Joe 'Ochotnik' Kittinger, mentor Felixa Baumgartnera

- Skok w stratosferze jest jak pływanie w cyjanku. Jeśli cokolwiek złego stanie się z twoim kombinezonem, zginiesz w kilka sekund. Wyparujesz - opowiada Joe Kittinger, do którego przez 52 lata należał rekord najwyższego skoku spadochronowego. W niedzielę pobił go Felix Baumgartner w ramach projektu Red Bull Stratos.

Baumgartner pobił rekord Kittingera >>

- Do wszystkich dobrych rzeczy, które spotkały mnie w życiu, zgłosiłem się na ochotnika - stwierdził 84-letni dziś Joe Kittinger. W niedzielę cały świat śledził jego rozmowy z Felixem Baumgartnerem. Kittinger siedział w centrum dowodzenia misją Red Bull Stratos w Roswell i dbał, by kilkadziesiąt kilometrów wyżej jego rekord z 1960 roku został pobity. Ponad pół wieku temu Kittinger dokonywał rzeczy, od których nawet Baumgartnerowi włos zjeżyłby się na głowie.

Czy skok był warty tak wielkiej uwagi? Dyskutuj na facebook/offsport >>

Ochotnik Kittinger

Joseph Kittinger, amerykański pilot wojskowy, ma w życiu jedną zasadę.

Zawsze zgłaszaj się na ochotnika. Nieważne, ile wiesz na temat swojego zadania. Nie ma ryzyka, nie ma zabawy.

Kiedy w 1953 roku usłyszał, że w bazie wojskowej w Nowym Meksyku szukają kogoś, kto wziąłby udział w eksperymentach związanych ze stanem nieważkości, długo się nie zastanawiał. Mógł pomyśleć chwilę dłużej, bo i tak był jedynym ochotnikiem. Tam poznał pułkownika Johna Paula Stappa, który cztery lata później potrzebował ochotnika do projektu Manhigh I. Kittinger zgłosił się.

Chodźcie i złapcie mnie

Najogólniej: amerykańskie wojsko postanowiło wysłać balon załogowy w stratosferę. Projekt był zupełną nowością. Kittengerowi zbudowano specjalny kombinezon, balon i kapsułę, w których miał wznieść się na wysokość prawie 30 km.

Najpierw zawiodło radio. Kittinger słyszał komunikaty z ziemi, ale w drugą stronę łączność nie działała. Dzięki alfabetowi Morse'a udało mu się przekazać najważniejsze wiadomości dowództwu. Po niecałej godzinie lotu zorientował się, że coś jest nie tak aparaturą tlenową. Wąż, który miał pompować tlen do kabiny, wyssał go na zewnątrz kapsuły. Kittinger zużył już połowę zapasu powietrza, ale mimo rozkazów dowództwa, odmówił przerwania misji. Przekazał informację, że w świetle zaistniałych zdarzeń, musi po prostu mniej oddychać i dzięki temu uda mu się wykonać zadanie.

Kiedy znalazł się na wysokości 96 000 stóp (ponad 29 kilometrów), zamiast postąpić zgodnie z procedurą i zawrócić ku Ziemi, wysłał krótki komunikat.

C-O-M-E-U-P-A-N-D-G-E-T-M-E (ang. Chodźcie tu na górę i złapcie mnie).

W centrum dowodzenia wybuchła panika. Pomyślano, że Kittingera dopadła jakaś odmiana choroby wyskościowej. Halucynacje zapewnie sprawiły, że pilot stracił kontakt z rzeczywistością i zamiast wrócić, odleci ku swojej zgubie w kosmiczną otchłań.

Kittinger po prostu żartował. Kiedy wylądował w jego kabinie nie było nawet atomu tlenu.

Dwa lata później szukano ochotnika do testów nowego kombinezonu i spadochronu, które miały umożliwić skok z ponad 20 kilometrów. Kittinger zgłosił się.

Joe Kittinger przed misją Manhigh I w 1957 roku

Pływając w cyjanku

Pułkownik Stapp powiedział mi, żebym myślał o tym, jak o kąpieli w cyjanku. Leciałem przez niewidzialną truciznę, która zabiłaby mnie w kilka sekund. Gdyby tylko mój strój pękł w którymś miejscu, ostatnie dziesięć sekund świadomości stałoby się niewyobrażalnym bólem. Nie ważne jak bystry jesteś, jak dobrze przygotowany, jak twardy. Jedno pęknięcie i cię nie ma - opowiada po latach Kittinger.

Przed warunkami panującymi dookoła chronił go tylko kombinezon. Gdyby ubranie się rozhermetyzowało, płyny w ciele Kittingera zagotowałyby się w kilka sekund. Ślina zaczęłaby wrzeć, a naczynia krwionośne pękać.

Wyleciał w otwartej kabinie 15 listopada 1959 roku z bazy w Nowym Meksyku. Przeżył cudem. Najpierw oślepiło go słońce. Hełm zaczął parować. Pojawiły się zawroty głowy. Kiedy skoczył z 23 kilometrów, spadochron poplątał się i linka okręciła się dookoła jego szyi. Spadał, wykonując 120 obrotów na minutę. Stracił przytomność. Po chwili otworzył się spadochron awaryjny. Miesiąc później znów był w stratosferze i oddał udany skok z 22 kilometrów.

Skok stulecia

16 kwietnia 1960 roku Kittinger ważył prawie 150 kg. W potężnym kombinezonie stał 31 333 metry nad powierzchnią Ziemi i patrzył na krzywiznę planety. Jego prawa ręka zwiększyła swoją objętość dwukrotnie. Spuchła, bo rozhermetyzowała mu się rękawica, ale postanowił tego nie zgłaszać dowództwu.

Ziemia wyglądała jak na obrazie. Nie sposób opisać, co czułem na ostatnim stopniu mojej maleńkiej gondoli, nad którą rozpościerał się kosmos. Nagle poczułem się potężnie oddalony od wszystkiego, co pielęgnowałem przez całe życie.

Skoczył. W stratosferze nie ma wiatrów, nie ma oporu powietrza, brakuje poczucia prędkości, z którą się leci. Przez moment Kittinger pruł w kierunku Ziemi z prędkością prawie 1000 km/h. Po niecałych 14 minutach poczuł grunt pod nogami. Rekordzista świata został bohaterem Ameryki i do niedzieli 14 października 2012 nikt nie powtórzył jego wyczynu.

 

Zadowolony ze swoich przygód w stratosferze Kittinger mógł już w zasadzie nic nie robić do końca życia. Wybuchła jednak wojna w Wietnamie. Kittinger zgłosił się.

korzystałem z fragmentów książki "Come Up and Get Me: An Autobiography of Colonel Joseph Kittinger"

Dominik Szczepański