Konkurs ''Moja górska przygoda''. Zwycięskie opowiadanie

Główną nagrodą w konkursie ''Moja górska przygoda'' był kurs lawinowy PZU. Zwycięskie opowiadanie nadesłała Izabela Wysocka. Publikujemy jego treść.

Moja górska przygoda... czyli jak to z tymi Rysami było.

Cel na majówkę? Oczywiście Tatry! Gdzie idziemy? Na Rysy! Zachęcona w ten oto sposób dołączyłam do ekipy.

Żołądek skręcał mi się z nerwów. Biegając po schronisku w Morskim Oku, obie pakowałyśmy ostatnie rzeczy do plecaków. Nagle widzę, jak Ewa gwałtownie zmienia trajektorię, krzycząc coś o łazience, nagle pada na kolana i mówi, że nie może wstać. Nie dla niej Rysy.. Ewę poznałam przez Kingę, Kingę przez internet, a Michał był wspólnym znajomym dziewczyn. Spotkaliśmy się wszyscy wieczorem na dworcu w Zakopanem. Powitanie, zapoznanie, uściski. Potem idziemy na kwaterę, bez Michała, który pomieszkiwał w innym miejscu.

We trzy ustalamy plan na następny dzień: Świnica. Mimo ciepła i słońca, śniegu jest jeszcze sporo, bez czekanów się nie obejdzie. Kinga wyjmuje kupione w Krakowie spodnie i okazuje się, że w sklepie nie zdjęto jej magnetycznego zabezpieczenia, staramy się więc na zmianę zdjąć je scyzorykiem. Nagle krzyk, krew - Ewa wbija sobie scyzoryk w rękę. Umywalka, woda, opatrunek.. jednak rana ciągle się otwiera. Następnego dnia ruszamy więc z Kingą i Michałem z Kuźnic w stronę Czerwonych Wierchów, jednak na Kopie Kondrackiej spacer przerywają burzowe chmury. Jak tylko schodzimy na dół, pogoda się stabilizuje. Coś niefortunnie się zaczyna.. No, ale przynajmniej koledze udało się zdjąć nieszczęsny klips ze spodni.

Kolejny dzień, tym razem Hala Gąsienicowa, w planie Granaty. Nad Zmarzłym Stawem zaczyna sypać śnieg, a dalszą drogę zasnuwa mgła. Niepocieszeni zawracamy. Podczas drogi powrotnej przez Boczań mam ochotę powiedzieć Kindze, żeby wyjęła kijki, ale dochodzę do wniosku, że widocznie ich nie potrzebuje. Potem długo tego żałuję, gdyż w chwilę później traci równowagę i poślizgnąwszy się na kamieniu, upada.. Nazajutrz pomimo spuchniętej kostki, Doliną Jaworzynki we dwie docieramy na Przełęcz między Kopami, gdzie Kinga odbiera telefon od znajomego lekarza, który po wysłuchaniu historii wypadku każe jej zameldować się w szpitalu. Końcówkę dnia spędzamy na oddziale pierwszej pomocy, gdzie po diagnozie uszkodzenia stawu skokowego trwa walka o nie zakładanie gipsu (ponoć i tak z reguły brakuje go w zakopiańskim szpitalu..). Następnego dnia zostajemy same z Ewą i obie wyruszamy na zaplanowany nocleg w schronisku przy Morskim Oku. Wieczorem w jadalni jesteśmy my i dwóch mężczyzn. Zastanawiamy się, co robić - chociaż to maj, zaczyna sypać gęsty śnieg i w kilkanaście minut robi się biało. Strzępy rozmów docierają do oddalonego o kilka metrów stolika i niedługo siedzimy już we czwórkę, ustalając, że nasze założenia były podobne. Im później, tym - pomimo śniegu - wszystko staje się coraz bardziej jasne: idziemy na Rysy. Czuję się niepewnie, ale nie chcę się przyznawać. Zacząwszy wycieczki w góry od jesiennych trekkingów, przez Giewont i Granaty w lutym - to wszystko jest bardzo mało. Najwyższy szczyt Polski nie był moim pomysłem. Pewnie powinnam się wycofać, ale mimo wszystko, postanawiam spróbować.

Po wypadku Ewa, która w końcu podnosi się z podłogi, przekonuje mnie, żebym poszła, pożycza mi ciepłe rękawice i stuptuty. Tomek nie czekając na naszą decyzję, wyrusza pierwszy chcąc sprawdzić warunki na podejściu, my z Waldkiem idziemy spory kawałek za nim.

