Sellaronda. Cztery polskie teamy na mecie

Trasa 42 kilometry, przewyższenia 2700 metrów. Wbiegi na cztery przełęcze, cztery zjazdy, wizyta w czterech gościnnych miasteczkach - najlepszy team dokonał tego w w 3 godz. 19 min 56 sek. Z soboty na niedzielę (11/12 lutego) w Dolomitach rozegrano 17. Sellaronda skimaraton. Wyścig ukończyły cztery polskie pary.

To najsłynniejsze obok Pierra Menta zawody skiturowe w Europie. Rozgrywane są nocą na trasie narciarskiej "karuzeli" wyciągowej Sellaronda.

W tym roku na starcie stanęło ponad 400 zespołów (czyli więcej niż 800 narciarzy), ukończyło 366 teamów. Wygrali Włosi - Michelle Bosacci i Lorenzo Holzknecht uzyskując czas 3:19.56. To bardzo dobry wynik zważywszy, że temperatura na starcie spadła do 20 stopni poniżej zera. Wyśrubowany rekord sprzed dwóch lat nie był jednak zagrożony - 3.15.07.

Z polskich zespołów najszybsi byli Szymon Zachwieja i Jacek Żebracki (3:56.48), kończąc maraton na świetnym 25. miejscu. Na 182. pozycji sklasyfikowano Marka Kilarskiego i Adama Gomolę (4:56.00), jako 352. dojechali Jan Tomasik i Tomasz Synowski - 6.03.50. Czwarty zespół Jacek Grzędzielski i Tomasz Gorszko, byli o dwie pozycje niżej z czasem 6:06.46. I oto ich relacja:

- Atmosfera na starci była bardzo fajna. Ustawiono nas w trzech sektorach. Wokoło kibice. Sygnał do startu dał racą motolotniarz, który wylądował na placu w Corvarze - mówi Tomek Gorszko, leader temu Salewa. - Byliśmy tak stremowani, że dopiero minutę przed ruszeniem zorientowaliśmy się, że zamieniliśmy się z Jackiem nartami. Gdybyśmy wpadli dopiero na przełęczy, że buty nie pasują do wiązań, to stracilibyśmy kilka dodatkowych minut.

- Wiara ruszyła takim "piecem", że nim się zorientowaliśmy wyprzedziło nas wiele zespołów. Ktoś w ścisku kopnął w piętki wiązań Tomka i je przekręcił. Trzeba było się zatrzymać.

Pierwsze cztery kilometry w zapadającym zmroku były po płaskim, a czasem lekko w dół. Trzeba było mocno pracować rękami i trzymać równowagę przy zjazdach na fokach - opowiada Jack Grzędzielski. - Potem podejście, bardzo strome, foka ledwo trzymała, przepinka (zdjęcie fok i przekręcenie wiązań, by unieruchomić but) i zjazd stromą ścianką do Arabby. Limit 1:20, więc nie można się było obijać. Na pierwszych przepinkach ciężko się było przez tłum przebić, potem oczywiście było luźniej.

Podejście z Arabby na passo Pordoii sprawiło mi największy kłopot, bo się dłużyło. Półtorej godziny wspinania.

Najfajniej było w Canazei. Wjazd do centrum miasta, świetna atmosfera, kibiców mnóstwo. Oparłem narty o barierkę, by przygotować się do naklejenia fok, a tu patrzę mocno starsza Pani zaczęła mi pomagać. Rozgrzewała ślizg, patrzyła czy równo fokę kleję. Pełny profesjonalizm, niesamowite - opowiada Jacek.

- Tam mieliśmy jeszcze dobry czas bo 2.25. Jednak kolejne podejście dało mi w kość. Było najdłuższe i potem jeszcze odsłoniętym terenem po równym. Wyziębiłem się na kilometrowym trawersie, bez fok z łyżwy lekko pod górkę - relacjonuje Jacek. - I na zjeździe straciłem 10 minut. W miejscowości miałem duży kryzys. Byliśmy ledwo przed limitem, który wynosił 4.30, straszni zmarznięci, bez picia i jeszcze daleko do mety. Tomek musiał mnie mocno motywować, bo chciałem zejść, gdy zobaczyłem jak wielu zawodników wsiada do busików do Corvary.

Ostatnia przełęcz choć stroma poszła szybko. Zdobyliśmy najwyższy punkt - 2298 metrów (góra wyciągu) i karkołomny zjazd. Tam Tomka narta wpadła w pryzmę śniegu i obróciło go o 360 stopni, ale czy to noc, mróz, czy emocje, prawie nie zwolnił i pojechał dalej. Finisz po równym, wzdłuż jedynego transportowego wyciągu Sellarondy. Było by ok., gdyby nie mocny wiatr, który powodował, że odczuwalna temperatura podobno dochodziła do minus 30 stopni - mówi Jacek.

- Mróz był duży, ja ani razu się nie napiłem. Bo bidon mi zamarzł. Trzeba było wlać tam kilka kropel spirytusu, albo trzymać bidon przy ciele. Za mało płynów spowodowało lekkie odmrożenia palców, niestety. To wszystko doświadczenie, ono i wprawa liczą się tylko trochę mniej niż kondycja. Za późno założona kurtka, za słabe światło, brak picia itd. To wszystko zabiera minuty - mówi Tomek.

- Trasa niby równa przygotowana, ale trzeba mieć wprawę, czucie w mięśniach, by wszelkie nierówności, hopki amortyzować. Ludzie się mocarnie wywracali. Nam się udało, i ku zaskoczeniu, mięśnie wytrzymały bardzo dobrze.

- Co za rok? Może trzeba będzie poprawić czas, zobaczymy.