Przedwczesny finisz 43. Patrouille des Glaciers

Dla blisko 4,5 tys. zawodników, którzy z całej Europy przybyli, aby wziąć udział w 43. zawodach Patrouille des Glaciers przedwczesne zakończenie wyścigu było dużym rozczarowaniem. Z powodu nagłego wzrostu zagrożenia lawinowego, wyścig przerwano tuż przed 30 km w Arolli (2,100 m).

Dołącz do nas na Facebooku

Odbywający się co dwa lata Patrouille des Glaciers to dziś obok Pierra Menta i Sellaronda Skimataron najsłynniejsze ski-alpinistyczne zawody w Europie. Organizowany przez szwajcarską armię od 1943 roku górski bieg narciarski ściąga w Alpy trzyosobowe drużyny chcące zmierzyć się na wymagającym hartu ducha, siły, techniki i wprawy 53 km odcinku od Zermatt do Verbier (z przewyższeniem ponad 4 tys. metrów). Trasa biegnie po sławnej "Haute Route", której pokonanie zajmuje zazwyczaj wytrenowanemu amatorowi cztery dni, zawodnicy mają na to zaledwie 17 godzin.

W tym jednak roku z powodu nagłego ocieplenia i wzrostu zagrożenia lawinowego wyścig przerwano już w Arolli (2,100 m) tuż przed 30 km, uniemożliwiając zawodnikom wbieg na przełęcz Col de Riedmatten (2,919 m). Do pokonania jest tam prawie tysiącmetrowe podejście (częściowo po trasie narciarskiej) i zejście ubezpieczone linami, którego zawodnicy już jednak nie doświadczyli.

Przedwczesny finisz 43. Patrouille des Glaciers Przedwczesny finisz 43. Patrouille des Glaciers  Fot.: Dawid Hajok

Ostatecznie "patrolowcy" musieli zadowolić się więc ekwiwalentem w postaci 57 km liczonych wraz z odległościami, które musieli pokonać w pionie. Podczas wyścigu wspięli się na 3,650 m. przez Tete Blanche do Col Bertol (3,268 m). Dla blisko 4,5 tys. ski-alpinistów, którzy z całej Europy przybyli, aby wziąć udział w 43. zawodach Patrouille des Glaciers przedwczesne zakończenie wyścigu było jednak dużym rozczarowaniem (cała trasa liczona z uwzględnieniem pionowych odległości mierzy bowiem aż 110 km).

Z pośród blisko 1,5 tys. trzyosobowych zespołów najlepsi na skróconym odcinku trasy okazali się Kilian Jornet (ESP), Wiliam Bon Mardion (FRA) oraz Matheo Jacquemoud (FRA) z czasem 2.54.36, a wśród kobiet najszybsze były Mireia Miro (ESP), Laetitia Roux (FRA) i Severine Pont Combe (CH), uzyskując rezultat 3.31.35.

Na finałowej liście nie doszukaliśmy się jednak reprezentantów Polski. Jako pierwsi Polacy w historii kultowe zawody Patrouille des Glaciers w Alpach ukończyli w 2010 roku Grzesiek Bargiel, Andrzej Mikler, Kuba Brzosko a pierwszym Polakiem, który brał udział w PDG był w 1996 roku Józef Michalec.

Choć wielka militarna tradycja wyścigu kultywowana jest przez miłośników gór bez względu na trudy i zagrożenia, to jednak do organizatorów - szwajcarskiej armii, która do dziś czuwa nad bezpieczeństwem uczestników PDG - należy ostateczna decyzja dotycząca przebiegu imprezy. A tym razem wojskowi uznali stanowczo, że warunki pogodowo-śniegowe nie pozwalają na kontynuowanie zawodów. Już raz bowiem w historii tego wyścigu doszło do tragedii. Nikt nie chciał by powtórki z 1949 roku, kiedy to wojskowa załoga wpadła w szczelinę na lodowcu Mont Miné i zginęła na miejscu. Od tamtego czasu Federalny Departament Wojskowy w Szwajcarii zabronił organizowania zawodów (których charakterystycznym elementem jest m.in. poruszanie się z liną pośród alpejskich lodowców) na ponad 30 lat!

Dziś wyścig ponownie cieszy się doskonałą reputacją czego zasługą jest właśnie wspaniała organizacja, o którą dbają setki żołnierzy na trasie i poza nią. Zawodnicy mogą liczyć na właściwą akomodację w hotelach w samym centrum Zermatt położonego na wysokości ok. 1616 m.n.p.m., dobre wyżywienie, a także fachową opiekę medyczną oraz fosforyzujące oznaczenia na trasie i liczne zabezpieczenia podczas pokonywania lodowców.

Ale Patrouille des Glaciers to także gratka dla kibiców. Magia tych startujących w nocy zawodów ściąga kibiców nawet w najbardziej odległe zakątki trasy jak Col de Riedmatten 2919 m.n.p.m. czy Rosablanche 3160 m.n.p.m. Dopingowanie zawodników na malowniczej trasie, która bierze swój początek u podnóża Matterhornu to również niezapomniane wrażenie.