Aleksander Doba. Dlaczego czasami warto być raptusem?

Wiek Olka przemawia do wszystkich. On wprost krzyczy swoimi wyprawami: możecie coś zrobić, nieważne, ile macie lat. Entuzjazm do życia u ludzi z czasem wygasa, a u niego rośnie - mówi Piotr Chmieliński, kajakarz. Aleksander Doba rusza w maju w kolejną wyprawę.

Polub nas na facebooku. Będzie ciekawie >>

Pierwszy raz o Olku Dobie usłyszałem od Piotra Chmielińskiego pod koniec 2013 roku. Napisał mi e-maila, że jest taki 67-latek, który właśnie płynie przez Atlantyk kajakiem z Lizbony na Florydę. Dwa lata wcześniej już zresztą ten Atlantyk przepłynął, jako pierwszy na świecie w kajaku z kontynentu na kontynent.

Ale dopiero ta druga wyprawa sprawiła, że usłyszał o nim świat. Trwała 167 dni, miała dramatyczne momenty, bo przez 47 dni nie było z Dobą kontaktu, potem musiał walczyć z awarią steru. Za przepłynięcie Atlantyku został nagrodzony tytułem Podróżnika Roku w światowym plebiscycie National Geographic.

Duża w tym zasługa Chmielińskiego, który koordynował wyprawę Olka po drugiej stronie Atlantyku i informował media o jej przebiegu od momentu wypłynięcia z Lizbony po dotarcie do Florydy, a potem Waszyngtonu i Nowego Jorku. Ale zanim zaczął je informować, to najpierw musiał przekonać, że starość nie jest zła i można ją pokazywać na pierwszych stronach.

Sam Chmieliński zasłynął najpierw jako współorganizator  wyprawy ''Canoandes-79'', która jako pierwsza przepłynęła kanion Colca, najgłębszy w świecie. W latach 1985-86 jako pierwszy w świecie przepłynął największą na Ziemi rzekę - Amazonkę, od jej źródeł w Andach do ujścia w Atlantyku.

Z Olkiem poznali się w 2004 roku. Starszy pan z siwą brodą podszedł do Chmielińskiego podczas Kolosów, corocznego spotkania polskich podróżników i eksploratorów.

***

Piotr Chmieliński: Wtedy nie wiedziałem o nim praktycznie nic. Był przed sześćdziesiątką i powiedział mi, że planuje przepłynąć Atlantyk z niejakim Pawłem Napierałą. To była jego pierwsza próba.

Wariat?

- Posłuchałem, niewiele mu odpowiedziałem, rozmawialiśmy głównie o technicznych aspektach planowanej ekspedycji. Potem usłyszałem od kogoś, że ta wyprawa się nie udała. Po dwóch dniach od wypłynięcia z Ghany prąd wyrzucił ich z powrotem na afrykańskie wybrzeże. Minęło kilka lat. W 2009 roku zadzwonił do mnie i zapytał, czy mógłby wprosić się na spotkanie kajakarzy, które co roku we wrześniu odbywa się u mnie w domu pod Waszyngtonem. Dodał, że chciałby na to spotkanie przypłynąć z Europy kajakiem.

Aż usiadłem.

Uwierzyłeś mu?

- Pomyślałem, że to ogromnie ryzykowne przedsięwzięcie. Miałem w pamięci jego pierwszą, nieudaną próbę. Wtedy nie znałem jeszcze danych technicznych kajaka, który miał zapewnić mu bezpieczeństwo na oceanie.

Z drugiej strony, zaimponowało mi, że Olek nie odpuszcza, a porażka tym bardziej determinuje go do osiągnięcia celu.

