Historia himalajskiej kariery Kingi Baranowskiej drogą ośmiotysięczników

Kinga Baranowska, himalaistka młodego pokolenia, na swoim koncie ma m.in. siedem ośmiotysięczników, na trzech z nich stanęła jako pierwsza Polka (Dhaulagiri, Manaslu i Kanczendzonga). Nam opowiada, jak udało się jej zdobywać kolejne najwyższe szczyty świata.

2003 - 8201 m - Cho Oyu

Gdy stanęłam na Cho Oyu, spełniłam marzenie o zdobyciu ośmiotysięcznika. Miałam 27 lat. To było niezwykłe, bo jak wiadomo, prawdziwie wielkie marzenia najczęściej takimi pozostają. Pomysł narodził się podczas szturmu na Chan Tengri (7010 m). Po powrocie oszczędzaliśmy przez rok i jako najmłodsza grupa z Polski (wszyscy po dwadzieścia parę lat) pojechaliśmy do Tybetu. Tak niespodziewanie zostałam 9. Polką, która zdobyła szczyt ośmiotysięczny.

To była dla mnie bardzo trudna wyprawa. Mój pierwszy ośmiotysięcznik. Początkujący himalaista jest totalnie głupi. Nie wie, czego się spodziewać w górach najwyższych. Patrząc z perspektywy widzę, ile błędów popełniłam. Nie rozumiałam sygnałów, jakie wysyła organizm. Dziś wiem, że przygodę z górami zaczynać trzeba z doświadczonymi ludźmi, od których można się uczyć.

Ja się na pierwszej wyprawie odmroziłam z własnej winy. Za mało piłam. Człowiek tam wysoko jest w złej formie fizycznej, stara się szybko wejść i zejść. Spiesząc się zapomina, że szybkość jest ważna, ale trzeba dbać o organizm. Trzeba pić, trzeba się odpowiednio ubrać, o niczym nie zapomnieć, działać, gdy mamy pierwsze sygnały odmrożenia. Ja piłam za mało. Poza tym miałam namiot, którego nie mogłam złożyć, zmarzłam, straciłam godziny. Dziś nie zastanawiałabym się nad jakimś głupim namiotem, zostawiłabym go i ruszyła w dół, bo ważniejsze są nogi i ręce.

Kinga Baranowska zdobyła kolejny szczyt

2006 - 8041 m - Broad Peak

Miałam długa przerwę po Cho Oyu. Odmrożenia są paskudne, długo się goją. Dlatego dopiero po trzech latach wyruszyłam na mój drugi ośmiotysięcznik. Tym razem wybrałam się z doświadczonymi ludźmi, wiedziałam już też, jak mój organizm zareaguje na wysokość, poznałam go lepiej. Wspinałam się w międzynarodowej ekipie, to było ciekawe doświadczenie. Broad Peak jest szczytem o stopień trudniejszym niż Cho Oyu. Nie pokonuje się tam poziomych kilometrów, lecz szybko zdobywa wysokość - trzy kilometry przewyższenia, w trudnym, stromym terenie. Na głównym szczycie stanęłam 22 lipca 2006 roku jako jedenasta kobieta i dopiero druga Polka.

2007 - 8125 m - Nanga Parbat

Nanga Parbat to było dla mnie prawdziwe wyzwanie od strony technicznej. Słynna ściana Diamir, 4 km pionu, przeszliśmy ją drogą Kinshofera. Miejscowi zwą szczyt Nagą Góra, bo wyłania się z zielonych łąk jak lodowa piramida. Baza tu jest bardzo nisko. Ma to swoje plusy, bo na tych 4 km dobrze się regenerujesz, namioty stoją na trawie, wokoło kwiatki, ciepło, ale potem są 4 km do szczytu.

