Chrzest bojowy na Amazonce. Polscy rowerzyści kontynuują wyprawę. Groźna przygoda z wirem

- Wreszcie na Amazonce! Odbijamy od brzegu, wpływamy na główny nurt rzeki. Patrzę na Dawida, Dawid patrzy na mnie. Coś nie gra! Nie pedałujemy, a i tak płyniemy. Niby nuda, zero akcji, zero pedałowania, a jednak po jeździe albo pchaniu rowerów pod górę, zwłaszcza na wysokości ponad 4000 m n.p.m., to prawdziwa sielanka! - opowiada Hubert Kisiński o pierwszych chwilach na rzece po zwodowaniu rowerów amazońskich i wyruszeniu w podróż w głąb peruwiańskiej dżungli.

W osiem dni od opuszczenia miejscowości Atalaya, gdzie rozpoczął się zasadniczy etap podróży rowerami po Amazonce, a właściwie Ukajali będącej dopływem Amazonki, bracia Dawid Andres i Hubert Kisiński dotarli do Pucallpa, pokonując około 420 kilometrów. Wraz z Felipe Suarez Ruiz, Indianinem z plemienia Ashaninka pełniącym rolę przewodnika i ochroniarza, przebrnęli przez jeden z najbardziej niebezpiecznych dla cudzoziemców rejonów Peru.

Do Atlantyku zostało im jeszcze około 6 tysięcy kilometrów.

Hubert idzie jak rakieta

Najbardziej niepokojąca była myśl, jak ta nowatorska konstrukcja, jaką jest rower amazoński, sprawdzi się w praktyce. Testy na Warcie przebiegły pomyślnie ale Warta to jednak nie Amazonka, ze swoimi wirami czy wysokimi falami, o jej wielkości nie wspominając.

To, co spędzało sen z powiek Dawida i Huberta, a wręcz stawało się - jak twierdzą - ich obsesją, to napęd przy rowerach, a więc kluczowy element umożliwiający poruszanie się i sterowanie pojazdami na rzece. Jeszcze przed finałowym wodowaniem w Atalaya uznali, że należy nad nim popracować i nieco go zmodyfikować.

- Zrobiliśmy napęd na łożyskach, straciliśmy na to sporo czasu. Naspawaliśmy gwinty, ale przy rowerze Huberta ten gwint zaraz się urwał. Założyliśmy więc śruby przygotowane jeszcze w Polsce przez konstruktora naszych wehikułów i okazało się, że on wykonał to świetnie. Hubert chodzi po prostu jak rakieta - mówi Dawid, mając oczywiście na myśli rower Huberta, a nie samego Huberta, który żadnej śruby na szczęście jeszcze nie potrzebuje.

Rower Dawida wyposażony był w śrubę napędową znacznie mniejszą, co wymagało od niego szybszego pedałowania, zwłaszcza w trudniejszych warunkach na rzece. Najważniejsze dla bezpieczeństwa obu podróżników jest nie pozwolić znosić się rwącej wodzie. Co do wywrotności, to środek ciężkości roweru o strukturze katamaranu znajduje się tak nisko, że należałoby ten wehikuł przechylić do kąta 45 stopni, żeby się przewrócił.

 

Za mało pedałowania?

Tegoroczna pora deszczowa w Peru zaczęła się nieco wcześniej i obfituje w opady, co spowodowało, że poziom wody w Amazonce już jest znacznie wyższy niż normalnie. Dzięki temu rzeka porusza się szybciej, płynąc 5-7 km/godz. Kiedy 30 lat temu w ramach wyprawy od źródeł od ujścia Amazonki, dokładnie w tym samym czasie płynęliśmy kajakami pomiędzy Atalaya a Pucallpa, woda była niska i niemal stała w miejscu. Pokonanie tego dystansu zajęło nam 15 dni. Dawid i Hubert poruszając się średnio 10-12 km/godz., przepłynęli ten odcinek w 8 dni.

Płyną faktycznie zwróceni bokiem do kierunku trasy, prowadzeni przez nurt rzeki, a woda sama ich niesie. Trochę wysiłku muszą włożyć w odbicie się od brzegu i dotarcie do głównego nurtu. Pomocne w jego znalezieniu okazują się sterty krzaków, połamanych drzew, bananowców, które rzeka niesie w dużych ilościach.

Choć pędzą z niezłą prędkością, Dawid przejmuje się, że nie za bardzo pracują pedałując.

- Cały czas sobie myślę, że za mało pedałujemy. Po przejechaniu 2 tysięcy kilometrów w górach, wydaje się, że jesteśmy teraz kompletnie bezczynni. - mówi Dawid, dodając ze śmiechem, że jego brat doskonale dopasował się do tej sytuacji, wylegując się całymi dniami na desce ułożonej na pontonowej płozie. No, ale mógł sobie na to pozwolić, bo na drugiej płozie miał Felipe. ''Amigo Huberto, es problema'' - budził go z niejednej drzemki ostrzegawczy komunikat sympatycznego Ashaninka. Zwykle wtedy należało chwilkę popedałować, by ustawić rower na właściwy tor, a potem znowu można było oddać się słodkiemu lenistwu.

