Krzysztof Starnawski: albo ma się przysłowiowe szczęście, albo nie

Żeglarz, speleolog, taternik, ratownik TOPR, instruktor wspinaczki skałkowej, nurek jaskiniowy i podlodowy. 3 grudnia ubiegłego roku, schodząc na głębokość 283 metrów w Morzu Czerwonym, u wybrzeży egipskiego Dahab, ustanowił rekord świata w nurkowaniu w obiegu zamkniętym! Oto fragment wywiadu z Krzysztofem Starnawskim.

Dołącz do nas na Facebooku

Z Krzysztofem Starnawskim rozmawia dziennikarz portalu Podhale-Sport.pl.

Pierwsze były żagle?

Krzysztof Starnawski: Tak. O ile pamiętam, to pod żaglami samodzielnie zasiadłem w wieku 10 lat. Przeszedłem wszystkie etapy po instruktora i sternika morskiego.

Kolejne lata to pewnie kolejne pasje?

Nie pamiętam dokładnie co i kiedy. Tak naprawdę to wszystkie moje zainteresowania przemieniły się w pasje niemal równocześnie, jakieś 20 lat temu.

To może zacznijmy od nurkowania - niejako wywołanego do tablicy przez grudniowy rekord. Jak zaczęła się ta przygoda?

Ano od tego, że byłem przede wszystkim speleologiem mocno związanym ze Speleoklubem Warszawskim. Przyjeżdżałem w Tatry i chodziłem po jaskiniach, jednak pewnego dnia pomyślałem - zobaczyłem już większość co dostępne no i teraz czas na eksplorację. No, ale żeby to robić trzeba było nauczyć się dobrze wspinać lub/i nurkować. Ze schodzeniem pod wodę miałem jednak pewien problem, czyli krzywą przegrodę nosową, a to powodowało kłopoty z wyrównaniem ciśnienia w uszach. Lekarze twierdzili - to wyklucza nurkowanie. Ja jednak zawsze byłem uparty, spróbowałem i udało się. Skończyłem pierwsze kursy i tu pojawił się kolejny problem - w polskich sklepach nie było ani sprzętu ani podręcznika do nurkowania w jaskini. Nurkując w akwenach otwartych powoli kompletowałem sprzęt i wreszcie popróbowałem zanurzeń jaskiniowych. Do dziś włos jeży mi się na głowie, gdy pomyślę jak byłem niedoświadczony i ile błędów wtedy popełniłem. Raz nawet jedno z takich nurkowań o mało co nie zakończyło się poważnym wypadkiem. Stwierdziłem, że muszę przejść w tym kierunku fachowe szkolenie i pojechałem do Francji. Potem zaczęły się ciekawe, ale i niezwykle trudne wyprawy do tatrzańskich jaskiń. Żeby zanurkować w Wielkiej Śnieżnej, Śnieżnej Studni czy Kasprowej Niżnej trzeba było skompletować wieloosobową ekipę, która musiała wiele godzin dźwigać cały sprzęt do pierwszego syfonu, czasem trzeba było zjeżdżać po linach 600 - 700 m a potem po nich wychodzić targając ciężkie wory z butlami. To był niemal sezon przygotowań i np. ponad dwie doby pełnego działania. Ale wysiłek zawsze się opłaca - stać się odkrywcą to jest niezwykłe uczucie!

To mi jednak przestało wystarczać i ruszyłem na szersze wody tak otwarte, jak i te pod ziemią. Nurkowałem w warunkach zimowych i letnich - od Bałtyku, przez Biegun Północny, Kalifornię do Atolu Bikini i mikronezyjskiego Atolu Truck. No i oczywiście w jaskiniach Francji, Meksyku, Włoch, Chorwacji a nawet Australii i dalekiej Syberii. Długo by wymieniać. Nurkując w Bałtyku zacząłem filmować, głównie wraki statków i okrętów. Okazało się, że jest na takie produkcje spore zapotrzebowanie.

Zobacz film z nurkowania w jaskini Sac Actun w Meksyku

Wróćmy do sprzętu. Podobnie jak w innych dziedzinach, tak i w nurkowaniu przybywa nowinek technicznych. Może warto przypomnieć jak dziś może być wyposażony nurek.

Nurkowanie można prowadzić z zastosowaniem trzech technik: powszechnego, mało efektywnego obiegu otwartego, coraz bardziej dostępnego dla nurkowań rekreacyjnych, obiegu półzamkniętego (S.C.R. - Semi Closed Rebreather) i  najbardziej zaawansowanego technologicznie obiegu zamkniętego (C.C.R. - Closed Circuit Rebreather). Dzięki temu ostatniemu - oczywiście w skrócie - oczyszczającemu zużyte powietrze - można przebywać pod wodą nawet kilkanaście godzin.

