Broad Peak dalej rani

Ten raport mógł pomóc odbudować więzi pokoleniowe między ostatnimi żyjącymi przedstawicielami złotej ery polskiego himalaizmu z lat 80. a nielicznymi młodymi, którzy wybrali najwyższe góry na miejsce realizacji sportowej pasji. Raport jest ostry, ale czy sprawiedliwy? - zastanawia się Wojciech Fusek z "Gazety Wyborczej".

Po marcowej tragedii na Broad Peaku (8051 m n.p.m.) - gdy podczas zejścia z tego zdobytego po raz pierwszy zimą pakistańskiego ośmiotysięcznika zginęło dwóch polskich wspinaczy Maciej Berbeka i Tomasz Kowalski - pisałem, że eskalacja konfliktu w mediach nie służy środowisku wspinaczkowemu.

Zakopiańczycy, koledzy Berbeki i prowadzący własne śledztwo brat Jacek, oskarżyli organizatorów wyprawy Artura Hajzera i Krzysztofa Wielickiego o zaniedbania, a wszystkich skupionych wokół Polskiego Związku Alpinizmu o tuszowanie błędów popełnionych podczas przygotowań i samego ataku szczytowego.

Tak toczony spór, który - jak to jest dziś normą w Polsce - podzielił dyskutujących na dwa zażarcie wrogie obozy, nie mógł prowadzić do wypracowania sensownych wniosków i poprawić wizerunku himalaizmu i himalaistów. Nie mógł też pomóc ludziom na nizinach odnaleźć i zrozumieć sensu podejmowanego w górach wysiłku. A jako wielki miłośnik gór uważam wspinaczkę za jedną z najpiękniejszych i najbardziej wzbogacających pasji człowieka.

Ze względu na pamięć o Maćku Berbece, jednym z najcieplejszych ludzi, jakich znałem, uważałem też, że trzeba łagodzić kłótnie, a wydarzenia na Broad Peaku analizować ściśle pod kątem lekcji na przyszłość.

Tak widziałem sens powoływania komisji Polskiego Związku Alpinizmu do zbadania okoliczności i przyczyn wypadku. Spodziewałem się też uładzonego raportu, którego zaletą będzie pokazanie kierunków zmian i zaprezentowanie wniosków na przyszłość. Nie wierzyłem, by raport mógł uspokoić nastroje. Tu liczyłem nie na autorytety członków zespołu, ale na znanego lekarza - czas.

Ten raport mógł pomóc odbudować więzi pokoleniowe między ostatnimi żyjącymi przedstawicielami złotej ery polskiego himalaizmu z lat 80. a nielicznymi młodymi, którzy wybrali najwyższe góry na miejsce realizacji sportowej pasji. Tylko odnowienie relacji pozwala przekazywać etyczne zasady z pokolenia na pokolenie, tak by zmieniający się świat nie nadwyrężał ich ponad miarę.

Pomyliłem się. Raport jest ostry, a jak na dokument przeznaczony do powszechnej publikacji - niezwykle ostry. Ale czy sprawiedliwy? Co prawda nie sięga po najostrzejszą sankcję wykluczenia ze środowiska, jednak stawia jednego z uczestników - Adama Bieleckiego - pod ścianą oskarżeń.

Moje doświadczenie wysokogórskie jest niebotycznie mniejsze od tego, jakim dysponują członkowie komisji, i mogę sobie tylko wyobrażać, jak czuje się człowiek zimą, nocą na 8 tysiącach metrów. Nie w głowie mi więc krytykowanie wniosków raportu. Rodzi się we mnie jednak czysto ludzka solidarność z jedynym skazanym.

Rozumiem rozgoryczenie Bieleckiego, który w emocjonalnym wywiadzie dla ostatniego "Tygodnika Powszechnego" mówi, że czuje się odrzucony i zapowiada wyjazd z kraju. I nie wymagam od niego, by po takim raporcie szybko zdobył się na głębszą analizę swojego postępowania i przyznał, że nie zachował się jak bohater, nie sprostał wyśrubowanym zasadom, które starsi koledzy chcieliby wiązać z górską wspinaczką.

Jednak skoro już komisja zdecydowała się podnieść temperaturę dyskusji i nie zaciemniać obrazu okrągłymi zdaniami, to czy nie powinna odpowiedzieć sobie też na pytanie, jak i dlaczego doszło do tego, że Bielecki znalazł się w sytuacji, która go przerosła?

A tej odpowiedzi w raporcie nie znalazłem.

Wojciech Fusek