Rower na karuzeli

W górach widać było błyski, musiało tam już solidnie padać, bo woda w rzece zaczęła się podnosić. Bracia wraz z trzyosobową grupą francuskich podróżników, których spotkali po drodze, rozstawili namioty na piaszczystej plaży i nie przeczuwając niczego poszli spać. Ze snu wyrwał ich Felipe. Z zewnątrz dochodziły do ich uszu groźny szum wody oraz chrzęst ziemi odrywającej się potężnymi bryłami i zabieranej przez rzekę. Gdyby nie Felipe, namioty i ich mieszkańcy podzieliliby ten sam los wraz z drzewami i krzakami porywanymi przez żywioł. Woda zagarniała wszystko, co spotkała na swej drodze.

Rankiem wydawało się, że jest już dużo spokojniej. Rowerzyści odbili od brzegu, jak zwykle kierując się w stronę głównego nurtu. Kiedy znaleźli się już niemal na środku rzeki, przed nimi otworzył się ogromny wir. Pędząca woda tworzyła okręg o średnicy około 30 metrów, według orientacyjnej oceny braci. Jednocześnie tworzyła lej w samym środku wiru o średnicy około 1 metra. Wiry to jedno z największych niebezpieczeństw tropikalnej części Amazonki.

Najpierw porwało Huberta.

- Przy trzecim okrążeniu pomyślałem sobie, chyba z tego nie wyjdę. Pedałuję jak szalony. Kierownica maksymalnie skręcona. Muszę z tego wyjść! Przy czwartym okrążeniu wyrzuciło mnie jakoś na spokojną wodę - wspomina Hubert, dodając - Zatrzymałem się, spoglądam do tyłu i co widzę? Dawid kamerką GoPro film sobie nagrywa! Wołam: Dawid uciekaj! Pedałuj, bo jak wejdziesz do środka, to nie wyjdziesz!

Za późno. Dawid niemal zassany został przez kołującą z zawrotną prędkością wodę. Na rowerze ze śrubą napędową znacznie mniejszą nie miał szans na wyjście. I nagle stał się cud. Wir ustał, woda z leja podeszła do góry, wyrzucając jednocześnie mocno skołowanego Dawida

- Jak Hubert kręcił się w wirze, wyglądało to zabawnie. Pędził w kółko, pedałując przy tym z taką prędkością jak bohaterowie kreskówek dla dzieci. Potem mnie to już tak nie śmieszyło, gdy sam znalazłem się w podobnej sytuacji - żartuje jak zawsze Dawid.

Pamięć o Celinie i Jarku

Któregoś dnia otrzymałem od Dawida SMS: ''Jesteśmy teraz w rodzinnej wiosce Felipe i właśnie patrzę na miejsce, gdzie zabili polską parę. Felipe był osobą, która rozmawiała z mediami. ''

W 2011 roku zamordowano przepływające obok wioski Tahurapa małżeństwo znanych polskich kajakarzy-obieżyświatów: Celinę Mróz i Jarosława Frąckiewicza. Ashaninka niezbyt chętnie wracał do tego tematu, zwłaszcza, że w wyniku tego tragicznego zdarzenia ucierpiała reputacja jego pobratymców. Faktycznie mordu dokonało dwóch mieszkańców sąsiedniej wioski, którzy w stanie upojeniach alkoholowego stracili kontrolę nad swoimi działaniami. Z informacji przekazanych przez Felipe, zbrodniarze ukrywają się obecnie gdzieś w dżungli uciekając przed poszukującymi ich władzami peruwiańskimi.

Dążąc do odcięcia się od odpowiedzialności za ten bestialski czyn, Indianie z Tahurapa postawili w miejscu zbrodni krzyż. Mieszkańcy wioski, a w szczególności rodzina Felipe: jego matka, siostry i brat niezwykle ciepło przyjęli dwóch Polaków podróżujących na wodnych rowerach. Serdeczną gościną starali się zatuszować złą sławę, jaka spadła na nich za sprawą podpitych sąsiadów i pokazać, że nastawieni są przyjaźnie do każdego, kto zawita w ich strony.

Pobyt w wiosce był dla Dawida i Huberta doskonałą okazją do posmakowania życia, jakie w peruwiańskiej dżungli prowadzą rdzenni jej mieszkańcy: proste, wesołe, bez pogoni za uciekającym czasem i bez poczucia ciągłego braku czasu.

- Uprawiają jukę, bawią się, żyją w innym wymiarze czasu. Nie mają telewizji czy radia. Ze zdobyczy technologicznych mają żarówki energooszczędne i sonary. Nie mają telefonów, bo nie ma tam zasięgu - opisują codzienność Ashaninka obaj bracia.

- Piotr, to jest taki świat i tacy ludzie, no może nieco inaczej ubrani, jaki Ty widziałeś trzydzieści lat temu płynąc po Amazonce - dodaje Dawid. - Oni żyją swoim życiem i nie potrzebują niczego więcej.