Z tej wyprawy, którą przygotowałam bardzo samodzielnie, najfajniejsze było to, że wcześniej - 17 lipca wraz Piotrem Pustelnikiem, Martyną Wojciechowską i Filipem Pawluśkiewiczem - zdobyłam McKinley' (6194 m, najwyższy szczyt Alaski). Zobaczyłam, ile daje dobra aklimatyzacja.

W Himalajach wspinałam się ze świetnym Baskiem. A obok działała wyprawa narodowa z Chile. Styl oblężniczy, wielka baza, masa wspinaczy, generalnie ogromne środki finansowe. W Chile to było wydarzenie. Patrzyłam z zaciekawienie, bo pierwszy raz widziałam z bliska taką ekspedycję. Wcześniej tylko czytałam o nich w książkowych relacjach polskich himalaistów z lat 70. i 80., gdy pod wodzą Andrzeja Zawady czy Janusza Kurczaba zdobywaliśmy szczyt za szczytem.

Tu miałam to na żywo. Chilijski kierownik siedział w bazie i musztrował wspinaczy, którzy chodzili jak po sznurku i co najdziwniejsze, godzili się na to bez mrugnięcia. Razem z nami na szczycie stanęło pięciu Chilijczyków. Oni kręcili ostatnie metry naszego i ich wejścia i w wywiadzie zapytali, czy jestem pierwszą osobą z mojego kraju, która tu stanęła na wierzchołku. A ja im na to, że nie, bo było tu wcześniej wielu moich rodaków, a jakieś 25 lat temu Nangę zdobyły trzy Polki. Strasznie ich zdenerwowało, że dawno temu jakieś Polki same weszły na szczyt, który oni z takim trudem zdobywali dla chwały Chile. Wycięli rozmowę z nami z relacji.

Schodząc z Nanga Parbat zrozumiałam, że nie chciałabym uczestniczyć w takich wyprawach. W kolejnych obozach widziałam załamanych wspinaczy. Ci silni faceci płakali, bo lider po zdobyciu szczytu zarządził odwrót, nie dając nawet jednej szansy na wejście. Szczyt zdobyty, cel zrealizowany, reszta nieważna. Wtedy pomyślałam, że my w Polsce jesteśmy już na innym etapie. Działamy w małych międzynarodowych zespołach, szybko i dużo taniej.

Kinga Baranowska: mam szczęście do spotykania w górach wartościowych ludzi

2008 - 8167 m - Dhaulagiri

To była moja druga wyprawa na ten szczyt, bo jesienią 2007 musiałam się wycofać 100 metrów od wierzchołka. Tego roku było tam mało osób, bodaj siedem. W trójkę ruszyliśmy na szczyt i byliśmy przed wierzchołkiem bardzo późno, szliśmy wolno, trzeba było torować (wyznaczać ślad w głębokim śniegu - przyp. red.). Około godz. 15 zorientowałam się, że do szczytu jeszcze parę godzin i przed zmrokiem dojdziemy, a to groziło biwakiem i kolejnymi odmrożeniami, na które nie miałam ochoty. Decyzja była prosta, zwróciłam.

Pięć miesięcy później znów byłam w bazie. Po porażce tylko nabrałam apetytu. Znałam już górę, wiedziałam, że muszę być szybka, bo ostatnie fragmenty pod szczytem to długi marsz, trzeba dobrze rozpoznawać drogę, bo łatwo się pogubić. Ja też już nauczyłam się chodzić szybko. Długo pracowałam nad kondycją i stylem chodzenia i teraz mam takie aspiracje, by jako jedna z pierwszych być w bazie, czy kolejnym obozie. Chodzenie w górach wysokich to umiejętność, którą się nabywa. Trzeba trzymać tempo. Ja obecnie chodzę ok. 100 metrów w pionie na godzinę. Jeśli trzymam to tempo, to widzę, że mój organizm działa ok. Bo trzeba dbać, by tętno było regularne, nie za wysokie, bo się człowiek zajedzie. Trzeba się wsłuchiwać w organizm. Jak chodzi się regularnie, to też łatwo obliczyć szanse wejścia na szczyt. Gdy idę, jestem skoncentrowana na sygnałach płynących z organizmu. Oczywiście jak jest to łatwy fragment, myślę sobie też czasem o czymś innym, ale jak są trudności, koncentruje się na marszu. Gdy szczyt wymaga wspinania, koncentracja jest 100-procentowa. Tak jest np. na K2, gdzie trzeba pokonać kawałki czysto wspinaczkowe na dużej wysokości.