Prosił mnie o pomoc w skoordynowaniu działań formalnych związanych z przyjęciem go w USA, już po dotarciu do celu wyprawy w Brazylii. Poradziłem mu, żeby przypadkiem nie wygadał się konsulowi, że do Ameryki zamierza dostać się kajakiem. Bez problemu dostał 10-letnią wizę i wyruszył z Senegalu w kierunku Ameryki Południowej. Potem śledziłem trasę jego wyprawę, trzymałem za niego kciuki i niepokoiłem się, gdy kręcił się po Atlantyku. W końcu dopłynął do Brazylii i zdecydował, że spróbuje przepłynąć fragment Amazonki. Przerwał tę wyprawę po tym, jak obrabowano go drugi raz celując do niego z rewolweru. Zostawił kajak na przechowanie w Belem w Brazylii i przyleciał do USA. Z grupą kajakarzy z dawnego "Canoandes-79" zorganizowaliśmy mu wówczas dwumiesięczne tournee po Stanach Zjednoczonych. Wtedy miałem okazję lepiej go poznać.

Aleksander Doba: W maju ruszam na północny Atlantyk >>

Jaki on jest? Z jednej strony ciągle szuka przygód i się nie poddaje, z drugiej, czasami trudno się z nim dogadać.

- Olek zjednuje sobie ludzi swoją młodzieńczą pasją i żywiołowością. Jest niezwykle skoncentrowany na celu, jaki sobie postawił. Nie zniechęca się napotykając przeszkody, choć wprawia go to w stan zniecierpliwienia.

Czasami wychodzi z niego raptus. Nadepnie komuś na piętę, bo mówi prosto z mostu. Nie zawsze potrafi zachować się w sposób dyplomatyczny. Ale myślę, że bez tych cech nie dokonałby tego wszystkiego. Jest bardzo zdeterminowany i konsekwentny.

Koncentrując się tak mocno na swoim zadaniu, czasami zapomina, że wyprawa to tak naprawdę nie tylko jego wysiłek. Oczywiście, jego jest największy, ale wyprawa to również praca wielu ludzi pomagających mu w różny sposób. Bez nich pewnie by się to wszystko nie udało, więc trzeba ich doceniać, bo bezinteresowna pomoc nie jest obowiązkiem. Niemniej, Olek już coraz lepiej to rozumie.

To oczekiwanie wsparcia i przyjmowanie pomocy jako czegoś naturalnego, jest częste wśród podróżników?

- Trudno tu generalizować. Ale często myślimy, że skoro robimy takie wielkie rzeczy, to wszyscy muszą nam pomagać, poświęcać swój czas i pieniądze. To częsta postawa u ludzi, którzy chcą zrobić coś unikalnego.

Pamiętam, jak pod koniec 1979 roku podczas na naszej pionierskiej wyprawy kajakarskiej do Ameryki Południowej, w dziesięć osób zwaliliśmy się naszemu koledze Krzysztofowi Chmurze na głowę do Casper, w stanie Wyoming. Mieszkał w małym jak na amerykańskie warunki domku, jego żona niedługo miała rodzić. A nam nawet przez myśl nie przeszło, że moglibyśmy im w czymś przeszkadzać, że mogliby nas nie przyjąć. Dla nas to było logiczne, dla nich niekoniecznie, chociaż do dziś jesteśmy przyjaciółmi. Często też nie zdajemy sobie sprawy, że bez pomocy innych, nie moglibyśmy zrealizować naszych celów podróżniczych.

Jaki trzeba mieć charakter, żeby przeżyć cztery miesiące w kajaku na oceanie bez żadnego wsparcia?

- Trzeba być perfekcjonistą. Olek robi podwójne, potrójne zabezpieczenia najważniejszych rzeczy. W jakiś sposób zawsze jest w stanie kalkulować ryzyko. Nie szuka guza, chociaż z zewnątrz tak to czasem może wyglądać.

Zawsze mówi, że nie widzi w swoich wyprawach nic niebezpiecznego.