Doktor Amazonka

Często jestem pytany o to, jak wybrać cel swojej wyprawy, co zrobić, żeby w ogóle wyruszyć. Zawsze wtedy odpowiadam, że każdy musi odnaleźć swoją Amazonkę. Nawet jeśli jest to mała rzeczka nieopodal domu, niewielka góra, na którą można wejść, coś, czego zdobyciem udowodnimy sobie swoją siłę, determinacje, konsekwencję. Słuchając entuzjastycznych opowieści Dawida i Huberta mam wrażenie, że bracia właśnie tę swoją Amazonkę odnaleźli, nawet w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Jaka jest ich Amazonka?

Patrząc na mapę SPOT rejestrującą przebieg trasy, którą pokonują bracia, nader często można było odnieść wrażenie, że rowerzyści zamiast drogą rzeczną podróżowali drogą lądową. To właśnie jest kolejna tajemnica Amazonki, czyniąca rzekę tak trudną do zdefiniowania i jednoznacznego opisania. Bieg rzeki pokazywany na mapie ulega zmianie mniej więcej co pół roku. A może raczej zdjęcia satelitarne i wytyczone na ich podstawie mapy, nie nadążają za zmianami następującymi w biegu rzeki.

Amazonka rozlewa swe wody, zmieniając jednocześnie drogę swojego biegu. To powoduje, że jednoznaczne określenie długości rzeki jest niemożliwe, bo ta długość ze względu na rok po roku następujące zmiany nie jest wartością stałą. Zatem jednego roku Amazonka jest dłuższa, kolejnego roku - krótsza. I nikt nie jest w stanie powiedzieć, jaka jest długość największej rzeki świata.

- Kiedy znalazłem się na wodzie, przeżyłem szok. Rzeka jest po prostu przepiękna. To jest to, o czym marzyłem. Byliśmy z Hubertem wniebowzięci, że jest tak wspaniale, tak pięknie. Ta przyroda, woda, drzewa spowite mgłą, różowe i czarne delfiny podpływające blisko nas. Nasza samotność, cisza - czasem Dawidowi brakuje słów, żeby opisać przepełniające go uczucia radości i ekscytacji.

Kiedy płynie, ciepło myśli sobie o rodzinie, o żonie, która z przeciwniczki wyprawy, zmieniła się we wspierającą Dawida największą jej entuzjastkę. Myśli o teściach, którzy na czas ekspedycji zamieszkali ze swoją córką i wnukami, by się nimi opiekować. Myśli o tym, jak jest wspaniale.

- Kiedy tak leżę sobie, płynąc spokojnie po Amazonce, patrzę w niebo i myślę sobie: Boże, jak ja będę tęsknił za tą chwilą, uwielbiam ten moment, uwielbiam bycie tu i teraz. - mówi. A za chwilę dodaje - Czasem mam sny, że nie jestem na wyprawie. Budzę się i jestem szczęśliwy!

Dla obu braci ta ekspedycja jest spełnieniem marzeń o wielkiej przygodzie. Jest też sprawdzianem ich możliwości, umiejętności, lekcją życiowej mądrości. A nawet swoistą terapią.

Płynąc po Amazonce, Hubert ciągle rozprawia się ze swoją przeszłością. Przeszłością pełną bólu po stracie domu, pełną zatracenia przez szukanie zapomnienia w narkotykach, pełną strachu przed przyszłością. Teraźniejszość ciągle przesiąknięta jest niepokojem, ale i nadzieją. Ekspedycja rowerowa to udowodnienie samemu sobie, że ma siłę stawić czoła przeciwnościom, że potrafi znowu działać konsekwentnie i kontrolować swoje poczynania, uczucia, reakcje. Hubert wierzy już, że otwiera się nowy rozdział w życiu jego własnym i jego rodziny.

- Trzeba zacząć życie od nowa. Muszę wrócić do domu i wszystko poukładać - mówi Hubert. -  Biorąc udział w tej wyprawie, chcę żeby moja żona Emilia oraz moi synkowie 5-letni Dawid i 4-letni Filip byli ze mnie dumni. Chcę zacząć budować coś nowego .

Tę specyficzną kurację w postaci wspólnie przeżywanej męskiej przygody Hubert zawdzięcza Dawidowi, który w trudnym momencie po raz kolejny wyciągnął rękę do potrzebującego pomocy młodszego brata.

- Gdyby nie Dawid, nie wiem, jak by to wszystko się skończyło, pewnie byłbym już na dnie - mówi z nieukrywanym rozrzewnieniem Hubert, sympatycznym, ciepłym gestem głaszcząc brata po głowie i wtedy widzę zupełnie inną twarz tego zawsze roześmianego, sypiącego jak z rękawa dowcipnymi uwagami wesołka.

W czwartek 19 listopada Dawid i Hubert, już bez towarzystwa Felipe, opuścili port w Pucallpa i ruszyli w swoją dalszą podróż. Kolejny przystanek w Iquitos.