Felix Baumgartner wylądował na dobre. ''Na emeryturze będę ratował ludzi''

- W końcu zasypiam i nie myślę, że przede mną wyzwanie życia. Swoje już zrobiłem i teraz chcę zrobić coś dla innych. Mam papiery na pilota helikoptera. Poszukam pracy w ratownictwie górskim - mówi off.sport.pl Felix Baumgartner, który w końcu wrócił do domu.

Baumgartner ustanowił rekord najwyższego załogowego lotu balonem, skoku spadochronowego z największej wysokości i największej prędkości podczas swobodnego spadania. Podczas skoku z wysokości ponad 39 km, osiągając prędkość 1342 km/h, przekraczając tym samym barierę dźwięku. W Salzburgu kończył trwające dwa tygodnie tournée po świecie. Odpowiadał na tysiące pytań, gościł w dziesiątkach programów telewizyjnych i radiowych. W końcu wrócił do domu.

Od dwóch tygodni nie robisz nic innego poza udzielaniem wywiadów. Jak się czujesz?

Nigdy nie czułem się lepiej. Przez pięć ostatnich lat zasypiałem z poczuciem, że muszę coś zrobić i nie będzie to łatwe. Teraz mogę się w końcu zrelaksować.

Co jest największym sukcesem misji poza rekordami?

Dotknęliśmy umysłów ludzi na całym świecie i pokolenia będą o nas pamiętały. O nasze wyniki pytała już NASA. To wielki krok w stronę turystyki kosmicznej.

A co jeśli za rok ktoś wykona skok z jeszcze większej wysokości?

Wydaje mi się, że to prawie niemożliwe. Mam na myśli skok z wykorzystaniem balonu. Na nagraniach bardzo dobrze było widać, że balon, choć ogromny, miał problemy z wiatrem. Trudno zbudować jeszcze większą konstrukcję, która byłaby stabilna. Nie wydaje mi się, żeby ktoś ryzykował. Potrzeba też sponsora.

Czułeś coś po przekroczeniu prędkości dźwięku?

Ostrzegano mnie, że mogę poczuć lekkie wyładowanie elektryczne i coś takiego miało miejsce. Jeśli chodzi dźwięk, to nic nie usłyszałem. Na Ziemi podobno było słychać ciche pyknięcie i to przy użyciu specjalnego sprzętu. Nie jestem wielki jak samolot, więc stąd taki efekt.

Po przekroczeniu tzw. linii Armstronga, zgłosiłeś problemy z wizjerem, który zaczął pokrywać się parą.

Linia Armstronga przebiega umownie na wysokości 19 km. Gdyby nie kombinezon, płyny w moim ciele zaczęłyby wrzeć. Zamiast tego szyba w hełmie zaczęła zachodzić mgiełką. Miałem ograniczoną widoczność. W kapsule to nie wyglądało jeszcze tak źle, ale obawiałem się, że później może być gorzej. Kiedy wyszedłem na zewnątrz, nie było już powrotu, bo ze środka wypompowano powietrze. Pod ciśnieniem był z kolei mój kombinezon. Jeżeli w tym momencie mój wizjer zaparowałby jeszcze bardziej to i tak nie miałbym wyjścia. Jedyną szansą na przeżycie był skok.

Ale wcześniej mogłeś jeszcze zrezygnować. Joe Kittinger powiedział, że wystarczył jeden sygnał od ciebie i misja byłaby przerwana.

Czekaliśmy pięć lat. Straciliśmy pierwszy balon, więc gdybym zrezygnował, trzeba by było przenieść misję na 2013 rok. Myślę, że entuzjazm w zespole nie byłby już taki sam.

Kolejnym problemem była stabilizacja lotu. W telewizji wyglądało to tak, że kręcisz się coraz szybciej i nie za bardzo możesz przestać.

Zawsze wiedziałem, że będę się obracał. Żeby przestać, potrzebne są pewne określone ruchy. Żeby je wykonać, potrzebny jest opór powietrza, a tam skąd skakałem, zwyczajnie go nie było. Trzeba więc sporo dyscypliny, by przelecieć ten pierwszy odcinek w bezruchu. Problem w tym, że zanim dolecisz to odpowiedniego miejsca, już mkniesz ponad 1000 km/h. I zaczynasz się kręcić. Masz ok. 50 sekund, żeby zrobić cokolwiek. A w głowie masz myśl, że czekałeś na to pięć lat, ale to dla ciebie nowość, bo przecież poprzednie skoki były wykonywane z o wiele mniejszej wysokości.

Oprócz rekordów przekroczyłeś jeszcze jeszcze jedną granicę. Opanowałeś klaustrofobię.

Na początku w kombinezonie spędzałem 50-60 minut i nic złego się nie działo. Później robiliśmy testy w Teksasie. Joe Kittinger powiedział mi, że mam spędzić w kapsule 5 godzin. W pełnym rynsztunku. Ciężko mi było oddychać. Czułem się, jakbym był zamknięty w najmniejszym więzieniu świata. We własnym ciele. Z zewnątrz nic nie było słychać. Towarzyszył mi tylko mój cichy oddech. Wróciłem do Austrii, rozmawiałem z psychiatrami i to pomogło. Najpierw wytrzymałem godzinę, później dwie i jakoś to poszło.

Kilkadziesiąt lat temu sportem ekstremalnym dla wielu było przebiegnięcie maratonu. Dziś robią to setki tysięcy ludzi na całym świecie. Czym jest więc ta ekstremalność?

Sport wchodzi na wyższy poziom. Ekstremalne oznaczało kiedyś niebezpieczne. Dziś, dzięki rozwojowi techniki, wiedzy i doświadczeniu, sport ekstremalny kojarzy się przede wszystkim z większą dawką adrenaliny i jest uprawiany przez coraz większą liczbę ludzi. Staje się coraz bardziej popularny. Możemy robić to, co było kiedyś dla wielu niemożliwe. Sprzęt jest coraz lepszy i jest coraz bezpieczniej

Co dalej z Felixem Baumgartnerem?

Przechodzę na emeryturę. Będę latał helikopterami, zrobiłem już wszystkie potrzebne licencje. Chcę pracować w ratownictwie górskim. Dostałem również propozycję z ONZ. Mam zostać ambasadorem.

rozmawiał i notował w Salzburgu Dominik Szczepański

Zobacz wideo