Na drugiej wyprawie na Dhaulagiri wspinałam się w zespole kobiecym, z moją przyjaciółką Kasią Skłodowską. Od samego początku piętrzyły się przeciwności, które jednak udało się pokonać. "Robić swoje" - to motto przyświecało nam podczas ekspedycji. To był bardzo trudny czas, bo podczas wspinaczki Kasia dowiedziała się o tragicznej śmierci swojej mamy. Zdecydowała się zostać, ale było nam bardzo ciężko. Mimo to 1 maja 2008 r. stanęłam na Dhaulagirii jako pierwsza Polka.

2008 - 8156 m - Manaslu

Ta wyprawa na ósmy szczyt świata była z medialnego punktu widzenia jedną z najmniej ciekawych, bo nic się nie wydarzyło. Przez trzy tygodnie była totalna dupówa, praktycznie nie wychodziliśmy z bazy, tylko raz byłam w obozie drugim. Codziennie spadało pół metra śniegu, który trzeba było nieustannie odgarnąć z namiotów, bo mokry i ciężki łamał maszty.

Mało co nie zwariowaliśmy w bazie, gdzie byłam z grupą Hiszpanów poznanych wcześniej w Himalajach. I nagle, gdy straciliśmy nadzieję, 2 października pojawiło się okno pogodowe. Słońce, zero śniegu. Wypoczęta, choć z duszą na ramieniu, bo brakowało mi aklimatyzacji, ruszyłam do góry. Po dwóch dniach wspinania o 10 rano byłam na szczycie, a o 20 wróciłam już do bazy. Na wierzchołku byłam tylko chwilkę, bo był jednym wielkim nawisem śnieżnym i wystarczył krok, by polecieć w przepaść. Szybko weszłam i błyskawicznie schodziłam, decydując się w kolejnych obozach nie nocować, tylko iść dalej w dół. Pamiętam, że dostałam sms-y z Polski, bo przyjaciele się denerwowali. Gdy im odpisałam, że ich przepraszam, ale strasznie gnałam i jestem już w bazie po zdobyciu szczytu, to byli zszokowani, bo jednego dnia pokonałam 700 metrów w górę i 3500 w dół. Było to pierwsze polskie kobiece wejście, a piąty co do wysokości ośmiotysięcznik, też był moim piątym.

2009 - 8598 m - Kanczendzonga

Ten trzeci co do wysokości szczyt świata ma sławę góry, która kobiet nie lubi. Procentowo do liczby atakujących zginęło ich tu najwięcej. Idąc tam trzeba się też było zmierzyć z legendą, tu została na zawsze Wanda Rutkiewicz, ikona naszego sportu. We wspinaniu psychika jest bardzo ważna, a takie elementy mogą ją bardzo osłabić. Długo się przygotowywałam do tej wyprawy.

Dlaczego to taka niebezpieczna góra? Myślę, że powodem jest wysokość i rozległość masywu w kopule szczytowej. Trzeba iść szybko i trwa to bardzo długo.

Jeszcze podczas karawany pod szczyt dostałam informację, że zginął Piotrek Morawski (wschodząca gwiazda polskiego himalaizmu - red.) i chwilę później sms "Ty nie możesz zginąć". Łatwo się domyśleć, jak to rozbija.

Na szczęście miałam doświadczonego partnera, Baska. Świetnie mi się z nim wspinało. Mam szczęście do fajnych ludzi i z całej grupy tylko my dwoje stanęliśmy na szczycie.