To oczywiście dodało skrzydeł i otworzyło szersze możliwości?

Oczywiście m.in. właśnie w eksploracji jaskiń. Dostępny sprzęt jednak mi nie wystarczał, więc postanowiłem, że sam wezmę się za przebudowę i konstruowanie rebreather'ów. To moim zdaniem miało spory wpływ na kolejne dokonania.

I tu zbliżamy do wydarzeń grudniowych. Ale wcześniej było sporo innych?

Tak. Udało mi się wykonać najgłębsze polskie nurkowanie w czeskiej jaskini Hranicka Propast (do głębokości 133m i rok później 181m), jako pierwszy zszedłem też na dno Jeziora Hańcza (105 m). Natomiast nurkując na głębokość 283 metrów w Morzu Czerwonym u wybrzeży egipskiego miasta Dahab ustanowiłem rekord świata w nurkowaniu na obiegu zamkniętym (poprzedni w tej kategorii od 29 października 2004 r. należał do Australijczyka Davida Shawa i wynosił 270 metrów).

Zobacz galerię zdjęć z rekordowego nurkowania!

Oczywiście nie byłoby wielu z tych osiągnięć, gdyby nie zgrana ekipa. Chociażby podczas udanej próby bicia rekordu.

Dobry zespół to podstawa, bez nich nie zrealizował bym swoich projektów. Od mniej więcej trzech lat współpracują ze mną nurkowie ze Śląska, byli kursanci - Irena Stangierska, Marek Klyta i Grzegorz Rutkowski. Tak, to prawda, że to mały zespół  - jesteśmy zgrani, znamy swoje zalety i wady. Ale najważniejsze jest to, że ja mam zaufanie do nich a oni do mnie.

Wprawdzie wszystkie media rozpisywały się na temat rekordu, to jednak warto wrócić do Egiptu. Z tego co wiem, zejście pod wodę trwało tylko kilka minut.

Może nawet zbyt szybkie - w sumie trwało tylko 9,5 minuty. To była pełna koncentracja. Musiałem się bacznie obserwować, analizować każdy odruch i myśl - ba - nawet sam ze sobą rozmawiać, aby przekonać się, że jestem O.K.

Co Pan mówił?

Wydawałem sam sobie polecenia i je wykonywałem. m.in. sprawdź przyrządy, czy twoje ręce sprawnie działają, jak wzrok.  Po co? Ponieważ życiu nurka na tej głębokości zagraża m.in. HPNS czyli Neurologiczny Syndrom Wysokich Ciśnień. Szybkie zanurzanie, hel i azot w mieszaninie no i głębokość poniżej 200m to czynniki które wywołują "syndrom" czyli zaburzenia myślenia, wzroku, koordynacji, a nawet halucynacje. Na HPNS nie ma mocnych, a i wiedza o nim jest uboga. Ważne, by w porę spostrzec objawy i szybko na nie reagować, stąd te moje samorozmowy.

Plan zakładał, że zejście pod wodę będzie o kilka minut wolniejsze?

Owszem, zanurzyłem się dość szybko, więc po udokumentowaniu swojej obecności na tej głębokości - czyli wykonaniu zdjęcia komputera z wszystkimi parametrami - miałem trochę czasu, żeby się rozglądnąć. A że doszedłem do dna to mogłem sobie tylko obejrzeć kamienie. A tu niespodzianka, w odległości kilkudziesięciu centymetrów od liny leżała stara butla z jacketem i automatem. Pewnie spadła komuś ze statku. Korciło mnie, aby ją podwiązać do liny i wydobyć na powierzchnię. Zaraz jednak pojawiła się myśl dotycząca poprzedniego rekordzisty czyli Dave Show'a, który w 2004 roku podczas zejścia w Bushman's Gat w RPA, na głębokości 260 metrów natknął się na ciało płetwonurka, który kilka lat wcześniej zaginął w tej jaskini. Australijczyk oznaczył to miejsce poręczówką i gdy rok później spróbował tam zejść i je wyciągnąć przypłacił to własnym życiem.  Oparłem się więc pokusie i realizowałem konsekwentnie swój plan nurkowy.

Wypływanie trwało dziewięć godzin. To musiało być strasznie nudne?

