Ruszył Red Bull X-Alps. Piloci z Alp prowadzą, Faron spokojny, McClurg w siódmym niebie

Spojrzałem na termometr. Przeszło 30 stopni Celsjusza, do startu pozostało 10 minut. Paweł Faron zlał głowę zimną wodą i skrzywił się. - Pod górę będzie masakra - jęknął. W niedzielę z Salzburga wystartował Red Bull X-Alps, jeden z najbardziej ekstremalnych wyścigów świata.

Polub nas na Facebooku. Będzie ciekawie >>>

Myślałem o tych słowach, gdy z Salzburga serpentynami wjeżdżaliśmy na górujący nad nim Gaisberg (1288 m.n.p.m.), skąd zawodnicy Red Bull X-Alps mieli pierwszy raz wznieść się w powietrze na paralotniach. Droga wydawała się nie mieć końca. Minęliśmy kilkunastu kolarzy, część z nich prowadziła rowery. Po godzinie wysiłku na szczyt jako pierwszy wbiegł Paul Guschlbauer. W 2011 roku Austriak w swoim debiucie zajął trzecie miejsce. A teraz wygrał prolog. To dało mu pięć minut przewagi na starcie i dodatkowy "night pass", czyli przepustkę do ścigania się w nocy, bo według regulaminu, zawodnicy rywalizują od 5:00 do 22:30. Każdy ma prawo zarwać jedną noc. Trzech najlepszych w prologu może zrobić to jeszcze raz.

Do pokonania zawodnicy mają 1038 km - czyli tyle, ile w linii prostej dzieli Salzburg od Monako. Przed nimi jeszcze ponad 800 kilometrów w linii prostej (stan na 6 lipca, 14:00), ale realnie to około 1,5 tysiąca km, bo w międzyczasie muszą zameldować się m.in. na Matterhornie czy Mont Blanc. Red Bull X-Alps nazywany jest jednym z najtrudniejszych wyścigów na świecie. Zawodnicy mogą korzystać tylko z siły swoich nóg i umiejętności paralotniarskich.

Stephan Gruber i Christian MaurerStephan Gruber i Christian Maurer Red Bull Christian Maurer i Stephan Gruber fot. Red Bull

Drugi na Gaisberg wbiegł faworyt wyścigu, Christian Maurer. 32-letni Szwajcar wygrał dwie ostatnie edycje. W 2013 roku ustanowił rekord - droga z Salzburga do Monako zajęła mu 6 dni 23 godziny i 40 minut. Pytany o przygotowania do tegorocznego wyścigu Maurer odpowiadał zdawkowo. Mówił o ważnej roli psychologa, z którym wieczorami rozmawia (jak on znajduje na to czas i siły?!); o mniejszej presji, bo w końcu już wygrał i nie musi o tym ciągle myśleć; o późniejszym niż zwykle początku przygotowań, bo we wrześniu 2014 złamał nogę.

- Po tym złamaniu nie ma już śladu. Podczas prologu biegłem obok niego i widziałem, jak lekko się porusza - mówi Paweł Faron, jedyny Polak w stawce. Na Gaisberg wbiegł jako 13 z 32 zawodników. - Moim celem w tym roku jest dotrzeć do Monako i uniknąć głupich błędów. Ważne, żeby na początku nie wyrwać, tylko odlecieć jak najdalej - dodał Faron, którego na starcie wspierała najliczniejsza chyba grupa kibiców. Z Polski do Austrii przyjechało ok. 40 osób.

Paweł FaronPaweł Faron Paweł Faron fot. Red Bull Paweł Faron fot. Red Bull

Paweł Faron: Uciec przed burzą [POZNAJ POLSKIEGO PARALOTNIARZA] >>

Start z Gaisbergu zdawał się potwierdzać jego słowa. Minęło dobre 20 minut zanim któryś z zawodników zdecydował się wzbić w powietrze. W tym roku startowali z nieco innego miejsca, tylko po prawej stronie mieli ścianę drzew. Kilku zbliżyło się do niej niebezpiecznie, ale w końcu wszystkim udało się wzbić w powietrze. Po kilkudziesięciu minutach nad tysięcznym tłumem kibiców zaroiło się od paralotniarzy. Kręcili kółka powoli łapiąc wysokość. Momentami przelatywali od siebie w odległości kilku metrów i wydawało się pewne, że w końcu musi dojść do zderzenia.

Nic z tych rzeczy. Na prowadzenie szybko wyszedł debiutujący w wyścigu Stephan Gruber, pilot austriackiej kadry. - Jeżeli mam na kogoś stawiać, to właśnie na pilotów alpejskich. Świetnie znają te tereny i jeśli ktoś ma mieć przewagę, to oni - oceniał Faron, który jak na razie zajmuje miejsce w środku stawki.

 

Do Grubera dołączyli Maurer i Guschlbauer, a za ich plecami czają się Włoch Aaron Durogati i Amerykanin Gavin McClurg. Ten ostatni to medialna gwiazda tej imprezy. Nikt nie wiedział, czego się po nim spodziewać, ale jak się okazuje, Amerykanin w Alpach czuje się świetnie. McClurg zasłynął tym, że w tamtym roku wraz z Willem Gaddem przeleciał nad dzikimi górami Kanady - Canadian Rockies. Jak później opowiadał, musieli złamać wiele przykazań paralotniarzy, by pokonać ponad 600 kilometrów trasy. W pierwszym dniu Red Bull X-Alps nie przestawał się uśmiechać. A gdy przyszedł czas odpoczynku przyznał, że dawno nie odczuwał takiej frajdy.

Nic dziwnego - w końcu jest pośród swoich. Jego kumpel Gadd policzył, że w Europie na paralotniach lata ok. 80 tys. osób, w Ameryce Północnej 6 tysięcy, a tylko ok. 50 z nich używa skrzydła do kilkudniowych wędrówek nad dzikimi terenami.

Sytuację na trasie można śledzić na żywo dzięki technologii live tracking. Warto tam zaglądać, bo oprócz mapy i pozycji, co chwilę publikowane są dzienniki zawodników. A, i najważniejsze, śpieszmy się obserwować, po co 48 godzin ze stawki odpada najsłabszy.

Śledź autora na twitterze @deszczep