Nad Czarnym Stawem widzimy i słyszymy huk pyłowych lawin, spadających z okolic Wołowego Grzbietu. Tomek krzyczy, że jest ok i szybko pnie się w górę. Idziemy za nim. W okolicach Buli pod Rysami robimy wszyscy przerwę na kilka zdjęć, picie i przekąskę, wyjmujemy czekany. Rysą bez przerwy zjeżdża śnieg, podchodzimy więc grzędą. Robi się coraz bardziej stromo. Tak naprawdę jedyną doświadczoną osobą okazuje się Tomek, który instruuje jak używać czekanów w tych warunkach, poducza również wspinającego się do tej pory za nami ojca z dzieckiem.

Przed nami trawers przez Rysę ku wierzchołkowi. Łańcuchy są pod śniegiem, wygląda więc, że łatwo nie będzie. Zastanawiamy się z Waldkiem, czy czujemy się na siłach, wtedy wyjmuję telefon. Sms od Ewy nie pozostawia żadnych wątpliwości: "Jeśli tam nie wejdziesz to złoję Ci d..!" - a więc postanowione.

Przejście przez Rysę okazuje się nie być takie proste. Idę wydeptując stopnie w miękkim śniegu, kiedy nagle obie nogi obsuwają się jednocześnie. Wisząc na czekanie, przez chwilę młócę nogami miękki puch, w końcu jednak się uspakajam i po paru głębokich oddechach udeptuję kolejny stopień. Potem następny.. i znowu wiszę na czekanie. "Wszystko jest w głowie" - przypominam sobie słowa Tomka. Biorę wdech i już spokojnie idę dalej. Udało się, dotarliśmy! Uściski, gratulacje. Pod nami dywan chmur, widać jedynie wierzchołki okolicznych szczytów. Widoki nieziemskie, aż nie chce się schodzić, zwłaszcza, że jestem świadoma, iż wejście z reguły należy do łatwiejszych niż droga powrotna. Zdjęcia, jedzenie, rozmowy.. W końcu, nie chcąc też nikogo blokować, jako ostatni zbieramy się do zejścia. Początek nie należy do najprostszych, jednak dzięki wzajemnym wskazówkom dajemy sobie radę. Rysę trawersujemy powoli, ale bez przygód. Gdy idziemy przez grzędę, nie zawsze jest gdzie wbić czekan, w dodatku śnieg nagrzany jest od słońca i trochę się topi. Tomek szybko znika nam z oczu, ma czekać przy Buli. Mam wrażenie, że idziemy równym tempem, raz jedno szybciej, raz drugie. Waldek upiera się, żeby zjechać na tyłku, ale stanowczo sprzeciwiam się temu pomysłowi, obawiając się, że możemy zjechać razem ze śniegiem, który nie dość, że się roztapia, to jeszcze nadal sunie Rysą. Nie widać końca naszego schodzenia - dosłownie i w przenośni, weszliśmy bowiem w gęste chmury i widoczność mocno zmalała. Przy Buli nie ma Tomka, ale jest resztka wyczekiwanego przez Waldka picia, gdyż tamten niósł ich wspólny plecak.

Gdy docieramy nad Czarny Staw, mój towarzysz odbiera telefon. Ze słów i krzyków domyślam się, że schodziliśmy bardzo wolno, dzwonię więc do Ewy. Okazało się, że wypytywała o nas w schronisku ludzi, którzy zeszli przed nami. Uspakajam ją, że wszystko w porządku.

Gdy wchodzimy do jadalni, zaczyna robić się ciemno. Pukam do bufetu z prośbą o coś do jedzenia i słyszę "A to Panią tak wymęczyli na tych Rysach!". Jedzenie, świętowanie. Nieco mniej przyjemnie robi się gdy spotykamy Tomka, który całość swoich pretensji skierował na mnie - okazało się, że chłopaki mają nocleg w Zakopanem, ale ze względu na okoliczności decydują się zostać w schronisku. Obwinia mnie o powolne schodzenie i wygórowane ambicje.

Wieczór kończy się jednak wspólnym piwem, przy żartach i uśmiechach. Głupota? Pewnie tak. Brawura? Może. Brak doświadczenia - na pewno. Dlatego przedeptawszy od tego czasu wiele tatrzańskich ścieżek, zarówno polskich jak i słowackich, o różnych porach roku i w niemalże każdej pogodzie, Rysy są znowu w planach. Warto mieć marzenia i dążyć do ich realizacji.. Najlepiej w pełnej świadomości wszelkich zagrożeń.

Izabela Wysocka

więcej o kursach lawinowych tutaj>>