80 km/h 100 m nad ziemią. Tak się jeździ na tyrolce. To czysta adrenalina

Na początku słychać tylko gwizd stalowej liny o potężny bloczek, do którego zamontowana jest uprząż. MOJA uprząż. A ja właśnie pędzę w dół tej stalowej liny z prędkością 80 km na godzinę, zawieszony w powietrzu 100 m nad ziemią. Jeśli ktoś podłączyłby do mnie miernik poziomu adrenaliny we krwi, nie starczyłoby skali.

Do przejechania mam trzy kilometry liny, prowadzącej zygzakiem 400 metrów w dół. Po drodze czeka mnie kilka ostrych hamowań, szybkich przepięć bloczka z jednej liny na drugą, i kilka trudnych decyzji - trzeba zaufać uprzęży i linie i odepchnąć się od bezpiecznej platformy, na której stoję, w przestrzeń, w przepaść, w moim przypadku również w mglistą nicość nisko leżących chmur. By zaraz potem wypaść z nich na otwartą przestrzeń i chłonąć obłędne widoki Dolomitów:

Tyrolka nieprzypadkowo nosi taką nazwę. Historia przejazdów w specjalnej uprzęży na linie rozpiętej między dwoma punktami zaczęła się, według wielu źródeł, w tym specjalistycznej książki "Pilgrims of the Vertical , właśnie w austriackim i włoskim Tyrolu, gdzie pionierzy wspinania opracowali sposób pokonywania trudnych odcinków drogi w górach (na przykład przepaści, studni w jaskiniach czy wąwozów). Wydanie magazynu "National Geographic" z 1913 r. zawiera zdjęcie "tyrolskiego trawersu" .

Dziś ten sposób przemieszczania się przydaje się też do ewakuacji poszkodowanych podczas katastrof naturalnych i budowlanych, czy też np. do przekazywania zaopatrzenia do trudno dostępnych miejsc, gdzie czekają na nie żyjący tam ludzie. Dziś tyrolka, w zmodyfikowanej nieco postaci i znana w anglojęzycznym świecie znana jako zip-line, to przeważnie kapitalna atrakcja turystyczna. Różnica polega na tym, że w klasycznym trawersie tyrolskim chodziło o spokojne przemieszczenie się po linie nad przepaścią. Tymczasem na zip-line zjeżdżamy cały czas w dół, a naszym - niezwykle silnym - napędem - jest siła grawitacji. Zatem jeśli czujesz, że w życiu brakuje ci adrenaliny, zip-line jest dla ciebie.

Gdzie jeździć? Krótsze lub dłuższe tyrolki znajdziemy nawet w Polsce, m.in. nad Jeziorem Solińskim, a także na wielu obozach oferujących uczestnikom nieco więcej adrenaliny. Na osoby dysponujące większą ilością czasu i pieniędzy czekają tyrolki w Ameryce Łacińskiej, m.in. w Kostaryce i Nikaragui. Najdłuższy zjazd zaliczymy w Peru - "Oko Jaguara" to jedna lina, długa na 2130 m.:

 

Wcześniej palmę pierwszeństwa dzierżyła afrykańska UNREAL Zip 2000, na której jechało się 160 km/h. Ale można też jechać dużo spokojniej, i to parami, nad wodą - jak na Filipinach:

 

Najdłuższą tyrolką w Ameryce Północnej jest ZipRider cable ride w Icy Strait Point na Alasce. Równolegle obok siebie może tam jechać sześcioro śmiałków, a długość liny wynosi 1,6 km, zaś różnica wysokości 350 m.:

 

Pewnie zauważyliście to na filmie, ale wyjaśnijmy - jak hamuje tyrolka? Sposobów jest kilka, wśród nich m.in. specjalne wzmocnione rękawice, którymi spowalniamy przesuwanie się po linie. Istnieje też system oparty o przeciwwagi, który spowalnia ruch zjeżdżającego. Jednym z najlepszych patentów - taki funkcjonował w tyrolce na której jechałem - jest system "bloczka chwytającego" - jest to kontrolowany przez obsługę tyrolki mechanizm "chwytający" nasz zjeżdżający bloczek i ostro spowalniający nas zjazd kilkanaście metrów przed jego końcem, tak, by spokojnie wylądować.

A teraz dobra wiadomość. Tyrolka, na której jeździliśmy, znajduje się całkiem blisko Polski, a dokładnie w kolebce tego typu atrakcji - we włoskich Dolomitach w Południowym Tyrolu. I zaspokaja potrzeby nawet najbardziej wymagających - to podzielony na kilka odcinków o łącznej długości 3 km, szybki, dynamiczny zjazd 400 m w dół.

Tyrolka mieści się w zjawiskowo pięknej górskiej miejscowości San Vigilio di Marebbe, a wesołe chłopaki, które ją obsługują, nazwali się - nieprzypadkowo - AdrenaLine . To właśnie tam jeździli na zip-line uczestnicy wyprawy National Geographic Traveler Adventure Team. Jak było? Miny uczestników mówiły same za siebie:

 
Copyright © Agora SA