Polski goprowiec ustanowi rekord świata w deniwelacji?

Grzegorz Michałek, na co dzień ratownik beskidzkiej grupy GOPR i lektor języka angielskiego, realizuje projekt, który zakłada zejście na dno najgłębszej jaskini na świecie i wejście na najwyższy szczyt Ziemi. - Robię to, żeby pokazać, że speleolog może być himalaistą, a himalaistą zejść pod ziemię. Ratownik górski może być człowiekiem renesansu - tłumaczy Michałek.

Projekt Heaven and Hel l zakłada pokonanie przez tę samą osobę największej różnicy wysokości na Ziemi, czyli zejście na dno najgłębszej jaskini świata Krubera-Voronia (2080 m) i wejście na szczyt Mount Everestu (8848 m). To razem 10928 metrów. Pomysłodawcą i uczestnikiem projektu jest ratownik GOPR, Grzegorz Michałek z Cieszyna.

- Pomysł wziął się stąd, że my, ratownicy górscy, jesteśmy jedną z niewielu służb na świecie, która musi umieć poruszać się praktycznie w każdych warunkach. Chcę przedstawić ratowników górskich jako ludzi uniwersalnych, można powiedzieć, ludzi renesansu - tłumaczy Michałek.

Jego partner, Ryszard Głowacki, też goprowiec, przyznaje, że trzy lata temu projekt wydał mu się absurdalny. - A teraz sam jestem jego cz łonkiem - śmieje się Głowacki.

W sierpniu 2012 Michałkowi udało się zejść na dno jaskini Krubera-Voronii. Teraz poleciał do Nepalu.

-  Chcemy pobudzić polskie środowisko speleologiczne i powierzchniowe do większej uniwersalności. Poza tym ratownik górski nie jest kojarzony ze sportowcem. A to nie prawda - tłumaczą Michałek i Głowacki.

10 dni ciemności

Do Abchazji Grzegorz Michałek pojechał pod koniec lipca 2012 roku z Tomaszem Piprekiem i Maciejem Kwiatkowskim. Samochodem. Byli cz łonkami 50 osobowej ekipy z 10 krajów, która dostała pozwolenie na spenetrowanie jaskini Krubera-Voronia (2028 metrów). Polscy speleolodzy pod ziemię zeszli jako ostatni.

- Wiedzieliśmy więc, że czeka nas wynoszenie rzeczy, które zostały w jaskini. Musieliśmy sprzątnąć siedem albo osiem biwaków, zabrać puste butle po nurkach, posortować śmieci: nieorganiczne wziąć ze sobą, organiczne zostawić. Oprócz nas w jaskini działała jeszcze grupa ukraińska, którą mogliśmy zostawić po pięciu-sześciu dniach, bo tyle potrzebowaliśmy na pokonanie drogi, ale stwierdziliśmy, że to nie fair. Naszym obowiązkiem było im pomóc, chociaż bardzo już chcieliśmy zobaczyć słońce - tłumaczy Michałek.

Poruszali się zgodnie z rytmem dobowym - wstawali ok. 7-8 i po dwunastu godzinach biwakowali. - Warunki do spania w takiej jaskini są idealne. Zupełna ciemność, cz ęsto idealna cisza. Jeśli nie masz budzika, możesz przespać 20 godzin - mówi Michałek.

W jaskini polscy speleolodzy przeżyli też trudne chwile.

- Któregoś dnia w jaskini woda odcięła nas na 24 godziny. W innym jej fragmencie trzeba pokonać długi na osiem metrów syfon zalany wodą. W pewnym momencie przejście zwęża się na kilkadziesiąt centymetrów. A jesteś 1,5 km pod ziemią. Ciężka próba. Największy kryzys miałem, kiedy uderzyłem się w łokieć, niosąc wory ze śmieciami. Spuchł mi i nie mogłem przez niego spać w nocy. Bałem się, że coś połamałem i będzie z tym duży problem. Skończyło się dobrze, stłuczeniem - mówi Michałek.

Na tzw. suchym dnie jaskini Krubera-Voronia stanęli 13 sierpnia.

- Wcześniej byłem najgłębiej na 1200 m, więc w zasadzie zrobiliśmy w Abchazji dwa razy tyle. Ale w jaskini nie odczuwa się głębokości, to nie jest tak jak w górach wysokich. Dopiero po zejściu na dno trzeba sobie uświadomić, że dopiero wtedy zaczyna się ciężka fizyczna praca - opowiada Michałek.

Kolejne miesiące poświęcił przygotowaniom wyprawy na Mount Everest.

Nie jadą łoić góry

Najwyżej Michałek był na 7000 tysiącach metrów. Na Everest wejdzie wraz z nepalskim wspinaczem i zabierze ze sobą tlen

- Na tych siedmiu tysiącach czułem się znakomicie, ale to nie świadczy o tym, że teraz tak będzie. To tak nie działa. Powyżej 7000 m zgodnie z zaleceniami mojego lekarza wyprawowego mam używać tlenu, bo potem może być za późno. Tak samo poradzili mi doświadczeni himalaiści. Mam wziąć ze sobą tlen, nawet gdybym czuł się rewelacyjnie. Chodzi o zrobienie projektu, a nie zdobycie Everestu bez tlenu. Nie śrubuję rekordów, chcę zrobić swoje - tłumaczy Michałek.

Głowacki zostanie w bazie pod Everestem i stamtąd będzie przez radiotelefon kontaktował się z Michałkiem. Michałek na szczyt uda się klasyczną drogą wraz z innym nepalskim wspinaczem, którego pozna na miejscu.

- My nie jedziemy tam łoić tej góry. Nie jesteśmy himalaistami i nie taki jest nasz cel. Wywodzimy się ze środowiska jaskiniowego i chcemy po prostu pokazać, że można być uniwersalnym, że cz łowiek który chodzi po jaskiniach, może chodzić po górach i odwrotnie - tłumaczy Głowacki.

Zmiana wizerunku ratownika górskiego

- Jeszcze kilkadziesiąt lat temu nikt nie kojarzył ratowników górskich ze sportem. Chcemy przełamać tę opinię i pokazać, że istnieje wśr ód nas grupa ludzi, która żyje sportem i nie zamyka się w obrębie swojej pasji. Speleolog też może chodzić po górach. Chcę dać impuls, żeby nie zamykać się na inne ścieżki rozwoju - mówi Głowacki.

Przyznaje również, że speleologom łatwiej pojechać w góry, niż alpinistom zejść pod ziemię.

- Któregoś razu wziąłem pod ziemię swoich kolegów himalaistów. Spędziliśmy w jaskini kilka godzin i nie powiem jakimi przekleństwami rzucali. Nam jest łatwiej pójść w górę - mówi Michałek.

Dla Michałka i Głowackiego ważne jest również samo obcowanie z przyrodą. - Jeżeli będziemy z pokorą podchodzić do natury, to wszędzie będzie niebo. Siłowe traktowanie przyrody może zgotować nam piekło - uważa Głowacki.

Michałek i Głowacki wyposażeni będą w lawinowe ABC by przede wszystkim rozpropagować używanie tego sprzętu w górach wysokich. Detektor, sonda, łopata, często pomijane i uważane przez himalaistów za dodatkowe, zbędne obciążenie mogłyby uratować niejedno życie. Michałek podaje przykład lawiny, która w 2012 roku zabiła na Manaslu 11 osób.

- Gdyby mieli przy sobie sprzęt lawinowy, pewnie udałoby się kogoś uratować - mówi goprowiec.

Dominik Szczepański