Pierwsze 2-3 godziny nurkowania to pełna koncentracja i wiele czynności, które muszę precyzyjnie wykonać. Zmiany mieszanek, kontrola CO2 które mnie podtruwało tam na dole, następnie precyzyjna nawigacja, by dopłynąć do umówionego miejsca spotkania z moim zespołem, tu czas leci aż za szybko. Nudne było ostatnich kilka godzin. Wtedy mija stres i jest już względnie bezpiecznie a przy boku mam już swój zespół asekuracyjny. Po 7 godzinie odczuwałem już zimno i nieprzyjemnie pieczącą słoną wodę na twarzy i oczach. Na tym etapie dużo czytam dla zabicia czasu, piję ciepłe płyny które donoszą mi koledzy i rozmyślam nad kolejnymi wyprawami. Nie zwalnia mnie to jednak z obowiązku kontroli sprzętu i obserwowania objawów we własnym organizmie.

Prócz bacznej obserwacji kolegów i własnej oceny samopoczucia są chyba też gruntowne badania lekarskie przed i po wyprawie?

Oczywiście! W poznawaniu reakcji swojego organizmu na różnych głębokościach pomaga mi wieloletnia już współpraca z Krajowym Ośrodkiem Medycyny Hiperbarycznej w Gdyni, którym kieruje dr n. med. Zdzisław Sićko. Zwykle kontaktuje się z nim oraz jego współpracownikiem dr n. med. Jackiem Kotem przed, w trakcie i po takiej wyprawie. Pomagamy sobie wzajemnie - oni dbają o moje zdrowie, a ja np. dostarczam im niejako materiału do badań. Tym razem byłem wyposażony m.in. w aparat Dopplera, który pokazywał zawartość pęcherzyków gazowych w krwi.

I jest dobrze?

O tak! Jestem zdrowy jak przysłowiowa ryba!

No to skoro zdrowie dopisuje to i są kolejne plany.

Oczywiście! Plany treningowe i eksploracyjne w 2012 roku bardzo szerokie. Tak naprawdę to Egipt był elementem przygotowań przed planowaną na grudzień 2012 r. wyprawą odkrywczą do  czeskiej jaskini Hranicka Propast. Moim zdaniem ona może mieć sporo ponad 300 m głębokości. Geologicznie patrząc ma takie możliwości, tylko trzeba odnaleźć przejście z tej studni, w której ostatnio byłem na 180 m, aby wejść do kolejnej. Zanim wejdzie się na głębokość 300 m w jaskini, warto przekonać się jak działa sprzęt i mój organizm na tej głębokości i lepiej jest zrobić w komfortowych warunkach. I właśnie Dahab takie gwarantował. A że przy okazji padł rekord? No cóż, tak bywa.

W kwietniu jadę gościnnie na wyprawę nurkowo-filmową do jaskiń Namibii organizowaną przez moich przyjaciół. Jest tam wiele niezbadanych jaskiń z ciekawostkami typu zatopiona artyleria niemiecka na dnie jednej z jaskiń jeszcze przez nikogo nie sfilmowana.

W maju jedziemy do Meksyku, gdzie będzie kontynuacja wcześniejszych eksploracji czyli próby połączenia dwóch systemów jaskiniowych (Pet Cementary i The Pit). To bardzo trudne zadanie. Ostatnio nurkowałem tam 12 godzin, teraz szykuje się znacznie dłuższe, bo nawet 16 - 18 godzinne. Nie tak głębokie jak w Egipcie, ale w skomplikowanych, dużo trudniejszych profilach. Z jednej strony są spore głębokości i odległości, z drugiej natomiast kilka miejsc, gdzie trzeba zdjąć aparat i przepychać przez zaciski a to, że tak powiem działa na psychikę.

W maju też jedziemy gościnnie na Florydę, gdzie podczas konferencji nurków jaskiniowych zaprezentujmy nasz podwójny rebreather i ostatnie osiągnięcia no i oczywiście ponurkujemy w tamtejszych jaskiniach. Wracając, już w czerwcu zahaczymy o Dominikanę. Tam polski misjonarz Wojciech Gil od jakiegoś czasu buduje ratownictwo górskie. Na tej wyspie mają wysokie góry (np. Kordyliera Środkowa z najwyższym szczytem Pico Duarte 3175 m n.p.m) kolejkę linową, ale i też sporo jaskiń w których można nurkować. Wojtka poznałem, gdy ze swoimi podopiecznymi przechodził szkolenie w TOPR, To zaowocowało szybką rewizytą na Dominikanę gdzie pomagałem mu budować lądowisko dla śmigłowców i przygotowałem plany ewakuacji pasażerów z kolejki linowej. Tym razem pewnie pozaglądamy do tamtejszych jaskiń i przeprowadzimy kolejne treningi związane z technikami linowymi.

