Aplikacja Fotball LIVE
  POBIERZ

Liga hiszpańska. Nie ma Rosella, jest ludzki prezes

Transfer Ronaldinho otworzył Sandro Rosellowi drzwi do kariery w Barcelonie, a transfer Neymara je za nim zamknął. Josep Maria Bartomeu zaczął rządy od ujawnienia liczb dotyczących kontrowersyjnej transakcji.
"Wreszcie usłyszeliśmy prezesa Barcelony przemawiającego jak normalny człowiek" - napisał komentator dziennika "El Pais" po pierwszej konferencji prasowej Josepa Marii Bartomeu, który podjął się kontynuowania projektu Sandro Rosella. Zaczął zupełnie odcinając się od tego, co robił poprzednik. Atakowany z powodu wątpliwości wokół transferu Neymara były prezes do znudzenia powtarzał zgrany refren o tajemnicach handlowych. Jak się okazało, tajemnice nie są aż tak wielkie, Bartomeu ujawnił kwoty pierwszego dnia urzędowania. Wynika z nich, że całkowity koszt zakupu Brazylijczyka, jak podawała prasa, jest znacznie wyższy niż deklarowane przez klub 57,1 mln euro.

Oczywiście Barca nie mogła przyznać racji dziennikowi "El Mundo", który doniósł, że Neymar kosztował klub 95,1 mln euro. Padła kwota 86,2 mln. Różnica wynika z oceny dwóch meczów towarzyskich Barcelona - Santos, które zdaniem "El Mundo" kosztowały 9 mln, a zdaniem klubu kosztowałyby, gdyby się nie odbyły. W sumie prawie na jedno wychodzi, tak jak wszyscy podejrzewali, koszt Brazylijczyka nie mógł wynieść 57 mln, skoro wiadomo, że Real Madryt dawał dwa razy więcej.

- W rozgrywkach kuluarowych straciliśmy kiedyś Alfredo di Stefano, na stratę Neymara nie mogliśmy sobie pozwolić - powiedział nowy prezes Barcy, uderzając w najczulszą nutę kibiców klubu. To właśnie wygrany przez "Królewskich" pojedynek o Argentyńczyka w latach pięćdziesiątych jest symbolem największego wzlotu Realu Madryt, któremu w tamtym czasie klub z Camp Nou nie był w stanie dorównać.

Problem jest jeden. Alfredo di Stefano dał Realowi pięć Pucharów Europy, Neymar, gracz niewątpliwie utalentowany, ma zawieszoną poprzeczkę oczekiwań wyjątkowo wysoko.

Przypadek Sandro Rosella pokazuje jednak, kto tak naprawdę rządzi futbolem. Jego wielką pozycję w Barcelonie zbudował transfer Ronaldinho w 2003 roku. Kibice klubu z Camp Nou mieli wtedy za sobą okres czarnej rozpaczy. Przez dziewięć wcześniejszych lat ich zespół zdobył zaledwie dwa tytuły mistrza kraju. Nikt nie śmiał marzyć o tym, że nadchodzi najlepsza dekada w historii Barcelony. Wszystko zaczęło się właśnie wtedy, gdy firmowy uśmiech Ronaldinho rozjaśnił przyszłość klubu z Camp Nou. Rosell miał w tym ogromny udział, gdy Brazylijczyk siedział już na walizkach, szykując się do podbojów Premier League z Manchesterem United, skusił go na obranie kierunku południowego.

Oczywiście drogi Joana Laporta i Sandro Rosella rozeszły się natychmiast po pierwszych sukcesach. To w Barcelonie tradycja. Siedem lat rządów Laporty dało klubowi cztery mistrzostwa Hiszpanii i dwa Puchary Europy. Zgoda i sukces na boisku kontrastowały z aferami i kłótniami w gabinetach. Laporta robił co mógł, by jego następcą nie został Rosell. Ale socios zlekceważyli głos poprzedniego prezesa, dając Rosellowi stanowisko z największym poparciem w historii klubu.

Nie zawiodę Was - obiecał wtedy Rosell. I na boisku nie zawodził. Drużyna zdobyła kolejne dwa mistrzostwa kraju i Puchar Europy. Dziś jest liderem Primera Division. W gabinetach szefów Barcy spokoju to nie zapewniało. Rosell przysięgał, że będzie się różnił od szastającego pieniędzmi Laporty, tymczasem miało się wrażenie, że po prostu szuka na nim zemsty. Jego zarząd podał poprzedników do sądu za niegospodarność, co zdarzyło się pierwszy raz w historii klubu notorycznie przecież targanego konfliktami na szczytach władzy.

Rosell, jako prezes, szybko przestał być słowny i transparentny. Kontrakt sponsorski z Katarem wywołał wiele wątpliwości socios, tak jak tajne negocjacje z agresywną grupą kiboli, którzy mieli organizować doping na stadionie. Oficjalnie prezes się tego wyparł, czyli po prostu przyłapano go na kłamstwie. W sprawie danych dotyczących transferu Neymara upór przy ich ukrywaniu otarł się o śmieszność. Skoro mógł je odtajnić Bartomeu, mógł Rosell dzień wcześniej.

Symboliczny był konflikt z socio Jordi Casesem. Kibic poprosił zarząd o ujawnienie kwot za transfer Neymara, prezes go zlekceważył, tłumacząc, że są tajne. Kibic poszedł więc do sądu, co doprowadziło prezesa do dymisji. Wygląda to wszystko na wzór demokracji.

Bartomeu ma kontynuować to, co zaczął z Rosellem. Faktycznie dług klubu w trzech ostatnich latach spadł do 230 mln euro, a finanse Barcelony nigdy nie miały się lepiej. Nowy prezes chce jednak wyciągnąć rękę do zgody z Johannem Cruyffem. Jeśli tylko nie będzie to pusty gest, Barcelonie jest to potrzebne.

Nie ma jednak wątpliwości, że los Bartomeu leży w nogach piłkarzy. Tak jak los Rosella, którego wyniósł transfer Ronaldinho, a pogrążył transfer Neymara. Jeszcze latem wyglądał on na spektakularny sukces prezesa Barcy - o Brazylijczyka zabiegało pół Europy.

Jeśli gwiazdy klubu z Camp Nou będą grały dobrze, nowy prezes wytrwa na stanowisku. Jeśli źle, zostanie zmieciony, jak kilku przed nim. Dlatego pierwszą decyzją Bartomeu jest podniesienie pensji Leo Messiego do poziomu Cristiano Ronaldo. Przyszłość klubów zależy od prezesów, ale przyszłość prezesów od piłkarzy.

Więcej o hiszpańskiej piłce na blogu Dariusza Wołowskiego - W polu karnym ?