- Do końca w to nie wierzę, bo to niemożliwe. Może w pewnym momencie musiał przekonać siebie w chłopski sposób, samemu sobie uwierzyć, że nic nie może mu się stać? Nie widzę u niego genu strachu. To pomaga mu realizować cele. Co ważniejsze, on nie panikuje, nawet w sytuacji, która wydawałaby się beznadziejna. Jak podczas ostatniej wyprawy, gdy ponad miesiąc kręcił się po Trójkącie Bermudzkim walcząc z przeciwnymi wiatrami. Nigdy nie napisał mi SMS-a, że już nie może. Pisał za to: "Cofa mnie prąd, tracę tydzień albo dwa, ale ja jestem spokojniejszy niż ten ocean. Jak on się uspokoi, to popłynę dalej na zachód. Nie mam innej opcji. Jest dobrze. Dziś może nie tak całkiem dobrze, ale na pewno za dwa, trzy dni będzie już dobrze".

Jest kajakarzem z 30-letni doświadczeniem. Może dlatego się nie boi?

- Myślę, że wytłumaczenie jest inne. On tłumaczy sobie: 95 proc. ludzi umiera w łóżku, więc po co się kłaść?

Życie na starość ma mniejszą wartość?

- Absolutnie nie. Olek ma żonę, synów i wnuczki. Ma do kogo wracać. Ale w życiu przychodzi etap, w którym jesteś gotowy na odejście i wolisz zrobić to w glorii. Może dlatego boi się mniej niż 30-latek? Wiek Olka przemawia do wszystkich. On wprost krzyczy swoimi wyprawami: możecie coś zrobić, nieważne, ile macie lat. Entuzjazm do życia u ludzi z czasem wygasa, a u niego rośnie. Ta zachęta do aktywności, to największa wartość tego, co robi. Miał 34 lata kiedy pierwszy raz wsiadł do kajaka, to obiecujące dla wszystkich. Nieważne, czy to kajaki, żagle, wspinaczka, czy zbieranie znaczków. Okazuje się, że nigdy nie jest za późno.

Podczas ostatniej transatlantyckiej wyprawy Olka zajmowałeś się informowaniem o niej mediów. Trudna robota?

- Nie było łatwo rozruszać media. Przez to, że Olek jest starszym panem, trudno było zainteresować jego wyprawą dziennikarzy na Zachodzie. Nie chcieli uwierzyć, że 67-letni człowiek może zrobić coś wielkiego i, wydawałoby się, ponad jego siły. Mówili mi: "nie możemy dać jego zdjęcia na główną stronę, bo jak młody człowiek może się z nim identyfikować? Nie możemy pokazywać na naszych stronach starości, bo spadnie nam czytelnictwo". Zadziwił mnie ten kult młodości. A może to bardziej tabu starości?

W Polsce reakcja była właściwie podobna, tylko może zamiast na wieku Olka koncentrowano się na charakterze tego projektu, wydawał się zbyt szalony, by móc go zrealizować. Ruszyło się dopiero, gdy zaczęły docierać informacje z drugiej strony Atlantyku. Szczególnie pomogły publikacje w Canoe & Kayak Magazine i w National Geographic.

Pomogłeś Olkowi na Bermudach, gdzie uziemiła go awaria steru, zorganizowałeś jego powitanie na Florydzie, umówiłeś mu spotkania z przedstawicielami środowisk eksploratorskich. Po co to wszystko? Dlaczego ludzie pomagają podróżnikom? Sam już nie jeździsz na wyprawy, po co się angażujesz?

- Czasami jeszcze jeżdżę. Uczestniczyłem ostatnio jako obserwator z ramienia National Geographic, a także Explorers Clubu [stowarzyszenie, założone w USA w 1905, nastawione na promocję i postęp w badaniach terenowych, eksploracji naukowej oraz podtrzymanie idei eksploracji] w trzech wyprawach do Peru w 2012 i 2013.

A podróżnikom pomaga się po to, żeby być częścią ich wyprawy. Ludzie, z różnych względów, nie mogą sami gdzieś pojechać, ale wspierając wyprawę, czują, jakby w pewnym stopniu w niej uczestniczyli. Podróżnicy stają się wtedy pośrednikami, spełniają marzenia innych. Nierzadko pomaganie to wyraz uznania dla pomysłu, podjęcia trudu, pasji podróżnika.