Lato to Bałtyk, wraki i filmowanie. A - jeszcze Morze Norweskie i Narvik, gdzie na dnie leży nasz ORP Grom, to już będzie druga nasza wyprawa mająca na celu dokończenie dokumentacji filmowej tego niezwykłego okrętu spoczywającego na 100 m głębokości.

Zobacz film z pierwszej wyprawy na ORP Grom w 2010 roku!

Jesień to ponownie Egipt. Tam chcemy wypróbować nowy rebreather, który już konstruuje, pozwoli on na jeszcze dłuższe nurkowanie niż do tej pory. Potem zima - w grudniu  Czechy i Hranicka Propast, no i sezon w TOPR.

No właśnie - TOPR. Od kiedy pomaga Pan ludziom w górach?

Jak zwykle roku nie pamiętam, ale była to zima. Z pomysłem zostania ratownikiem TOPR zaczęło się podobnie jak z pozostałymi pasjami. Już się wspinałem, jeździłem na nartach i nurkowałem w jaskiniach - jednym słowem żyłem górami. Stwierdziłem, że czemu nie wykorzystać swoich umiejętności w wyższych celach. Znalem wcześniej ratownika TOPR Andrzeja Blachę i tak on został moim wprowadzającym, przeszedłem staż kandydacki, zdałem egzaminy i zostałem ratownikiem. Od 4-5 lat biorę głównie udział w dyżurach na stokach narciarskich zaopatrując i zwożąc połamanych narciarzy. Jednak najbardziej w mojej pamięci utkwiły wyprawy ratunkowe górskie i chwile niezapomnianej, niewysłowionej wręcz radości, że być może uratowało się komuś zdrowie lub nawet życie. Były też ze 3-4 wyprawy jaskiniowe. Tych jednak niestety wspominam ze smutkiem, ponieważ jedynie szliśmy po ciała.

Były też sporty ekstremalne i rajdy adventure.

Tak, w tym Eco-Challenge Expedition Race w Maroku i Argentynie. Rajd w Maroko trwał non-stop przez 11 a w Argentynie 5 dni. W tych rajdach zwykle jest jazda na rowerze, marszobieg, kajaki, konie, techniki linowe, a w Maroku też jazda na wielbłądach i elementy wspinaczki. W Maroko spaliśmy po 3 godziny na dobę, w Argentynie 2 razy po 15 minut. Powiem, że to była pełna ekstrema a i przy okazji niesamowita przygoda w najpiękniejszych zakątkach świata! Potem były jeszcze rajdy w Polsce, Finlandii a nawet w Szkocjii. Podczas tej ostatniej uległem wypadkowi i zwichnąłem bark, ale udało nam się ukończyć rajd w komplecie i nawet dostaliśmy nagrodę za "team spirit" jednak zaraz po powrocie do kraju wylądowałem na stole operacyjnym.

No właśnie. Wszystkie te pasje niestety niosą za sobą ryzyko.

Owszem. Niestety tak często bywa zwłaszcza jak się jest młodym, ambitnym, a jeszcze bez doświadczenia. Tak było np. z moim paralotniarstwem. Kochałem ten sport, dużo latałem m.in. w Tatrach. Ale przyszedł ten dzień - czyli nie wyczułem nadchodzącego halnego i skończyło się na 13 złamaniach nogi podczas awaryjnego lądowania. Dalej latam, ale już znacznie ostrożniej.

Przez dwa lata też organizowałem skoki na linie z mostu. Z tym skończyłem w momencie, gdy inni również wpadli na ten pomysł i zrobiło się tak gęsto od instruktorów i ich kursantów, że stało się to niebezpieczne.

To znaczy, że nie robi Pan czegoś "za wszelką cenę", ale z przysłowiowa głową?

Dokładnie. Od momentu, gdy od moich działań zaczęło zależeć czyjeś bezpieczeństwo, zacząłem planować każdą czynność z maksymalna dokładnością i przewidzieć każdą ewentualność. Jeżeli natomiast chodzi o moje własne bezpieczeństwo, to może faktycznie na początku mogło być z tym gorzej - po prostu brakowało doświadczenia. Dziś moim zdaniem bardziej niebezpieczne jest podróżowanie polskimi drogami niż na moich wyprawach. Oczywiście są sytuacje nie do przewidzenia, ale jak w każdej dziedzinie życia - albo ma się przysłowiowe szczęście, albo nie.

Pełen wywiad z Krzysztofem Starnawskim możesz przeczytać na portalu Podhale-Sport.pl.