Aniołowie czuwali nad Baumgartnerem. Stratos wylądował

- Niech aniołowie mają cię w opiece - usłyszał Baumgartner w słuchawce. Chwilę później rzucił się z wysokości 39 043 metrów. Austriak w ramach misji Red Bull Stratos ustanowił  trzy rekordy - najwyższego załogowego lotu balonem, skoku spadochronowego z największej wysokości i największej prędkości podczas swobodnego spadania (1137 km/h).

Skok Baumgartnera minuta po minucie - zapis relacji na żywo >>

Zobacz wideo

- Ale ta Ziemia mała - rzucił Austriak, kiedy stanął na ostatnim stopniu kapsuły, z którego miał skoczyć w stronę planety.

Sam skok wyglądał niebezpiecznie - Baumgartner przez pierwszą minutę lotu bardzo szybko kręcił się dookoła własnej osi. Przez pierwsze chwile spadania powietrze dookoła niego było tak rozrzedzone, że prawie nie stanowiło oporu dla ciała skoczka. Podczas pierwszej fazy najważniejsze było ustabilizowanie lotu. Austriakowi udało się to dopiero po minucie. Spadochron otworzył się po 4 minutach i 19 sekundach lotu. Do pobicia rekordu Joe Kittingera sprzed 52 lat zabrakło mu siedemnastu sekund. To czwarta granica, którą chciał złamać Baumgartner podczas misji Stratos.

Czy skok był warty tak wielkiej uwagi? Dyskutuj na facebook/offsport

Misja wisiała na włosku

Pierwszą próbę Baumgarnter podjął we wtorek. Wtedy jednak złe warunki atmosferyczne nie pozwoliły na skok.

W niedzielę przez kilka godzin ważyły się losy misji. Najpierw rozładowano gigantyczny balon, który po nadmuchaniu miał 102,5 metrów wysokości. Skonstruowano go z polietylenowych pasków o grubości zaledwie 0,02 mm - bardzo wytrzymałych i rozciągliwych. Balon był 10 razy większy od tego, którego użył Joe Kittinger, oddając 52 lata temu skok z 31 333 metrów. To właśnie Kittinger był mentorem Baumgarntera i przez cały przebieg misji rozmawiał tylko z nim.

Długo trwało analizowanie prognoz meteorologicznych. W Roswell w Nowym Meksyku wiatr szalał na pułapie 200 metrów i długo nie było mowy, o zapoczątkowaniu procedury pompowania balonu helem. W końcu centrum dowodzenia wydało zgodę. Balon w ciągu kilkudziesięciu minut napełnił się helem. W tym czasie Baumgartner zajął miejsce w kapsule, która po chwili została podczepiona do balonu.

Roswell, mamy problem

Wynoszenie balonu na poziom 36 kilometrów trwało ponad dwie godziny. W tym czasie podczas kilku łączeń z Baumgarnterem Kittinger sprawdzał, czy wszystko przebiega jak należy.

Problemy rozpoczęły się tuż po przekroczeniu tzw. 'linii Armstronga', która przebiega umownie na wysokości 19 000 metrów. To miejsce, w którym bez kosmicznego kombinezonu wszystkie płyny w ciele wyparowałyby.

- Coś jest nie tak z ogrzewaniem w kombinezonie. Włącznik jest przekręcony, a hełm mi paruje - donosił Baumgartner.

W zbliżeniach widać było, że dolna część szyby w hełmie Baumgartnera stopniowo pokrywa się białym osadem. Roswell przyjęło problem, jednak do samego końca nie wiadomo było, czy skok się odbędzie.

Kiedy Baumgarnter osiągnął 38 000 metrów, balon zaczął hamować. Rozpoczęła się mozolna sekwencja, składająca się z ponad 30 czynności, która przygotowała Baumgartnera do skoku. Austriak rozhermetyzował kabinę. W tym czasie kombinezon zaczął się pompować, by wyrównać różnicę ciśnień. Drzwi wyskoczyły, a po chwili Austriak usłyszał słowa otuchy od Kittingera.

Hermaszewskiemu zabrakło kawy

- Zmartwiłem się, kiedy Kittinger oddał Felixa pod opiekę aniołów. Myślałem, że może coś tam jest nie tak. Felix jednak stanął bardzo pewnie na schodku, z którego widział krzywiznę Ziemi. Uspokoiłem się. Kiedy zaczął się obracać, znów się obawiałem. Osiągnął potworną prędkość. Zbyt dużo miał szczegółów na kombinezonie, ale zapanował nad sytuacją, a kiedy otworzył spadochron, wciąż piłem tę kawę, której już dawno nie było w kubku - powiedział na antenie TVN 24 Mirosław Hermaszewski, jedyny do tej pory Polak, który poleciał w kosmos.

Baumgartnera na ziemi witało kilkanaście osób. Jego skok transmitowały setki telewizji na całym świecie.

Zobacz wideo

Zobacz zdjęcia z misji [FOTO] >>

Dominik Szczepański