Tylko że nam nie wolno zapominać, że pomaganie jest dobrą wolą, a nie obowiązkiem.

W moim przypadku angażowanie się w ekspedycje innych, szczególnie polskich podróżników ma jeszcze jeden wymiar. Chętnie pomagam ludziom ciekawym świata, którzy mają odwagę tę ciekawość zaspokajać. Ich pomysłowość entuzjazm stają się doskonałą wizytówką Polski i Polaków, mających wspaniałe osiągnięcia w światowej eksploracji.

Wyczyn Olka jest niezwykły i udowadnia, że człowiek może dokonać rzeczy niemożliwych, takich jak przepłynięcie kajakiem Atlantyku. Dlatego warto było wspomóc go w osiągnięciu tego celu, a po drugie poinformować wszystkich, że ktoś czegoś takiego dokonał, ktoś napisał kolejny ważny rozdział w historii eksploracji

W swoich opowieściach Olek zwraca ogromną uwagę na fakty. Ma bardzo dobrą pamięć. Trudniej za to wydobyć od niego emocje i refleksje. To nie jest wrażliwy człowiek? Kiedy zbierałem materiały do książki ''Na oceanie nie ma ciszy'', to największym problemem była rozmowa z Olkiem o towarzyszących mu uczuciach.

- Jest wrażliwy, ale nie uzewnętrznia się. Na co dzień jest ciepły, cieszy się z prostych rzeczy, ale na wyprawie skupia się na detalach i na kolejnych czynnościach. Zjawiskowy zachód słońca nie zdecyduje o powodzeniu w przeciwieństwie do pojedynczej śrubki, bez której sprawy mogą się skomplikować. Dba o rzeczy, dzięki którym jest w stanie przeżyć w trudnych warunkach.

"Na oceanie nie ma ciszy''. Książka o przygodach Aleksandra Doby >>

To normalne, kiedy robi się ekstremalne rzeczy? Ty też nie skupiałeś się na pięknie dżungli, kiedy płynąłeś Amazonką?

- Różnica polega na tym, że my byliśmy w grupie. Napięcie psychiczne jest wtedy inne. Przebywanie razem wzmacniało nas, a przy tym pozwalało na chwilę wytchnienia, rozkoszowania się pięknymi widokami gór, dżungli czy wreszcie oceanu. Olek był sam i musiał sam nad wszystkim zapanować. W sytuacjach, w których musiał podejmować decyzje, obecność dodatkowej osoby mogłaby zakończyć się katastrofą.

Dlaczego?

- Olek decyduje bardzo szybko, potem już się nie zastanawia, nie ma wątpliwości. I to bardzo ważne, bo różnica zdań mogłaby się źle skończyć. Jest świetnie przygotowany i najlepiej wie, co ma robić. Umie też świetnie przewidywać, co złego może się stać.

W naszym przypadku niebezpieczeństwa były bardziej nieprzewidywalne. Nie wiedzieliśmy, w co się pakujemy. Wpływaliśmy w kaniony, których nikt wcześniej nie przepłynął. Mogliśmy się spodziewać np. 30-metrowego wodospadu. Liczyliśmy na szczęście.

W wyprawie Canoandes układ był demokratyczny, robiliśmy narady. Podczas wyprawy na Amazonkę każdy miał przydzieloną rolę i decydował o swojej działce. Ryzyko w obu przypadkach było podzielone. Decydowaliśmy o sobie nawzajem, bardziej ważyliśmy ryzyko. W pojedynkę decydujesz tylko o sobie, więc możesz pozwolić sobie na więcej, ale jednocześnie jesteś zdany wyłącznie na siebie.

W przypadku Olka największe zagrożenie było takie, że zamiast na sztorm, mógł trafić na huragan. To bardzo rzadka sytuacja w porze roku, w której płynął, ale anomalie się zdarzają. Huraganu by nie przeżył.

Kolejna różnica między nami - my nawet w tym nieznanym kanionie byliśmy blisko brzegu, mogliśmy do niego dobić, zatrzymać, zastanowić się. Olek nie mógł tego zrobić na środku oceanu.

