Przepłynął kanał La Manche, teraz musi spłacać długi

- Teraz, po przepłynięciu kanału La Manche, muszę zacząć spłacać długi, w jakich przez chęć pokonania go jestem - mówi Grzegorz Radomski, ratownik z Opola. 29-letni opolanin jest dopiero trzecim lub czwartym Polakiem, który pokonał La Manche.

Wcześniej dokonali tego Teresa Zarzeczańska w 1975 r. i Romuald Szopa trzy lata później, a w 2010 r. kanał przepłynął również Paweł Nowak, od wielu lat mieszkający na stałe w Anglii i mający podwójne obywatelstwo. Płynął w barwach klubu z Londynu i wówczas na oficjalnej liście figurował jako Anglik. Obecnie jest tam jednak umieszczony jako reprezentant Polski.

Rozmowa z Grzegorzem Radomskim

Jacek Konopacki: Po raz drugi próbował pan przepłynąć kanał. Rok temu się nie udało, teraz dopiął pan swego.

Grzegorz Radomski: Wtedy przegrałem z pogodą, teraz byłem z moją ekipą lepiej przygotowany logistycznie. Pojechaliśmy wcześniej do Dover, miałem kilka dni na aklimatyzację.

Problem w tym, że trenowałem przy brzegu, gdzie woda miała wówczas 18 st. C, a gdy wypłynąłem już na pełne morze, było ledwie 14,5.

I płynął pan w samych kąpielówkach?

- Zgodnie z przepisami mogłem mieć tylko kąpielówki powyżej kolan, czepek i okularki pływackie. Kiedy wskoczyłem do wody, zostałem uderzony zimnem.

A na dodatek po godzinie płynięcia pogoda się nieco załamała, zaczął padać deszcz, krótki, ale bardzo intensywny. Na szczęście później było już lepiej, cały czas świeciło słońce.

Warunki na kanale były całkiem niezłe. O dziwo, śmieci było znacznie mniej niż rok temu, meduzy też mnie ominęły, wtedy byłem poparzony kilka razy. Fale też tak bardzo nie doskwierały. Przeszkadzały tylko wodorosty, nieprzyjemne, ale niegroźne.

A statki?

- To dodatkowe utrudnienie. Na kanale jest bardzo duży ruch, mijało nas wiele statków, niektóre płynęły bardzo blisko. Najgorsze jest to, że kiedy przepływały, podrywały wodę z dna, a zimne prądy miały poniżej 13 st. Chłód był niesamowity. Doceniłem to, że w ramach przygotowań zimą trenowałem z morsami.

W ten sam dzień co ja płynęły jeszcze dwie osoby. Półtorej godziny przede mną wypłynął mężczyzna, dogoniłem go i przegoniłem, więc nawet nie wiem, czy dotarł do mety. Była jeszcze kobieta, ale się wycofała, po drodze widzieliśmy, jak jej łódka wraca do Anglii.

Kto płynął w pańskiej łódce?

- Poza moją ekipą jeszcze sędzina, która czuwała nad prawidłowym przebiegiem próby, kapitan i jego asystentka Sam Jones. Ona przepłynęła kanał już kilka razy, bardzo mi pomogła, dawała świetne rady, dobrze z nią trafiłem, bo nie wiem, czy bez niej by się udało.

Jaki był najtrudniejszy moment?

- W ubiegłym roku płynąłem na czas w okolicy najlepszych na świecie, ale pogoda się załamała i musiałem zejść na łódź. Teraz kryzys przyszedł mniej więcej w tym samym momencie, czyli w połowie trasy zacząłem odczuwać trudy. Ból mięśni nóg był niesamowity, bolał mnie też bark, zresztą ciągle jeszcze boli.

Do tego strasznie doskwierało mi zimno, tak bardzo, że nie wytrzymywałem psychicznie. Wiele razy chciałem zrezygnować i wejść na łódkę, ale mi nie pozwalali, mówili, żebym płynął, bo kolejny raz już tutaj nie przyjedziemy (śmiech).