Od redakcji: wierzchołek Kanczendzongi osiągnięty 18 maja, jest najwyższym jak dotąd zdobytym przez Baranowską, a dzięki temu wejściu Polska została pierwszym krajem, którego przedstawicielki zdobyły koronę Himalajów - 14 ośmiotysięczników. Jest to również pierwsze polskie kobiece wejście na ten wierzchołek, a także piąte kobiece na świecie. Szczyt Kanczendzongi Kinga zadedykowała Wandzie Rutkiewicz.

I to był koniec szczęścia. Zaraz potem miałam jechać do Pakistanu, tymczasem wylądowałam w polskim szpitalu. Jak się okazało, podczas drobnego zabiegu w Kathmandu wszczepili mi gronkowca. Pamiętam jak dziś, jak z plecaka osobistego wyjmowałam pastę, szczoteczkę i wkładałam do torby ze szpitalnymi rzeczami. Na tym seria niepowodzeń się nie skończyła. Udało mi się jesienią wyjechać na najniższy ośmiotysięcznik, leżącą w chińskim Tybecie Sziszapangmę, jednak szczytu nie zdobyłam. Co gorsza po zejściu z jednego z obozów zorientowałam się, że straciłam cały sprzęt. Ktoś ogołocił namioty bazowe ze wszystkiego. Tak ukarano mnie za nieskorzystanie z tragarzy.

Kinga Baranowska: mam szczęście do spotykania w górach wartościowych ludzi

2010 - 8091 m - Annapurna

Wyprawa z Piotrem Pustelnikiem. Dla niego było to już piąte podejście do Annapurny. Pewno gdyby nie fakt, że tylko tej góry brakowało mu do Korony Himalajów, odpuściłby zniechęcony przez ten dziesiąty co do wysokości, ale jeden z najniebezpieczniejszych szczytów.

Ja też miałam respekt przed groźnym wierzchołkiem. Dużo pracy włożyłam w przygotowanie. Aklimatyzowaliśmy się na Pumori (7161 m), by jak najkrócej być w ścianach rozległej i lawiniastej Annapurny. Wybraliśmy dobrze opisaną drogę niemiecko-francuską, na której przed nami działała wyprawa baskijki Edurne Pasaban (pierwsza kobieta, która skompletowała Koronę Himalajów - przy. red.). Dzięki temu kilka miejsc było dobrze oporęczowanych linami. Udało się. Byłam bardzo szybka, miałam praktycznie jedno wejście i od razu skuteczne.

2011 - 8481 m - Makalu (niezdobyty)

Wyprawa na piąty co do wysokości szczyt świata właśnie się skończyła, z sukcesem, bo Kinga cała i zdrowa wraca do kraju. Niestety jednak nie udało się zdobyć szczytu. Codzienne relacje Kingi Baranowskiej można było przeczytać na stronie sport.pl i portalu off.sport.pl. Makalu zaliczany jest do wysokich ośmiotysięczników, gdzie himalaista długo przebywa w strefie śmierci, powyżej 7000 m. Bardzo brakuje tam tlenu. Szczyt jest też silnie zlodowacony. Już na wysokości ok. 5700 jest granica wiecznego śniegu. Bliskość Everestu powoduje, że jest tu bardzo wietrznie. Kinga wspinała się ze świetnym himalaistą, doświadczonym przewodnikiem górskim Amerykaninem Fabrizzio Zangrillim.

- Ważne by mieć szczęście do pogody, bo na Makalu wieją silne wiatry. Znajduje się on w zasięgu prądów strumieniowych (tzw. "jet stream"- wiatr wiejący z zachodu z prędkością ok. 100 km/h), które omijają od północy Everst i "dopadają" Makalu ze zdwojoną siłą - mówiła przed wyjazdem. Tego szczęścia zabrakło.