderczym upale kilka silników po prostu wybuchło. Kibice musieli wydać majątek, by posłać statkiem zepsute auta w drogę powrotną.

Ale tylko raz dalsza podróż stanęła pod znakiem zapytania. Wszystko z powodu śmierci jednego z członków grupy. 66-letni Henk Witjs zignorował ostrzeżenia o silnym prądzie i utopił się w jeziorze Malawi. Niektórzy zaczęli wtedy wątpić w sens wyprawy.

Ruszyli jednak dalej. Tylko zanim znów włączyli silniki, na brzegu niebezpiecznego jeziora odprawili nabożeństwo. I zdecydowali, że od tej pory każdy na swoim pomarańczowym stroju będzie miał czarną wstążkę ku pamięci przyjaciela.

Kiedy dotarli do celu miejscowe media uznały, że są najbardziej szaloną i kolorową grupą kibiców na mundialu. W trakcie turnieju każdy ich przejazd z miasta do miasta budził ogromne zainteresowanie. Jeden z nich był nawet transmitowany na żywo przez telewizję. Południowoafrykańska policja specjalnie dla pomarańczowego konwoju zamknęła odcinek autostrady.

- Jestem poruszony ich pasją. Dali nam ogromną siłę - przyznał potem gwiazdor reprezentacji Holandii Robin van Persie. "Oranje" niesieni przez fanów dotarli aż do samego finału, gdzie dopiero po dogrywce ulegli Hiszpanom.

Wkrótce pomarańczowi kibice wyruszą w kolejną podróż - tym razem pojadą na igrzyska do Londynu okrężną drogą przez Polskę i Ukrainę. A ty jak będziesz kibicował? Pisz na adres trybunakibica@sport.pl