Bardzo pomogła mi w kryzysie właśnie Sam, przekonywała, że to kluczowy moment, że w tym miejscu wiele osób rezygnuje. Poradziła, abym napił się ciepłej herbaty i zjadł ciepłe ciastko. Ponieważ nie może być żadnego kontaktu z łódką, picie wrzucali mi w bidonie do wody, a ciastko brat podał mi w kubeczku. Rozgrzało mnie od środka i jakoś przełamałem kryzys.

Choć później jeszcze wiele razy, niemalże do końca, walczyłem ze sobą, zastanawiałem się, czy nie zrezygnować.

Starałem się robić jak najmniej przerw [utrzymywanie się na wodzie bez płynięcia - przyp. red.], bo prąd znosił w kierunku Anglii i po minucie postoju musiałem przez 20 minut odrabiać stracony dystans. Ale w najgorszym momencie zatrzymywałem się praktycznie co chwilę, by nieco odpocząć.

Na dobre rozgrzał mnie dopiero widok klifów we Francji. Kiedy je zobaczyłem, to uwierzyłem, że się uda, woda zrobiła się cieplejsza, przynajmniej miałem takie wrażenie, a końcówkę ze szczęścia chciałem popłynąć nawet delfinem.

Dotychczas nigdy nie przebywałem w wodzie bez przerwy przez 11 godzin, najdłużej płynąłem przez sześć - rok temu także na kanale, ale teraz było prawie dwa razy więcej.

W trakcie próby rozmawiał pan z najbliższymi?

- Przed startem radzono mi, aby mówić jak najmniej. Słyszałem o kobiecie, która dopiero po 10 godzinach odpowiedziała półsłówkiem, że wszystko jest OK, wcześniej w ogóle się nie odzywała. Ja wręcz przeciwnie, mówiłem bardzo dużo, a jak dopadł mnie kryzys, to praktyczne cały czas.

Mocno zboczyliście z kursu. Dlaczego?

- W sumie popłynąłem 7 km więcej, około 42 km, bo mocno mnie zniosło, to były jakieś dwie godziny w wodzie dłużej. Dopiero 2 km przed brzegiem zauważyłem latarnię morską, na którą miałem się kierować. Nie było sensu zmieniać kursu, więc dopłynąłem do najbliższego brzegu i wyszedłem kilkanaście kilometrów od Calais.

Na szczęście nie ma presji czasu, bywają próby, które trwają ponad 20 godzin, można płynąć także nocą.

W końcówce trzeba uważać na turystów?

- Tak, zgodnie z zasadami trzeba wyjść na ląd o własnych siłach, a jakakolwiek pomoc oznacza dyskwalifikację. Kiedy dopływaliśmy do brzegu, brat przypominał jeszcze, abym krzyczał do ludzi, by przypadkiem mi nie pomagali. Na szczęście dopływaliśmy około godz. 19, więc nie było już zbyt wielu ludzi na plaży i nikt nie kwapił się, by mnie ratować (śmiech).

Gdy stanąłem na plaży, brat zmierzył mi czas: 10 godzin i 57 minut. Sędzinie wyszło równe 11 godzin i taki będzie oficjalny wynik.

Ile kosztowało pana przepłynięcie La Manche?

- 10 tys. kilokalorii i tylko jakiś kilogram z wagi (śmiech). A na poważnie - startowe, opłata za łódkę, asekurację, sędzinę to 2,6 tys. funtów. Do tego trzeba doliczyć dojazd, zakwaterowanie, wyżywienie itp. W sumie ok. 25-30 tys. zł.

Miałem kilku sponsorów, ale większość pieniędzy musiałem zdobyć sam, w urzędzie miasta i marszałkowskim mi odmówiono. Pomogli mi rodzice, pożyczyli znajomi, bardzo im wszystkim dziękuję.

Teraz będę spłacał długi, ale opłacało się, bo przeżyłem przygodę życia i spełniłem swoje marzenie. Może ten wyczyn pomoże mi także znaleźć pracę. Obecnie prowadzę zajęcia w szkółce pływackiej, jestem także trenerem i zawodnikiem Zrywu Opole, staram się o pracę jako ratownik na basenie przy Prószkowskiej, teraz chyba nikt nie ma wątpliwości, że nadaję się na to stanowisko (śmiech).

Rozmawiał Jacek Konopacki