Ludzie mają często za złe podróżnikom, że zostawiają bliskich.

- Od bardzo dawna zastanawiam się nad tym. Narażanie bliskich na strach i na oczekiwanie na jakąkolwiek wiadomość to największy problem eksploracji. To nieuczciwe i najgorsze, co im dajemy. My jedziemy, narażamy się na niebezpieczeństwo, ale i tak mamy łatwiej. Olek w tym roku kończy 70 lat. Jego żona Gabi zrozumiała, że wyprawy są mu potrzebne i że dzięki nim być może będzie żył dłużej. Ale czekanie na kogoś, to wielkie poświęcenie.

Wiedziałeś to wszystko wcześniej?

- Kajak był dla mnie narzędziem do poznawania świata, ale nie byłem szaleńcem kajakarstwa. Chciałem gdzieś pojechać, zobaczyć Jugosławię, Grecję, Włochy i inne kraje. Wyjechałem do Ameryki Łacińskiej na trzy miesiące, zostałem trzy lata. W międzyczasie w Polsce wprowadzono stan wojenny. Zorganizowaliśmy protesty po tamtej stronie oceanu. Nie mogliśmy wrócić. Moja żona nie mogła do mnie przyjechać. Nie widzieliśmy się siedem lat.

Traktowałem ten okres jako nasz wspólny cel, starałem się realizować moje podróżnicze ambicje, ale też stworzyć warunki i miejsce, do którego mogłaby przyjechać. Sprawy pogmatwały się niezależnie od nas. Mogłem zostać tam albo wrócić i trafić do więzienia.

Nie rozumiałem tylko, że ten wspólny cel był tak naprawdę mój. Jej mógł być całkiem inny.

I co ona teraz myśli o podróżnikach?

- Długo nie akceptowała mojego zaangażowania w świat wypraw. Któregoś dnia zaproszono mnie do szkoły syna. Miałem opowiedzieć o życiu podróżnika. Wtedy zobaczyła, że z tego może płynąć jednak coś dobrego i inspirującego dla naszych synów i innych. Teraz razem z synami Maxem i Alexem organizujemy wyprawy kajakowe i nie tylko kajakowe.

Olek próbował przekonać Gabi, żeby pozwoliła mu na wyjazd, ale nie wiem czy zastanawiał się, co ona będzie przeżywać. Może w moim przypadku to było lepsze? Moja żona nie miała szans się dowiedzieć, gdzie jestem. Gabi codziennie sprawdzała na mapie położenie Olka i nierzadko drżała z niepokoju obserwując jego lokalizację w środku rejonu objętego sztormami.

Wydaje się, że Olek więcej czasu spędził w kajaku niż na lądzie.

- Muszę przyznać, że tak naprawdę poznałem osiągnięcia Olka czytając napisaną przez ciebie książkę "Na oceanie nie ma ciszy". Biografia Aleksandra Doby, który przepłynął kajakiem Atlantyk". Oczywiście, dobrze znałem historię pierwszej, a w szczególności drugiej wyprawy transatlantyckiej. Choć i tu dowiedziałem się wielu nowych faktów, które wiązały się z przeżyciami Olka, jego doświadczeniami i przemyśleniami. Słyszałem trochę o wyprawie dookoła Bałtyku, ale jego pozostałe ekspedycje nie były mi znane. Dlatego z ogromnym zainteresowaniem czytałem opowieści opłynięciu Bajkału i polskich rzek. To niesamowita historia człowieka, który ciągle poszukuje nowych wyzwań i nowych celów.

W maju tego roku Doba planuje kolejną wyprawę transatlantycką na trasie Nowy Jork - Lizbona. We wrześniu skończy 70 lat. Taka wyprawa wiele kosztuje. Trwa zbiórka pieniędzy, dzięki którym Polak zakupi potrzebne do podróży rzeczy.

Pomóż Olkowi przepłynąć Atlantyk - zbiórka na polakpotrafi.pl>>